Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Yatta.pl

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

2/10
postaci: 1/10 grafika: 6/10
fabuła: 1/10 muzyka: 7/10

Ocena redakcji

2/10
Głosów: 6 Zobacz jak ocenili
Średnia: 1,83

Ocena czytelników

4/10
Głosów: 39
Średnia: 3,69
σ=2,4

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Enevi)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Ranpo Kitan: Game of Laplace

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2015
Czas trwania: 11×24 min
Tytuły alternatywne:
  • 乱歩奇譚 Game of Laplace
zrzutka

„Smaż, co chcesz”, czyli jak przyprawić ojca japońskiego kryminału o skręt (na szczęście już nieistniejących) kiszek.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Pewnego dnia gimnazjalista, Yoshio Kobayashi, budzi się w klasie i zauważa rozczłonkowane ciało swojego wychowawcy ułożone w makabryczną rzeźbę. Chłopiec nie ma pojęcia, jak znalazł się w tym miejscu, a tym bardziej nie wie, czemu ma w rękach narzędzie zbrodni. Wszystkie dowody świadczą przeciwko niemu i nieważne, jak głośno protestowałby jego najlepszy przyjaciel, Hashiba, policja uznaje go za najbardziej prawdopodobnego sprawcę. W tym samym czasie w miejscu, gdzie prowadzone jest śledztwo, pojawia się Kogorou Akechi – siedemnastoletni prywatny detektyw. Ten genialny licealista dzięki niesamowitym zdolnościom dedukcyjnym jest w stanie rozwiązać trudne zagadki kryminalne, przyprawiające szeregowych stróżów prawa o ból głowy. A że sam cierpi na chronicznego „globusa”, niełatwo z nim współpracować. Tymczasem Yoshio jak na głównego podejrzanego zachowuje się wyjątkowo beztrosko, zupełnie nie przejmując się sytuacją, w jakiej się znalazł. Wręcz przeciwnie – jest bardzo podekscytowany i uradowany tym, iż w jego szarym i nudnym życiu wreszcie wydarzyło się coś ciekawego. Chłopiec ma niemal stuprocentową pewność, że to nie on zabił nauczyciela i postanawia to udowodnić… Jeśli uda mu się rozwiązać zagadkę, będzie mógł zostać asystentem młodego detektywa.

Ranpo Edogawa, a właściwie Edogawa Ranpo to pseudonim jednego z czołowych przedstawicieli japońskiego kryminału, który większość swoich dzieł napisał w pierwszej połowie XX wieku. Główną inspirację czerpał z twórczości takich autorów jak Edgar Allan Poe (stąd zresztą pseudonim artystyczny) czy Arthur Conan Doyle, a do najbardziej znanych jego utworów należy cykl o detektywie Kogorou Akechim, japońskim odpowiedniku Sherlocka Holmesa. Oprócz kryminałów ma również na koncie opowieści mniej lub bardziej niesamowite, momentami wyjątkowo upiorne i nierzadko ociekające erotyzmem. A że Edogawa był pionierem japońskiego kryminału, jego powieści zyskały miano klasyków. Jak zaś nie od dziś wiadomo, z klasykami lepiej nie zadzierać… Są ludzie, którzy potrafią stworzyć naprawdę dobre filmy/seriale/książki będące adaptacjami znanych dzieł. Weźmy np. takiego Sherlocka – osadzony w Londynie XXI wieku serial stacji BBC o przygodach genialnego detektywa. Twórcy zręcznie „przetłumaczyli” powieść na język współczesny, tak że całość nie straciła nic ze swojej magii, a zyskała na nowoczesności.

Ostatnimi czasy również Japończycy postanowili złożyć hołd swojemu mistrzowi, a że anime jako medium jest bardzo popularne… Owocem ich pracy jest czerpiące motywy z twórczości Edogawy Ranpo Kitan – rzecz stworzona z okazji pięćdziesiątej rocznicy śmierci pisarza. Inicjatywa szlachetna i ambitna, w końcu o klasyce powinno się pamiętać, prawda? Prawda… A że autor przy okazji pewnie przewraca się w grobie, to już mniej istotne, prawda? No właśnie, niekoniecznie… Nie przeczę, że twórcy próbowali nakręcić rzecz ambitną i niecodzienną, ale od zamiarów do realizacji droga daleka, kręta i wyboista.

Trudno jest po kolei wymieniać popełnione przez ekipę produkcyjną błędy, bo oznaczałoby to zdradzenie zbyt wielu szczegółów i… byłoby równoznaczne z krytyką niemal każdego elementu fabuły czy chwytu zastosowanego w tym anime. Dlatego też bez zbytniego rozdrabniania się napiszę, co właściwie jest z tą serią nie tak (pomijając fakt, iż kryminał nie jest kryminałem). Najłatwiej pewnie byłoby napisać „wszystko”, ale to recenzja, więc trzeba użyć właściwych argumentów, choć nie będzie to szczególnie trudne. Poszczególne elementy serii tak bardzo kaleczą realizm i zdrowy rozsądek, że nie wiadomo, od czego zacząć. Cóż, swobodna adaptacja jeszcze nie przekreśla szans na niezłe kino, ale to anime wyciąga z opowieści Edogawy tylko te wątki lub motywy, które akurat pasowały do wizji twórców. Nie byłoby nic złego w ekranizowaniu jedynie fragmentów lub nawet poszatkowaniu scenariusza oryginału na potrzeby serialu, gdyby wszystko to zrobiono z głową… A nie od dziś wiadomo, że pozbawiony głowy kurak daleko nie zajdzie. Będzie się miotał na prawo i lewo, dopóki ostatecznie nie padnie…

Ranpo Kitan: Game of Laplace przypomina popularne japońskie danie zwane okonomiyaki – w wolnym tłumaczeniu znaczy „smaż, co chcesz”. Skąd takie porównanie? Dobór składników tego dania zależy od indywidualnych upodobań przygotowujące/jedzącego, a że do fabuły recenzowanego anime wrzucono prawie wszystko, co się dało, „poczęstowany” taką mieszanką autor niewątpliwie przewraca się teraz w grobie, bynajmniej nie z zachwytu. A co mamy zrobić my, widzowie z tak wybuchowym daniem? Dobre pytanie…

Składników użytych do „przyrządzenia” tego serialu jest naprawdę wiele i sami twórcy chyba nie do końca wiedzieli, co tak właściwie planowali stworzyć (a jeśli wiedzieli, to niestety, w tym szaleństwie nie ma metody). Przez to anime już od pierwszych minut stanowi ciężki przypadek osobowości mnogiej. W dodatku to nie tak, że raz jest tym, raz jest tamtym, a kiedy indziej jeszcze czymś innym – Ranpo Kitan stara się być wszystkim jednocześnie. Dlatego dostajemy groteskowe połączenie dramatu pseudopsychologicznego i pseudofilozoficznego, komedii, horroru oraz kryminału, a wszystko to w oparach absurdu. Sama nie wiem, czy było to w pełni zamierzone, czy całość zaczęła w pewnym momencie żyć własnym życiem, więc nie znając w pełni zamiarów twórców (choć jestem niemal pewna, że planowanie fabuły ograniczyło się do hurraoptymistycznego „hej, wrzućmy to, to i jeszcze może to, na pewno się uda!”), będę pisać o tym, co mi się wydaje…

Po pierwsze i najważniejsze: to nie jest kryminał… Czemu więc widnieje na powyższej liście gatunków? Cóż, coś trzeba było tam wpisać, a że mamy morderstwa, detektywów i „śledztwa”, to prawie pasuje. Dlaczego „śledztwa”? Wszystkie tajemnice przestają być tajemnicami, gdy na miejscu zbrodni pojawia się Akechi z gotową odpowiedzią. Badanie poszlak, gromadzenie i analizowanie informacji? To dla słabeuszy. „Geniusze” czytają scenariusz przed rozpoczęciem danego odcinka.

Twórcy usilnie starali się osadzić serię we współczesnej rzeczywistości, ale wyjątkowo im to nie wyszło, ponieważ wymagałoby dostosowania materiału do praw w niej panujących. Tymczasem już pierwszy odcinek daje widzom jasno do zrozumienia, że czego jak czego, ale realizmu tutaj nie uświadczą. Nie chodzi już nawet o to, że nawet laik będzie w stanie powiedzieć, że policja nie tak prowadzi śledztwa. Jest gorzej – z tego okonomiyaki wydziela się smród przypalonych ambicji. Skąd w ogóle wiadomo, że ekipa produkcyjna takowe miała? W końcu umieszczone w tytule nazwisko znanego myśliciela zobowiązuje. Kojarzycie demona Laplace’a? W skrócie: to taki hipotetyczny wszystkowiedzący byt, znający położenie wszystkich cząstek we Wszechświecie, a dzięki temu zdolny poznać ich przeszłość i przewidzieć przyszłe ruchy. Twórcy Ranpo Kitan musieli stwierdzić, że ta koncepcja fajnie brzmi, więc postanowili uczynić z niej oś fabuły. Problem polega na tym, że nawet człowiek, który o fizyce ma pojęcie żadne, już na pierwszy rzut oka będzie w stanie stwierdzić, że to tak nie działa. Ale to nic… to dopiero wstęp… Większość elementów przedstawionych działa w rzeczywistości zupełnie inaczej niż w tym anime. Od tak wydumanych teorii zaczynając, a na śledztwach policyjnych (przesłuchania na miejscu zbrodni, dopuszczanie do materiału dowodowego osób kompletnie nie mających ze sprawą nic wspólnego lub wyciąganie znikąd schematu postępowania przestępców) czy najróżniejszych wątkach obyczajowych (mam tu na myśli głównie dramatyczną historię rodzinną pewnego nastolatka, w której patologia była na tak kosmicznym poziomie, że przez cały seans przecierałam oczy ze zdumienia) kończąc.

Ale zaraz, może to niekoniecznie miało być jasne, zrozumiałe i realistyczne? Może postawiono na umowność i wielowarstwową metaforę kondycji współczesnego społeczeństwa widzianą w krzywym zwierciadle? Tak, jasne. A tu mi jedzie czołg z różową kokardką w czarne groszki… Scenariusz Ranpo Kitan to w zasadzie kupa schematów, ale schematów tak wynaturzonych, że powstała wybuchowa mieszanka rzeczy przewidywalnych i zaskakujących w jednym. Przewidywalne są niemal wszystkie zwroty akcji. „Niemal”, ponieważ niektóre wątki są tak „od czapy”, że widz w ogóle nie ma jakichkolwiek przesłanek, by się ich spodziewać. Zaskakujący jest natomiast sposób ich zaprezentowania – całość smażono na tak głębokim absurdzie i dziwactwach, że pewnie co odcinek będziecie przecierać oczy ze zdziwienia. Sami twórcy w czasie tego radosnego grilla poili się chyba przeterminowanym sokiem z gumijagód (coś musieli zażywać i raczej nie były to żadne znane ludzkości używki), którego zapasy, o dziwo, musiały się pod sam koniec wyczerpać, bo dostajemy wyjątkowo sztampowy finał z cyklu „historia toczy się dalej” bez należytej konkluzji. Może to i lepiej, bo kto by odważył się to wszystko ogarnąć… Z powyższym bezpośrednio łączy się również władowana do serialu symbolika, która jest wyjątkowo łopatologiczna i nachalna, a przez to wręcz irytująca. Cóż, stado motylków, teatr kukiełkowy i tym podobne rzeczy może i robiłyby wrażenie, ale raczej nie w takiej odsłonie. A już scenki typu „Autopsja w trzydzieści sekund” musiano wymyślać po wypiciu naprawdę sporej dawki wspomnianego wyżej specyfiku.

W Ranpo Kitan mamy do czynienia z postaciami wzorowanymi na bohaterach książek Edogawy, ale już na pierwszy rzut oka widać, jak bardzo brutalnie zarżnięto oryginał. Nawet nie chodzi o to, że z trzydziestokilkuletniego ekscentrycznego faceta z klasą zrobiono gburowatego nastolatka z wiecznym globusem i chcicą na kofeinę, a jego młodego pomocnika zmieniono w… równie młodego pomocnika, który nie tylko ma delikatną urodę, co umożliwia mu liczne przebieranki na rzecz śledztwa, ale też zachowuje się tak, że nie wiadomo, czy mamy do czynienia z gimnazjalistą, czy gimnazjalistką. Bohaterowie tworzeni „na motywach” swoich pierwowzorów nie muszą być wybrakowani, a mogą posiadać ciekawe osobowości z nowymi dodatkami. Problem pojawia się w momencie, gdy „części oryginalne” ograniczają się do elementów najbardziej powierzchownych, a to, co najważniejsze, jest radosną twórczością własną ekipy serialu. Obsada prezentuje się mniej więcej tak samo jak fabuła, lub jeszcze gorzej. Wymieszanie schematów swoją drogą, najgorsze jest to, że przed wrzuceniem do kotła zostały obtoczone w wyjątkowo grubej panierce „oryginalności” i efekt końcowy przedstawia się co najmniej groteskowo.

Teoretycznie w takich seriach (pseudo)kryminalnych często pojawia się stały zestaw bohaterów. Przede wszystkim chodzi mi o główny duet, (bo to zwykle jest duet), na który składają się detektyw i jego przyd… znaczy, asystent. Rolą tego pierwszego jest… cóż, bycie genialnym i znajdowanie odpowiedzi na wszystkie pytania, ten drugi zwykle pyta, czasem pomaga, czasem przeszkadza, ale przede wszystkim jest „wtyką” dla widza czy może nawet oknem na świat przedstawiony, przez które widać to, co oglądający zobaczyć powinien. Charaktery takiej pary są zwykle skonstruowane na zasadzie przyciągających się przeciwieństw, między którymi iskrzy, aż miło patrzeć. Przynajmniej tak to wygląda w teorii.

Tu postawiono na unikatowość w negatywnym znaczeniu tego słowa. Jeśli szukacie nieco ekscentrycznych, ale sympatycznych protagonistów w walce z intrygującymi przestępcami, to po części Wasze oczekiwania zostaną spełnione, bo dostaniecie „protagonistów w walce z przestępcami”. A reszta? Ekscentryczność powinna mieć swoje granice, ponieważ z bohaterami trzeba się w chociaż najmniejszym stopniu identyfikować lub mieć wrażenie, że są skonstruowani choć odrobinę wiarygodnie. To parada wyjątkowo paradoksalnych dziwadeł – z jednej strony tak kosmicznych, że trudno ich zrozumieć, a z drugiej, przedstawionych w sposób tak nieudolny, że pierwszy lepszy scenarzysta lepiej by to zaplanował.

W czym tkwi problem? Mamy do czynienia ze stadem socjopatów, ale tacy bohaterowie powinni mieć w sobie coś, co przyciągnie uwagę widza. Wyznawane przez nich wartości rzadko pokrywają się z tym, co podpowiada zdrowy rozsądek lub przyjęte normy społeczne. I to się zwykle podoba – dobrze przedstawieni odszczepieńcy fascynują innością, ale nieprzewidywalność zachowań musi się mieścić w jakichś granicach i mieć chociaż umowny sens. Lwia część postaci w Ranpo Kitan to chaotyczny zbiór dziwnych lub nawet kontrowersyjnych postaw i poglądów, takie worki, do których wrzucono skrajne cechy. Nie wszystkie z nich się wykluczają, ale jeśli każda postać składa się z kilku dziwacznych elementów z tej samej kategorii, pozbawionych różnorodności, to wychodzi z tego papka o ostrym, ale ubogim smaku, bo wszystkie składniki są może i oryginalne, ale zbyt do siebie podobne, by stworzyć danie złożone i smaczne.

Ponieważ o „zapleczu” bohaterów – ich historii i najbliższym otoczeniu – nie dowiadujemy się praktycznie niczego, wypadałoby umiejętnie zaprezentować ich w fabule. Niestety, zastosowane środki przekazu w postaci pokazywania pojedynczych i do znudzenia powtarzanych „ekscentrycznych” nawyków nie działają (ktoś co chwila łyka prochy przeciwbólowe, ktoś łazi z papierową torbą na głowie, ktoś nosi kocie uszka i się tnie bez wyraźnego powodu, ktoś ma problemy z nietrzymaniem moczu i tym podobne…). Bohaterowie sprawiają przez to wrażenie maszyn z jedną lub dwiema funkcjami, których „intensywność” jest czasem podkręcona do maksimum. Świadczy to o braku umiejętności w przedstawianiu obsady, bo o jakiejkolwiek subtelności nie może być tu mowy – wszystkie odchyły prezentowane są w sposób łopatologiczny lub nawet dosadny czy wulgarny, co sprawia, że ci „socjopaci” mają w sobie zero magnetyzmu, zaś ich dziwactwa mogą najwyżej irytować, a w niektórych przypadkach wręcz zniesmaczać. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że powyższy opis odnosi się przede wszystkim do… głównych bohaterów. Reszta to w zatrważającej większości bezwolne marionetki, które dosłownie, jak pokazano to w serii, wiszą na sznurkach brutalnie szarpanych przez scenarzystę. Jedyny niepasujący do całości element stanowi Hashiba, kolega głównego bohatera, który w innej serii pewnie byłby niezłym dodatkiem do protagonistów, ale mimo śladowych ilości normalności nigdy nie wychodzi na pierwszy plan. W dodatku twórcom wyjątkowo zależało, aby pokazać, jak bardzo Hashiba leci na Kobayashiego, co sprawia, że dla osób, które jakiekolwiek podteksty homoseksualne odrzucają, to anime może być wyjątkowo niestrawne.

Osobną kategorią są w seriach kryminalnych antagoniści. Sęk w tym, że psycho- i socjopatów mamy już w rolach głównych, więc kolejne czarne charaktery raczej nie zaskoczą widza niczym nowym (Yoshio Kobayashi to naprawdę trudna konkurencja – okaz jedyny w swoim rodzaju, bo trudno spodziewać się po nim jakichkolwiek normalnych reakcji… ). Nie zdradzając szczegółów, napiszę jedynie, że z tłumu jednowymiarowych psycholi wyłania się ten jedyny i prawdziwy godny przeciwnik genialnego detektywa, który ostatecznie okazuje się… bardzo biedną i skrzywdzoną przez otoczenie genialną sierotką. To jest ten typ tragicznej przeszłości, kiedy będziemy płakać głośno, ale nie współczując mu z całego serca, a ze śmiechu, z powodu nagromadzenia nieprawdopodobnych ilości głupoty. Tu już nawet nie chodzi o balansowanie na granicy śmieszności, bo ta została daleko za horyzontem… Tak, to były naprawdę poruszające sceny, polecam z całego serca!

Jedyny element tej produkcji, o którym mogę pisać bez jakiejkolwiek złośliwości, to ścieżka dźwiękowa, ponieważ zarówno piosenka z czołówki – Speed to Masatsu w wykonaniu Amazarashi; ending Mikazuki zaśpiewane przez Sayuri oraz grany chyba w każdym odcinku utwór towarzyszący Akechiemu to kawałki bardzo przyjemne dla ucha, a dwa pierwsze w zestawie z towarzyszącymi im animacjami tworzą bardzo klimatyczne połączenie. Pozostałe melodie niekoniecznie nadają się do słuchania w oderwaniu od obrazu, ale stanowią dobre tło dla poszczególnych wydarzeń. Przy okazji udźwiękowienia nie można nie wspomnieć o seiyuu, wśród których znajdziemy naprawdę znane nazwiska, jak chociażby Takahiro Sakurai, Jun Fukuyama czy Takehito Koyasu. Cóż, zarabiać na życie trzeba, ale słuchanie ich w takich rolach… boli. Nie spisywali się źle, na pewno dali z siebie wszystko, tylko wymogi scenariusza bardzo wyraźnie ich ograniczają. A szkoda.

Grafika prezentuje się poprawnie, choć szału nie ma. Projekty postaci w większości nie wyróżniają się szczególnie, chyba że akurat rysownikom na tym bardzo zależało. W ten sposób niekoniecznie piękne, ale miłe dla oka (czasem aż nazbyt – z Kobayashiego zrobiono naprawdę ładną dziewczynkę… i to jest straszne, bo niby wiem, że to chłopak, ale tego w ogóle nie widać) dorobiły się charakterystycznych elementów w postaci worka na głowie, gwiazdek zamiast źrenic, kocich uszek i tak dalej (nie, żeby to w jakikolwiek sposób pasowało do świata przedstawionego). Do tego można (choć to już kwestia subiektywna) dołożyć wszelkie środki estetyczne, którymi próbowano ozdobić całość: a to scenki à la teatr, a to robienie z ludzi cieni, jakieś motylki, marionetki, kościotrupy, domino – głęboka symbolika pełną gębą. Słowem: sztuka! Serio? Cóż, biorąc pod uwagę natężenie i łopatologiczność tych środków wyrazu… niekoniecznie. W oderwaniu od tych wszystkich dodatków mamy za to przyjemną, stonowaną kolorystykę (aczkolwiek są wyjątki), szczegółowe i ładne, choć nie od razu rzucające się w oczy tła – głównie pejzaże miejskie oraz w miarę płynną animację. Oprawa techniczna nie rzuca na kolana, ale (z wyłączeniem wspomnianych wyżej elementów) stanowi przykład niezłej roboty rzemieślniczej.

Z jednej strony mam ochotę napisać, że to popłuczyny po klasyce japońskiego kryminału, ale twórcom najwyraźniej nie chodziło o to, by stworzyć w miarę wierną adaptację, a co dopiero ekranizację. Chcieli oni… no właśnie, co oni chcieli osiągnąć, tworząc to anime? Pewne jest jedno – udało im się osiągnąć prawdziwy sukces. Trudno bowiem stworzyć pozycję, która ponosi porażkę na wielu frontach, a jednocześnie jest dostarczającym niezapomnianych wrażeń kuriozum. Rzadko udaje się wspiąć na taki poziom abstrakcji i absurdu, ale ta wybuchowa mieszanka się sprawdza, bo niewątpliwie wywołuje w widzu emocje. A że obecnie nie chodzi o to, żeby wywoływać jedynie pozytywne emocje, a jakiekolwiek, to, no, wiadomo, co… Seria jest tak bardzo zła, że naprawdę samemu warto się o tym przekonać. Oczywiście nie każdy sobie z tym poradzi, ale dla gotowych na wszystko łowców dziwadeł wszelakich powinien to być niezapomniany seans. Ja mogę napisać, że ostatecznie świetnie się bawiłam, próbując nie zejść ze śmiechu przy niemal każdym odcinku. Miłego oglądania!

P.S. Wiecie, że to leciało w bloku niegdyś ambitnej Noitaminy?

Enevi, 15 grudnia 2015

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Lerche
Autor: Ranpo Edogawa
Projekt: Kazuaki Morita, Tomohito Hirose
Reżyser: Seiji Kishi
Scenariusz: Makoto Uezu
Muzyka: Masaru Yokoyama

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
Ranpo Kitan - wrażenia z pierwszych odcinków Nieoficjalny pl