Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Kyaa! - magazyn o animacji, mandze i kulturze japońskiej

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

7/10
postaci: 7/10 grafika: 7/10
fabuła: 6/10 muzyka: 8/10

Ocena redakcji

7/10
Głosów: 4 Zobacz jak ocenili
Średnia: 7,00

Ocena czytelników

8/10
Głosów: 316
Średnia: 7,96
σ=1,48

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (moshi_moshi)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Nanatsu no Taizai

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2014
Czas trwania: 24×24 min
Tytuły alternatywne:
  • Seven Deadly Sins
  • 七つの大罪
Widownia: Shounen; Postaci: Księżniczki/książęta; Pierwowzór: Manga; Miejsce: Świat alternatywny; Inne: Supermoce
zrzutka

Siedem Grzechów Głównych walczy ze złem w pseudośredniowiecznej pseudo­‑Europie. Niezła przygodówka, która jednak nie spełnia pokładanych w niej nadziei.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Dawno, dawno temu, w królestwie Britannii grupa rycerzy znanych jako Siedem Grzechów Głównych zbuntowała się przeciwko królowi. Dzięki wysiłkom Świętych Rycerzy udało się ich powstrzymać, ale los poszczególnych Siedmiu Grzechów pozostał nieznany. Od tych wydarzeń minęło wiele lat i większość ludzi uznała, że zdrajcy z pewnością dokonali już żywota. Ale pewnego dnia w karczmie niedaleko miasta pojawia się wielki wojownik zakuty w zbroję, twierdzący, że jest jednym z legendarnych Grzechów. Przerażeni wieśniacy uciekają w popłochu, zaś straszny gość zamiast urządzić krwawą jatkę, traci przytomność. Gdy właściciel ściąga z niego żelastwo, okazuje się, że zamiast potężnego i groźnego mordercy, skrywa ono młodziutką dziewczynę. Elisabeth, bo tak ma na imię, jest córką króla, która uciekła z zamku podstępem przejętego przez Świętych Rycerzy. Próbuje odnaleźć Siedem Grzechów Głównych, by poprosić ich o pomoc w walce z Rycerzami, zamierzającymi przejąć władzę w królestwie. Szybko wychodzi na jaw, że lepiej trafić nie mogła, gdyż właściciel szynku to nikt inny, jak przywódca złowieszczej grupy, niesławny Meliodas. Nie namyślając się długo, przystaje na propozycję Elisabeth i wspólnie wyruszają na poszukiwania reszty wojowników, czyli Diane, Bana, Kinga, Gowthera, Merlina oraz Escanora, a towarzyszy im gadająca świnka, Hawk.

Kiedy zabierałam się za seans Nanatsu no Taizai, byłam pełna wątpliwości, czy to na pewno anime dla mnie. Zarys fabuły wyglądał niezwykle zachęcająco, ale pojawiające się tu i ówdzie informacje o sporej dawce fanserwisu skutecznie studziły mój zapał. Ostatecznie fanserwisu faktycznie nie zabrakło, ale to nie on okazał się największą bolączką serii – niestety wszystko rozbija się o mangowy pierwowzór, który cały czas jest publikowany. Przyznaję jednak, że miło spędziłam czas, a produkcja okazała się całkiem niezłą rozrywką.

Nanatsu no Taizai to bardzo klasyczna przygodówka. Autor mangi garściami czerpie z kanonów gatunku i chętnie korzysta ze schematów, ale że robi to sprawnie i z pomysłem, trudno uznać to za wadę. Mimo to nie wszystko poszło gładko – początek jest obiecujący i wciągający, zresztą kompletowanie drużyny zawsze było jednym z moich ulubionych motywów. Jednak w połowie anime nieco traci rozpęd, odcinki zaczynają się dłużyć, a w scenariusz wkrada się chaos. Mam wrażenie, że ktoś próbował złapać za ogon zbyt wiele srok naraz, spora liczba przeplatających się wątków daje duże możliwości fabularne, ale najpierw trzeba umieć te wątki odpowiednio poprowadzić, powinna wyjść pajęczyna, a nie kołtun. Autor skacze od historii do historii, co jakiś czas wciska retrospekcje, ale nijak nie układa się to w spójną i logiczną całość, nawet biorąc pod uwagę, że bohaterowie nie mieli ze sobą kontaktu przez kilka lat. Widzimy urywki wydarzeń z przeszłości, na tyle duże, by coś widzowi zasugerować, lecz zbyt małe, by ułożyć z nich całą układankę.

Przykre wrażenie fabularnego bałaganu całkiem nieźle zaciera finał, widowiskowy i dynamiczny, a także zaskakująco satysfakcjonujący. Ale nawet on nie rozwiewa wszystkich wątpliwości, co nie powinno aż tak bardzo dziwić, skoro manga jest niezakończona. Niestety dwadzieścia cztery odcinki dostarczają całe mnóstwo pytań dotyczących przeszłości bohaterów, wydarzeń sprzed wielu lat oraz współczesnych i nie tylko, a choć niektóre doczekują się odpowiedzi, zazwyczaj nie są to te najważniejsze. Na przykład o Meliodasie nie dowiadujemy się prawie nic, ponieważ trudno odgadnąć cokolwiek ze strzępów informacji i przebłysków wspomnień. W ogóle wydaje mi się, że potencjał Siedmiu Grzechów Głównych jako grupy nie został wykorzystany.

Tytuł anime sugeruje, że będziemy mieć styczność z siedmioma legendarnymi wojownikami, tymczasem poznajemy tylko sześcioro Grzechów, z czego dwoje pojawia się pod sam koniec, więc nie bardzo mają czas i możliwość się zaprezentować. Siódmy pozostaje całkowitą zagadką, reszta nawet niespecjalnie o nim wspomina. Drażni mnie jeszcze jedna rzecz, a mianowicie nieumiejętność ukazania relacji łączących Siedem Grzechów Głównych. Niby ciągle podkreślane jest, że to zgrana paczka starych przyjaciół, jednak w praktyce średnio to widać, widz musi wierzyć w zapewnienia scenarzystów na słowo. Rycerze ufają sobie, znają swoje umiejętności, ale często wydają się grupą przypadkowych osób, zmuszonych współpracować. Wybaczcie, ale jeżeli dwóch gości twierdzi, że są najlepszymi przyjaciółmi, po czym jeden bez żadnego ostrzeżenia próbuje zabić drugiego, bo dzięki temu prawdopodobnie („prawdopodobnie” jest słowem kluczem) spełni się jego życzenie, to coś jest tu mocno nie tak. Podobnych kwiatków jest w serii znacznie więcej i nie trzeba patrzeć przez lupę, by je dostrzec.

Wybiórcza amnezja i zbiegi okoliczności w pewnym momencie mnożą się jak króliki – obrywa nimi co drugi bohater. Nie powiem, da się to wszystko przełknąć, ale trzeba być odpornym i naprawdę wczuć się w klimat, inaczej niektóre idiotyzmy wybitnie psują radość z seansu. Żeby nie być gołosłowną – antagoniści znają się od lat i od lat wspólnie knują, z czego jeden knuje bardziej, ale ten drugi ma klapki na oczach i oczywiście o niczym nie wie. Proszę, litości! Jak można nie zauważyć laboratorium czarnej magii tuż pod nosem, a także tego, że z nowymi rycerzami dzieje się coś niedobrego, a wszelkie sygnały ostrzegawcze ignorować?! Przyznaję, że seria mnie wciągnęła i seans zakończyłam zadowolona, ale nawet mnie zastraszająca liczba rozwiązań i tłumaczeń wziętych z sufitu przyprawiła o zawrót głowy.

Serię uratowali bohaterowie, acz też nie do końca. Zawiodłam się na Meliodasie i Elisabeth. Ten pierwszy miał zadatki na rewelacyjnego protagonistę, silnego i inteligentnego, który woli działać niż gadać, ale problemem okazały się jego przeszłość i osobowość. Od początku do końca Meliodas pozostaje taki sam, zawsze pewny siebie i niewzruszony, co samo w sobie nie jest wadą, w odróżnieniu od kompletnego wyprania z uczuć. Meliodas nie potrafi okazywać emocji, a nawet gorzej, zachowuje się tak, jakby został zaprogramowany. To sympatyczna postać, ale całkowicie niewykorzystana, na szczęście na tyle charyzmatyczna, że jest w stanie pociągnąć przedstawienie.

Nieco gorzej wypada Elisabeth, typowa niewinna dziewoja o dobrym serduszku. Teoretycznie nie powinno to dziwić, skoro dziewczyna jest księżniczką chowaną pod kloszem, ale umówmy się, niewiele osób lubi ten typ. Tyle dobrego, że Elisabeth zdaje sobie sprawę z własnej bezużyteczności i zazwyczaj nie pcha się tam, gdzie jej nie potrzebują, tylko grzecznie słucha poleceń Meliodasa. Poza tym, nie będzie chyba dla nikogo niespodzianką, jeżeli napiszę, że nie mamy do czynienia ze zwyczajną dziewczyną – poruszający tę kwestię wątek pojawia się dopiero pod koniec, ale podpowiedzi znajdziemy znacznie wcześniej. No i czego by nie mówić, Elisabeth i Meliodas bronią się jako para, na pierwszy rzut oka bardzo niedopasowana, ale zaskakująco urocza i dobrze rokująca.

Szczerze mówiąc, znacznie ciekawiej i lepiej wypadają postaci drugoplanowe, ze szczególnym wskazaniem na Diane i Kinga, a także Hawk. Co prawda nie mamy do czynienia z głębią psychologiczną i rozbudowanymi charakterami, ale bohaterom trudno coś zarzucić. W przeciwieństwie do reszty nie ociekają „zajedwabistością”, chociaż tak jak pozostali dysponują niesamowitymi mocami – w końcu Diane to olbrzymka, a i King nie jest człowiekiem. Istotne jest to, że w porównaniu z kompanami są niesamowicie ludzcy. Meliodas, Ban czy Gowther chętnie ludziom pomagają (acz z Banem bywa bardzo różnie), ale nie są w stanie zrozumieć ich uczuć. To jednostki egoistyczne, mijające się z innymi, co świetnie ilustruje przykład wspomnianego wyżej Bana, myślącego głównie o tym, czego on chce, ale zupełnie ignorującego pragnienia drugiej strony. Panowie z trudem nawiązują głębsze relacje, o ile w ogóle mają chęć, by kogoś poznać lepiej. Tymczasem Diane i King doceniają przyjaźń i miłość, poniekąd łakną uczuć, a ich problemy i wątpliwości są dużo bardziej przyziemne i ludzkie niż pozostałych Grzechów.

Niestety po drugiej stronie barykady jest jeszcze gorzej, gdyż antagoniści dostali tak mało czasu ekranowego, że wydają się zmontowanymi naprędce czarnymi charakterami produkcji seryjnej. Naturalnie nie zabrakło w obsadzie zbłąkanych owieczek, które w imię ideałów podjęły niewłaściwą decyzję, ale i oni polegli w walce ze scenariuszem. Szkoda, naprawdę wielka szkoda, ponieważ było całe stadko postaci, na dodatek postaci fajnych, charakternych i sympatycznych, które ostatecznie skończyły jako statyści. Cóż, urok anime kręconych na podstawie niezakończonych mang…

Natomiast ogromną zaletą serii okazała się oprawa audiowizualna. Grafika jest doprawdy cudna, zwłaszcza jeżeli lubi się taką miękką, pełną krągłości kreskę, nawiązującą do starszych dzieł. Projekty postaci są bardzo różnorodne, z jednym małym wyjątkiem anatomicznie poprawne, mają także rozbudowaną mimikę, acz dwie rzeczy wkurzały mnie niemożebnie. Po pierwsze, Elisabeth ma połamany kręgosłup i miednicę, ja rozumiem, że dziewczyna miała wyglądać seksownie, ale wyszła pokraka. Po drugie, sceny przemocy, bardzo liczne i krwawe, wypadały wręcz komicznie. No dobrze, główni bohaterowie nie są ludźmi, mają niesamowite moce, ale budowę ciała mają typowo ludzką, skąd więc te piękne, równiutkie dziury na wylot w ich ciałach za każdym razem, kiedy czymś oberwą? Poza tym za dużo plucia krwią, gdyby walczący faktycznie tyle jej tracili, po dwóch pojedynkach nic by w żyłach nie zostało. W ogóle, krew wyszła strasznie tandetnie, jak na filmach klasy C, podobnie ukazano przemoc, ewidentnie próbując się przypodobać nastoletniemu, niewymagającemu odbiorcy. Albo inaczej, wymagającemu – fontann krwi i odrywanych członków. Autor chyba naoglądał się za dużo kiepskich horrorów… Swoją drogą, w połowie serii widać spadek jakości grafiki, anatomia momentami leży i kwiczy, w dynamiczne sceny wkrada się chaos i sporo rzeczy rysowanych jest „na odwal się”. Jednak im bliżej finału jesteśmy, tym rysunki stają się lepsze, acz wątpliwej urody efekty specjalne towarzyszą nam do końca (te fioletowe wybuchy były upiornie kiczowate). Ale, ogromny plus za tła! Są śliczne, dokładne, dopieszczone, fantazyjne i niezwykle barwne. Takie tła pamiętam ze starszych produkcji, gdzie nie nadużywano komputera i dbano o detale. Takoż animacja daje radę, choreografia pojedynków jest niezła i naprawdę wszystko byłoby cacy, gdyby nie te latające kończyny i ciągłe przecinanie Bana na pół.

Ścieżka dźwiękowa to jeszcze inna historia, ale za to jaka! Na początku nie bardzo zwracałam na nią uwagę, zapatrzona w obraz i wsłuchana w seiyuu, ale z czasem zaczęły do mnie docierać poszczególne kompozycje i bogowie, jaką to ma świetną muzykę! Akcja ma miejsce w świecie przypominającym bardzo baśniowe średniowiecze, dlatego w tle usłyszymy utwory inspirowane muzyką celtycką, skoczne, radosne, ale i melancholijne. To z pewnością nie jest byle jakie elektroniczne plumkanie, ale przemyślany element, idealnie dopełniający się z obrazem. Duży plus należy się też za pierwszą czołówkę, czyli Netsujou no Spectrum w wykonaniu Ikimono­‑gakari, piosenkę nawiązującą do shounenowej klasyki, acz ten zespół potrafi stworzyć chwytliwy utwór na potrzeby anime, co niejednokrotnie udowodnił. Do gustu przypadł mi także trzeci ending, Season Alisy Takigawy, chociaż wszystkie piosenki bledną przy kompozycjach wykorzystanych w tle. Warto natomiast zwrócić uwagę na seiyuu, którzy zagrali wspaniale, ze szczególnym uwzględnieniem Juna Fukyamy (King) i Yuukiego Kajiego (Meliodas), a także Misaki Kuno jako przeuroczego Hawka. W obsadzie aż roi się od gwiazd i wierzcie mi, to słychać!

Nie zaliczyłabym Nanatsu no Taizai do najlepszych przygodówek, jakie widziałam w życiu. To przyjemny średniak, który z pewnością by zyskał, gdyby zdecydowano się na serię­‑tasiemca. Tymczasem otrzymaliśmy produkt nieco wybrakowany, już nie reklamę mangi, ale nadal nie pełnowartościowe anime. Irytuje zmarnowany potencjał, zarówno fabularny, jak i postaci, a także zbyt dużo taniego dramatu, ale wady wynagradzają sympatyczni bohaterowie oraz dynamiczne pojedynki i przede wszystkim piękny, na poły baśniowy świat. Szkoda, że poświęcono mu tak mało czasu, skupiając się na podróży Meliodasa i jego radosnej kompanii. Widać, że autor miał sporo ciekawych pomysłów, choć nie do końca udało mu się połączyć je w sensowną całość. Natomiast cieszy całkiem zgrabne zakończenie, nieco zbyt hurraoptymistyczne, odrealnione i polane lukrem, ale w sumie lepsze takie niż jakaś apokalipsa skąpana w morzu łez i rozpaczy. Nie mam zbyt wielkiej ochoty sięgać po mangę, anime nie udało się zachęcić mnie do tego, ale liczę, że może niedługo pojawi się zapowiedź kolejnego sezonu. W kolorze, z doborową obsadą i świetną muzyką, chętnie przecierpię jeszcze kilka odcinków.

moshi_moshi, 24 maja 2015

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: A-1 Pictures
Autor: Nakaba Suzuki
Projekt: Keigo Sasaki
Reżyser: Tensai Okamura
Scenariusz: Shoutarou Suga
Muzyka: Hiroyuki Sawano

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
Nanatsu no Taizai - wrażenia z pierwszych odcinków Nieoficjalny pl