Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Festiwal Fantastyki Twierdza - konwent

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

10/10
postaci: 10/10 grafika: 9/10
fabuła: 10/10 muzyka: 9/10

Ocena redakcji

9/10
Głosów: 10 Zobacz jak ocenili
Średnia: 9,00

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 41
Średnia: 7,46
σ=2,05

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Avellana)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Gatchaman CROWDS insight

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2015
Czas trwania: 12×24 min
Tytuły alternatywne:
  • ガッチャマンクラウズ インサイト
Gatunki: Przygodowe
Postaci: Obcy, Uczniowie/studenci; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność; Inne: Supermoce
zrzutka

Co za okropna seria. Po prostu oburzająca. Jak można było nakręcić coś takiego?

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Uwaga: ocena oraz tekst prezentują indywidualną opinię autorki, która to opinia, jak dowodzi fabuła Gatchaman CROWDS insight, jest całkowicie bezwartościowa w zestawieniu z opinią ogółu. Od Was tylko zależy, czym zamierzacie się kierować.

Od wydarzeń z Gatchaman CROWDS minął rok, ale choć CROWDS, zgodnie z obietnicą Ruiego, są w powszechnym użyciu, nie wszyscy zapomnieli o ofiarach tamtych zamieszek z udziałem Neo Hundred. Wzrasta liczba przestępstw popełnianych przy użyciu nowej technologii, która w dodatku nie podlega żadnym ograniczeniom ani kontroli. Gatchamani oczywiście za każdym razem reagują błyskawicznie, jednak społeczne niezadowolenie powoli narasta i nie brakuje ludzi, którzy zaczynają się domagać delegalizacji CROWDS. Tu trzeba przyznać, że – jak się szybko przekonujemy – tę atmosferę niechęci ktoś aktywnie podgrzewa, wykorzystując w tym celu akty terrorystyczne, za którymi stoi technologia podobna do CROWDS, nazywana VAPE.

Tymczasem jednak w szeregach Gatchamanów przybywa nowy rekrut – nastoletnia Tsubasa, dziewczyna o niezłomnych przekonaniach, która pragnie tylko pomagać bliźnim. Jest ona doskonałym materiałem na superbohaterkę: zamiast zastanawiać się nad jakimiś wielkimi celami i skomplikowanymi planami, chce po prostu ratować tych, których ma na wyciągnięcie ręki. Natomiast miejsce Berga Katze jako przybysza z Kosmosu zajmuje w tej serii Gelsadra, który jednak jest całkowitym przeciwieństwem psychopatycznego antagonisty z serii pierwszej. Łagodny podróżnik, popularny i kochany na wielu planetach, pragnie tylko, by wszyscy byli szczęśliwi i porzucili konflikty. Jak łatwo się domyślić, ktoś taki – to przecież jasne – nie może stanowić żadnego poważniejszego zagrożenia. Po co więc w ogóle pojawia się w fabule?!

Skrajnie oburzająca jest już sama konstrukcja tej serii, która bezczelnie ignoruje przyzwyczajenia współczesnych widzów, w szczególności zaś widzów anime. Wszyscy wiedzą, jak powinna wyglądać fabuła: pierwszy odcinek taki, żeby wszystkim pospadały kapcie, a przy tym prezentujący w przejrzysty i przystępny sposób główną oś konfliktu oraz kreślący jasno charaktery postaci. Dalej rozwinięcie, w którym nie należy zapominać, by „każdy dostał dla siebie pięć minut” – to przecież komplement regularnie przywoływany w wielu recenzjach. Wreszcie zakończenie, z obowiązkową kulminacyjną walką w samym finale, po której względnie może nastąpić kilka scen z rodzaju „żyli długo i szczęśliwie”. Tymczasem Gatchaman CROWDS insight to seria, która nie przeszłaby „weryfikacji trzech odcinków” (czyli tyle, ile większość widzów daje nowym tytułom „na spróbowanie”). Nie przeszłaby zresztą weryfikacji dowolnej liczby odcinków, ponieważ jest jednym z tych nielicznych anime, które od początku do końca stanowią spójną całość kompozycyjną, a wyrywanie z niej poszczególnych kawałków nie ma najmniejszego sensu. Każde wydarzenie istnieje w relacji do poprzednich i następnych, nie stanowi samoistnego, przypadkowego epizodu, który ma tylko zająć widza w oczekiwaniu na popchnięcie głównej linii fabuły. No a komu by się chciało zapamiętywać takie szczegóły, zamiast, tak jak w porządnych seriach, dostawać łatwe do ogarnięcia i strawienia kawałeczki historii? Poza tym niezwykle dużo się tu rozmawia – bohaterowie zamiast lać po mordach zło, dyskutują – co gorsza, nie tylko z rzeczonym złem, ale także ze sobą nawzajem. Myślałby kto, że taka drużyna superbohaterów będzie mieć poglądy spójne jak polska partia polityczna, rozpisane i narzucone odgórnie. Różnić to się można rodzajem ulubionych ciastek lub preferowanym rozmiarem biustów, ale nie wypada przecież wymagać od widza, by orientował się w niuansach postaw i pamiętał, z jakich cech charakteru mogą wynikać.

Podobnie jak i w poprzedniej serii, także tutaj główny wątek wyłania się powoli. Pierwsze odcinki koncentrują się na konfrontacji z Rizumu Suzukim, ideologicznym terrorystą stojącym za VAPE. Jego postawa i poglądy stoją w całkowitej opozycji do idealistycznie nastawionego do świata Ruiego Ninomiyi, a incydenty z udziałem VAPE obnażają przy okazji największą słabość superbohaterów wszelkiej maści. Wbrew pozorom najpoważniejszym zagrożeniem dla nich nie jest szaleniec pragnący zniszczyć świat, a duża liczba stosunkowo słabych przeciwników, atakujących przypadkowych cywilów. Nawet gdy to niebezpieczeństwo udaje się zażegnać, szkody okazują się nieodwracalne, a opinia publiczna coraz bardziej histerycznie zaczyna potępiać CROWDS. Co oczywiście jest pierwszym z licznych absurdów tej serii, ponieważ przecież nikt nie umiałby wskazać w naszej rzeczywistości przypadków, gdy ludzie żądają wycofania lub zaniechania nowej technologii, dlatego tylko, że nagle zaczęła im się wydawać niebezpieczna.

Zamiast jednak wykorzystać porządnego i jasno określonego antagonistę w osobie Suzukiego, seria zaczyna się zagłębiać w tematykę polityczną. Tu chyba każdy się ze mną zgodzi, że udostępnienie ludziom metody głosowania za pomocą smartfonów to przecież pomysł doskonały, który z całą pewnością nie mógłby doprowadzić do żadnych niekorzystnych zjawisk. Niemniej, jak już mówiłam, jest to seria całkowicie absurdalna. W naszej prawdziwej rzeczywistości nie było przecież nigdy przypadków, gdy w wyborach znaczące wpływy – jeśli nie władzę – zdobywała osoba lub siła polityczna, której jedyną cechą wyróżniającą było to, że postrzegano ją jako coś „spoza układu”, a program polityczny składał się z obietnic, że wszystkim będzie dobrze. Nikt też, to przecież całkowicie jasne, nie głosuje w wyborach „na złość” obecnemu establishmentowi, nie wspominając już o czymś takim jak głosowanie „dla jaj”. Nie, to wszystko zupełnie nierealne, podobnie jak pokazywanie, że możliwość wpływania przez obywateli – w formie swoistych referendów – na wszystkie ważniejsze państwowe decyzje doprowadzi szybko do tego, że zaczną oni podejmować najbardziej populistyczne decyzje, a z czasem, znudzeni, bez większej żenady oddadzą możliwość decydowania w ręce kogoś innego. Chęć bezpośredniego wpływu na wydarzenia w państwie z jednoczesnym poczuciem braku odpowiedzialności za podejmowane decyzje – nie, to zupełnie nierzeczywiste.

Mniej więcej na tym etapie właśnie zaczyna wyłaniać się główny motyw tematyczny serii, jakim jest analiza jednostki w odniesieniu do grupy. Ilu już widzieliśmy bohaterów (a szczególnie bohaterek), którzy z ogniem w oczach deklarowali, że pragną, by wszyscy ludzie „zjednoczyli serca” i porzucili wszelkie konflikty? To oczywiste dążenie do pokoju, które przecież musi być postrzegane jako zjawisko jednoznacznie pozytywne. Czy ktoś serio by się spodziewał, że dążenie do jednolitości pragnień i poglądów może wiązać się z izolowaniem – lub wręcz likwidacją – jednostek, które nie dają się w ten sposób zunifikować? To przecież całkowita fikcja, niedająca się poprzeć żadnymi przykładami z historii ludzkości. W tej sytuacji zakończenie należy postrzegać jako wyjątkowo irytujący krok wstecz, pozbawiony jasnej konkluzji w postaci pokonania zła i osiągnięcia stanu szczęśliwości, czyli spełnienia założeń porządnej serii o ratowaniu świata.

Hajime Ichinose, będąca w pierwszej serii centralnym punktem i motorem wydarzeń, tu schodzi przez większość czasu na dalszy plan. Jest to konsekwencją zmiany, jaka zaszła w pozostałych postaciach, a także kompletnie odmiennych wyzwań, przed jakimi stają. Hajime lepiej sprawdza się jako komentatorka wydarzeń, a chociaż tę samą rolę w dużej mierze odgrywała poprzednio, teraz jej słowa i pytania nie motywują innych do podjęcia bezpośrednich działań. Tsubasa Misudachi, która początkowo mogła się wydawać lekko „odświeżoną” wersją Hajime, okazuje się osobą całkowicie odmienną i mającą nieprawdopodobnego wręcz pecha. Bezpośrednia, szczera i pełna niezłomnych przekonań o tym, że ludzi trzeba ratować, nawet wbrew ich woli, byłaby idealną protagonistką każdej serii o ratowaniu świata, która podchodziłaby do podjętego tematu zgodnie z oczekiwaniami widzów, a nie zamotywała się w jakichś konkluzjach i niejasnych moralnie wyborach. Po co komu niejednoznaczność, skoro można mieć ładną panienkę walczącą o pokój na świecie? W ogóle zresztą trudno powiedzieć, by Tsubasa budziła sympatię, ponieważ Gatchaman CROWDS insight, jak już kilka razy udowadniałam, za nic ma przyzwyczajenia widzów. Wiadomo przecież, jakie są zasady: jeśli nie mamy do czynienia z wyraźnie nakreślonym antybohaterem typu Leloucha z Code Geass, to należy przyjmować, że postaci pozytywne prezentują poglądy popierane i uważane za słuszne przez scenarzystów. Oczywiście działa to także w drugą stronę: poglądy antagonistów odzwierciedlają niesłuszny i godny potępienia punkt widzenia. Kto to widział, żeby mieszać to wszystko, pozwalać postaciom na takie różnice opinii, wyznawanych ideologii i akceptowanych metod, a jeszcze do tego dopuszczać do sytuacji, w której ktoś może mieć rację częściowo lub ze słusznych przesłanek wyciągać niesłuszne wnioski? W dodatku scenarzysta zostawia widzowi zastanawianie się nad tym, z czym należałoby się zgodzić, a kto zapędza się w swoich wywodach za daleko.

Kenji Nakamura (warto w końcu wywołać przed tablicę głównego odpowiedzialnego) nie bierze też pod uwagę, że podstawową rolą postaci jest budzenie sympatii widza tudzież skłanianie go, by wczuł się w ich sytuację i postawił się na ich miejscu. Wprowadza barwny zestaw bohaterów drugoplanowych, ale tak jak poprzednio, pozostawia ich wątki nieopowiedziane, każąc oglądającym zbierać rozsypane informacje i na ich podstawie układać mniej lub bardziej kompletny obraz. Decyzje Ruiego (oraz ich konsekwencje), który w poprzednim sezonie był jedną z głównych postaci, są w tej części tylko elementem podbudowy, służącym do ukazania pewnych mechanizmów i przesunięcia akcji dalej. Tym razem jego problemy i ideały schodzą na dalszy plan – bez wątpienia można by inaczej rozłożyć akcenty i poświęcić mu więcej czasu, ale wtedy byłaby to po prostu seria o czymś innym. Tak jak o czymś innym byłaby, gdyby skupić się na najbardziej tu chyba interesującej postaci drugoplanowej, Jou Hibikim, i na dokonywanych przez niego wyborach. Czy jednak można pozytywnie ocenić zabieg polegający na przypisaniu każdemu z bohaterów jakiegoś punktu widzenia i zasugerowaniu oglądającym, że to anime wyglądałoby kompletnie inaczej, w zależności od tego, na kim skoncentrowałaby się uwaga scenarzysty? Przecież chyba jasne jest, że postaci drugoplanowe służą do podkreślania i uzupełniania roli postaci pierwszoplanowych (oraz budzenia sympatii widza) i powinny znać swoje miejsce, a nie sugerować, że byłyby równie intrygującymi protagonistami.

Grafika pozostaje taka jak poprzednio, czyli nierówna, ale przynajmniej efektowna. Projekty postaci są ładne i charakterystyczne, chociaż widać pewną słabość Kinako do typów androgynicznych lub aseksualnych. Najwidoczniej jednak ktoś nie zdaje sobie sprawy z tego, jak w anime ma wyglądać dziewczyna obdarzona dużym biustem, taka jak Hajime: każda pierś osobno powinna rysować się wyraźnie, obciśnięta ubraniem, a nie wyglądać tak, jak ja wyglądam, kiedy włożę bluzkę! Trzeba jednak przyznać, że nowe projekty zbroi Gatchamanów – Ruiego i Tsubasy – są równie udane jak stare i stanowią prawdziwy cukierek dla oka, łącząc żywe kolory z niezwykłą wręcz ilością detali. Także tła zwracają uwagę – czasem ostre i pełne szczegółów, innym razem rozmyte i akwarelowe. Niemal każda ważniejsza scena jest tu skomponowana z niezwykłą starannością – sam sposób ustawienia kamery mówi nam, co w danym momencie jest najważniejsze i jaki nastrój zamierza przekazać reżyser. Ceną za to są oszczędności na rysunku tam, gdzie oko widza nie ma się w danej chwili koncentrować. No dobrze, ale właściwie kogo obchodzi takie wydziwianie dla amatorów o jakichś kompozycjach i kolorystyce, skoro w tej serii jest zdecydowanie mniej walk niż w poprzedniej, a do tego pojawiają się one w przypadkowych miejscach i nie zachowują właściwego stopniowania od najsłabszych przeciwników do najefektowniejszego i najtrudniejszego starcia w finale? Niech będzie jakąś pociechą, że przynajmniej od jednej czy dwóch scen akcji oko widzowi zbieleje. Za to czołówka – animacja i piosenka – może śmiało rywalizować z openingami cyklu Monogatari, a i sekwencji przy napisach końcowych nic nie brakuje.

Muzyka jest właściwie bardzo zbliżona do tego, co słyszeliśmy poprzednio – czasem klasyczna, czasem elektroniczna, mieszająca style w zależności od tego, co w danym momencie pasuje do pokazywanych wydarzeń. Do pierwszoplanowych seiyuu znanych z poprzedniej serii dołącza troje nowych: w rolę Tsubasy wciela się z powodzeniem Kaori Ishihara (m.in. Madoka w Rinne no Lagrange, Rika w Owari no Seraph), zaś Gelsadrę grają Kana Hanazawa i Tomokazu Sugita. Z postaci drugoplanowych zaś na największą uwagę zasługuje Jun’ichi Suwabe (Undertaker w Kuroshitsuji, Archer w Fate/stay night) jako Millio, prowadzący i producent popularnego programu rozrywkowo­‑informacyjnego.

Osobną kwestią, jaką reżyser próbuje się zalecać do tych nielicznych widzów, którym chciałoby się pamiętać, o co chodziło poprzednio, jest elegancka symetria obu serii: jedna jest lustrzanym odbiciem lub też negatywem drugiej. Paralele między Hajime a Tsubasą, Bergiem Katze a Gelsadrą, widać wyraźnie, ale podobnie można porównywać inne elementy. W pierwszej serii Gatchamani, mimo formalnej przynależności do jednej drużyny, nie tworzyli spójnej grupy – to nastąpiło dopiero w miarę rozwoju wydarzeń. W drugiej ten proces jest odwrotny. Pierwsza podkreślała znaczenie kolektywu jako czegoś, co może dać sobie radę z destrukcyjnymi jednostkami. Druga koncentruje się na tym, jak kolektyw w różne – nie zawsze korzystne – sposoby oddziałuje na jednostkę. Obie łączy coś, co całkowicie skreśla Gatchaman CROWDS jako poważne anime – a mianowicie optymistyczne przesłanie. Kenji Nakamura zachowuje przynajmniej ograniczoną wiarę w ludzi i zdaje się podkreślać, że na razie jeszcze nasza cywilizacja nie jest jednoznacznie skazana na samozagładę. Chociaż warto zauważyć, że łatwo o optymizm, kiedy w charakterze koła ratunkowego ma się superbohaterów, zdolnych dokonywać niezwykłych wyczynów. Strach pomyśleć, co by się działo w podobnych przypadkach w naszym świecie. Całe szczęście, że ta seria to zupełna fikcja, a pokazane mechanizmy i zachowania nie mają nic wspólnego z rzeczywistością!

Do obejrzenia Gatchaman CROWDS insight niezbędna jest znajomość pierwszej serii, wraz z reżyserską wersją ostatniego odcinka (Embrace, określaną także jako „odcinek 13”) oraz odcinkiem specjalnym Inbound, będącym prologiem do drugiej serii. Pytanie oczywiście brzmi, czy warto to oglądać? Cóż, to seria przeznaczona dla widzów podobnych do mnie, amatorów sportu ekstremalnego, jakim jest czytanie (i patrzenie) ze zrozumieniem, co starałam się oddać w tej recenzji. Pozostałym mogę tylko zacytować jedno z przesłań tej serii: podążanie za opinią ogółu jest komfortowe i przynosi poczucie bezpieczeństwa. Dlatego nie zamierzam się wyłamywać. To naprawdę fatalna seria, zupełnie nie nadaje się do oglądania. Całkowita porażka. Ja daję 10.

Avellana, 11 października 2015

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Tatsunoko Productions
Projekt: Kenji Andou, Kinoko, Kouji Nakakita, Yuuichi Takahashi
Reżyser: Kenji Nakamura
Scenariusz: Toshiya Oono
Muzyka: Taku Iwasaki

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
Gatchaman CROWDS insight - wrażenia z pierwszych odcinków Nieoficjalny pl