Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Komikslandia

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

6/10
postaci: 7/10 grafika: 5/10
fabuła: 5/10 muzyka: 5/10

Ocena redakcji

brak

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 30
Średnia: 7,47
σ=1,82

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Piotrek)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Yuru Yuri San Hai!

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2015
Czas trwania: 12×24 min
Tytuły alternatywne:
  • ゆるゆり さん☆ハイ!
Postaci: Uczniowie/studenci; Pierwowzór: Manga; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność; Inne: Shoujo-ai/yuri
zrzutka

Akari, Chinatsu, Kyouko i Yui bawią do łez po raz trzeci. Sprawdzone pomysły kluczem do sukcesu.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Trzykrotne powtórzenie tej samej sztuczki i rozbawienie widza jak należy to niezły wyczyn. Jeśli dodatkowo czyni się to za pomocą pospolitych przygód gromadki uczennic, wówczas każdy, nawet najbardziej sceptycznie nastawiony człowiek powinien przynajmniej rozważyć zorientowanie się, o co w tym wszystkim chodzi. Rzadko która szkolna komedyjka obyczajowa doczekuje się aż trzech sezonów, a jeszcze rzadziej utrzymuje równy poziom na przestrzeni wszystkich odcinków – niekoniecznie wybitny i zapisujący się w annałach japońskiej animacji, ale doskonale spełniający swoją podstawową rolę. Yuru Yuri jest przykładem umiejętnego wykorzystania sprawdzonej receptury bez wprowadzania innowacji.

Forma serialu jest nad wyraz trwała, o czym wspominałem już w recenzjach poprzednich części. Grupka przyjaciółek kreatywnie spędza czas wolny, którym z uwagi na wiek dysponuje w nadmiarze. Do stałego repertuaru należą rozmaite gry i zabawy w szkolnym klubie, spotkania w domach koleżanek oraz wypady integracyjne „na miasto”. Wszystko utrzymane w lekkim tonie, bez przesadnie skomplikowanej retoryki, ale i bez głupkowatych wstawek. Dowcip jest lekki i rześki, przywodzący na myśl znane i lubiane anime, jakim jest Azumanga Daioh. Dzięki temu opowiadane historie są uniwersalne zarówno dla młodszego odbiorcy, znającego je ze swej codzienności, jak i dla widzów starszych, którzy beztroskie lata szkoły mają już za sobą. Ci drudzy odnajdą się zapewne lepiej w przedstawianej tu rzeczywistości, gdyż cechuje się ona pewną naiwnością i przesadnym optymizmem w przedstawianiu relacji międzyludzkich. Rzeczywistość znana z podwórek nie jest taka słodka i różowa, ale też nie o to na szczęście chodzi.

Rozpisywanie się po raz trzeci na temat serii, która tak naprawdę mogłaby być jednym liczącym kilkadziesiąt odcinków blokiem, nie jest specjalnie odkrywcze ani też zasadne. Za pierwszym razem skupiłem się na tym, czym Yuru Yuri jest dla potencjalnego odbiorcy, przy drugim z kolei podejściu mogłem pochwalić równy poziom i poszukać drobnych różnic. Przy niniejszej okazji nie pozostaje mi nic innego, jak przysiąść na moment i zastanowić się, co tak naprawdę przysporzyło serii tyle popularności, by twórcy zdecydowali się kontynuować najwyraźniej opłacalną inwestycję zamiast rzucić się na kolejną rynkową nowość z tego samego gatunku, wychodząc ze skądinąd słusznego założenia, że widz nie jest w stanie spamiętać wszystkich przedstawicieli gatunku, któremu co roku przybywają dziesiątki nowych pozycji na i tak już absurdalnie długiej liście.

Najprostszym wytłumaczeniem byłoby samo tytułowe yuri, ale choć w drugim sezonie zauważalnie wzrosła ilość gagów opartych na relacjach damsko­‑damskich, tak w najnowszej odsłonie były one raczej stonowane i uczuciowe niż zwariowane i nieprzewidywalne, czego potencjalną przyczynę opiszę jeszcze za moment. Odcinki takie jak wypad Kyouko i Ayano do kina są bardziej rozczulające niż rozśmieszające, i choć humoru wciąż nie brakuje, to jest on bardziej stonowany i dojrzały, zupełnie jakby oddawał naturę powoli dorastających bohaterek, coraz częściej potrafiących skupić się na sprawach perspektywicznych i doniosłych, zamiast na ulotnej chwili. Ilustruje to zresztą finał trzeciego sezonu, w którym zamiast dotychczasowego chaosu i eksplozji zaserwowano widzom podziwianie kwitnącej wiśni. Śmiem twierdzić, że ta transformacja zaczęła się już od pierwszego odcinka premierowej serii i została przez odbiorców doceniona. Znów powołam się na przykład Azumangi, która mimo żółtych latających kotów i odczepianych od fryzury kucyków także znajdowała czas, by ukazywać drobne przemiany bohaterek i zacieśnianie się więzi, pięknie zwieńczone w ostatnim odcinku. Repertuar Yuru Yuri jest bardziej ograniczony, ale zasada pozostaje ta sama.

Spójność i naturalność historii jest o tyle zadziwiająca, że seria doczekała się zmiany studia i reżysera wraz z końcem drugiego sezonu. Nowa ekipa wpierw wyprodukowała trzy odcinki specjalne w formie OVA, co było świetnym poligonem doświadczalnym do testowania zrozumienia ducha anime i umiejętności powtórzenia sukcesu poprzedniczek. Efekt jest więcej niż zadowalający. Gdyby nie recenzencka dociekliwość nakazująca mi przekopywać internet w poszukiwaniu interesujących faktów na temat opisywanego tytułu, nigdy bym się sam z siebie nie domyślił, że jakakolwiek zmiana na stołkach miała miejsce. Styl graficzny można jeszcze dość wiernie skopiować, bo w anime równie nieskomplikowanym wizualnie da się pewne różnice łatwo ukryć, ale już powtórzenie tego samego z resztą elementów mających stanowić spójną całość nie jest rzeczą łatwą. W teorii seiyuu sobie poradzą, o ile reżyser nie będzie przesadnie forsował własnej wizji, ale zarówno on sam, jak i scenarzysta stoją w takiej sytuacji pod ścianą i mają dodatkowo utrudnione zadanie. Nie wykluczam, że wspomniane stonowanie humoru w trzecim sezonie jest po części efektem zmian personalnych, ale za bardziej wiarygodną i przekonującą wersję uznaję to, że tak po prostu miało być.

Jak już napisałem, oprawa Yuru Yuri nie należy (i nigdy nie należała) do specjalnie porywających. Przepełniona słodyczą i ciepłymi kolorami miała przede wszystkim nie przeszkadzać i nie wpływać przygnębiająco na widza. Znam wiele szkolnych komedii lepszych technicznie, które mimo to wyglądały paskudnie głównie ze względu na dobór barw, ich nasycenie i kontrast. Tu uniknięto szarości i monotonii, dzięki czemu anime starzeć się będzie bardzo powoli i z godnością. Miałem co prawda nadzieję, że przez trzy lata od premiery drugiego sezonu i przy zmianie ekipy uda się wykrzesać choć odrobinę wyższą jakość, ale i tak jestem usatysfakcjonowany. Trochę gorzej o autorach świadczy spora liczba wpadek technicznych, jak choćby ucięta w jednej ze scen ostatniego odcinka twarz Kyouko, ale w wersjach płytowych powinno to zostać poprawione, przez co widz oglądający Yuru Yuri długo po telewizyjnej i internetowej premierze ma szansę zapoznać się już z poprawioną wersją.

Już trzeci raz piszę o Kyouko i przyjaciółkach, i po raz kolejny dziewczyny zasługują na uczciwą szóstkę w jenociej skali. Choć zazwyczaj uważam system ocen za mylący i nie oddający wielu tytułom sprawiedliwości, tak w tym konkretnym przypadku sześć punktów na dziesięć i towarzyszące mu w tabelce wytłumaczenie pasują idealnie. To warta uwagi komedia, której daleko do czołówki najlepszych i której największym grzechem jest brak czegokolwiek rzeczywiście nowego, ale która jednocześnie nie powinna rozczarować nikogo. Z nastawieniem „widziały gały, co brały” mogę spokojnie obejrzeć jeszcze sto odcinków, przy których na pewno nie będę się nudzić.

Tassadar, 7 lutego 2016

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: TYO Animations
Autor: Namori
Projekt: Motohiro Taniguchi
Reżyser: Hiroyuki Hata
Scenariusz: Hiroyuki Hata, Makoto Fukami