Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Otaku.pl

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

6/10
postaci: 9/10 grafika: 10/10
fabuła: 3/10 muzyka: 10/10

Ocena redakcji

7/10
Głosów: 14 Zobacz jak ocenili
Średnia: 6,71

Ocena czytelników

8/10
Głosów: 446
Średnia: 7,73
σ=1,67

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: IGN.com
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Final Fantasy VII: Advent Children

Rodzaj produkcji: film
Rok wydania: 2005
Czas trwania: 101 min
Tytuły alternatywne:
  • ファイナルファンタジーVII: アドベントチルドレン
Widownia: Shounen; Pierwowzór: Gra (RPG); Miejsce: Świat alternatywny; Inne: Magia
zrzutka

Efektowna graficznie, lecz fabularnie niezbyt interesująca kontynuacja kultowej gry. Dla fanów Final Fantasy VII i tylko dla nich.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl

Recenzja / Opis

Final Fantasy VII: Advent Children było jednym z najbardziej wyczekiwanych filmów w długich i burzliwych dziejach prób pogodzenia światów gier wideo oraz kina. Właściwie od momentu powstania Final Fantasy VII wszyscy liczyli, że ta kultowa gra doczeka się kontynuacji. Twórcy zostawili wiele furtek w postaci otwartych wątków fabularnych, a sukces gry przeszedł ich wszelkie oczekiwania. Początkowo mówiło się o nowej wersji, najpierw na konsolę PS2, następnie PS3, ale w końcu stanęło na cyklu gier i filmów noszących wspólną nazwę Final Fantasy VII Compilation. Wkrótce jednak okazało się, że z całego przedsięwzięcia zadowoleni byli jedynie twórcy liczący zyski, fani zaś szybko zorientowali się, że kolejne tytuły wychodzące pod szyldem Final Fantasy VII to w większości już tylko odcinanie kuponów od znanej marki.

Jak wspominałem na początku, idea zrobienia filmu na bazie gry nie jest świeża. Jeśli jednak większość produkcji tego typu (Alone in The Dark, Doom, Resident Evil, Final Fantasy: Spirits Within) korzystała z tytułu gry jako magnesu na fanów, tak Final Fantasy VII: Advent Children miało być bezpośrednią kontynuacją fabularną Final Fantasy VII. Tym samym twórcy dali fanom dodatkową pożywkę do domysłów, ale też wywindowali ich oczekiwania na poziom, któremu nie byli w stanie sprostać. Oglądając zaś film można dojść do wniosku, że nie mieli nawet takich ambicji. Tu należy wspomnieć o jednej z najważniejszych rzeczy – Advent Children to film dla graczy. Oglądanie go przez osobę nie znającą fabuły gry jest porównywalne z czytaniem Władcy Pierścieni od trzeciego tomu – na upartego można, ale ma się wrażenie kompletnego zagubienia. Jeśli oglądanie tej produkcji ma sprawiać przyjemność, zapoznanie się z fabułą gry jest warunkiem koniecznym. No chyba, że chcemy podziwiać wyłącznie oprawę graficzną. Inna rzecz, że poza nią wiele do podziwiania nie ma.

O czym jest sam film? Akcja przenosi nas dwa lata do przodu od chwili zakończenia gry. Świat powoli podnosi się po zniszczeniach spowodowanych upadkiem meteorytu, gdy spada nań nowe zagrożenie w postaci Geostigmy – choroby wywołanej przez połączenie energii planety z komórkami (jakże by inaczej?) Jenovy. Cloud prowadzi wspólnie z Tifą (wciąż platonicznie zakochaną w Chmurce) firmę przewozową. Shinra ledwo dyszy, choć cudem ocalały Rufus (czy ktoś mi wytłumaczy, jak on się wydostał z walącego się budynku?) wraz z wiernymi mu do końca Turks stara się zapobiec Geostigmie i przywrócić swej korporacji dawną świetność. W tym celu nawiązuje, wydawać by się mogło, niemożliwą współpracę z Cloudem, a ich przeciwnikami staje się trójka tajemniczych (i silnie bishounenowatych) braci – Kadaj, Loz i Yazoo. Wiem, zapowiada się ciekawie, zwłaszcza, że w filmie pojawią się zarówno Sephiroth, Bahamut(!), Zack(!!) oraz Aeris(!!!), jak i niemal cały skład drużyny znanej z gry. Jednak tu docieramy do pierwszego „ale”. Cały film to jedynie sekwencja kolejnych walk, na tle których fabułą wydaje się pełnić rolę kleju, który łączy, i to niezbyt solidnie, poszczególne bijatyki.

Film jest wypełniony dziurami jak ser szwajcarski, jego logika przypomina zaś socjalistyczną gospodarkę. Postacie wykonują takie ewolucje, że bohaterowie chińskich wuxii (Hero, Przyczajony tygrys, ukryty smok) to przy nich cienkie bolki. Rufus paraduje przez większość filmu w kapturze a la Palpatine – po czorta, skoro jego facjata jest nienaruszona, a wszyscy i tak wiedzą, kim jest? Tifa zalicza ścianę, obrywa ławkami, ale wystarczy nieco prądu i leży nieprzytomna. Trzej „źli” produkują potwory ze spalin. Kuloodporne jest tu niemal wszystko, łącznie z okularami Clouda. Cid, który w grze klął jak szewc, tu jest grzeczny i uprzejmy. Barret, który w miejsce odstrzelonego przez Scarlet ramienia miał przytroczony karabin, ma teraz w pełni scyborgizowane ramiona, przez co wygląda jak Jax z Mortal Kombat, ale to i tak nic przy Cloudzie, który wygląda jak klon Gackta. W filmie nie ma ani jednego Chocobosa (poza rysunkiem na ścianie nowego Seventh Heaven) – wyzdychały wszystkie na geostigmę? Przez kilkanaście sekund oglądamy za to zbliżenie spadającego telefonu. Przypadek? Nie, skądże, dokładnie na takich telefonach chodzi wydana nieco wcześniej niż film gra Final Fantasy VII: Before Crisis. Reklama uber alles. Szczytem jest jednak „return” Sephirotha, zrobiony ewidentnie na siłę, tylko po to, by ulubiony przez wszystkich siwulec mógł pomachać nieco swoim dłuuuuugim Masamune. Zaprawdę, jeśli chodzi o logikę kontynuacji gry to Final Fantasy: Legend of the Crystals biło Advent Children na głowę.

Może jednak kilka słów o plusach – o dziwo, są takie. Turks, w grze doskonałe postaci drugiego planu, tu powracają, by odegrać dużo ważniejszą rolę (są zresztą elementem łączącym wszystkie części Final Fantasy VII Compilation), zaś Rude i Reno tworzą całkiem zgrabny duet komiczny. Nowe wersje niektórych bohaterów (Tifa, Rufus) są naprawdę udane. Charaktery większości kluczowych postaci nie zmieniły się – na szczęście. Pewne subtelne nawiązania do wydarzeń z gry oraz wiernie oddane miejsca również cieszą oczy.

Jak na wyprodukowany za wiele milionów jenów film przystało, grafika i muzyka stoją na najwyższym poziomie. Realistyczne projekty postaci są w większości przypadków doskonałe, nowe aranżacje znanych z gry utworów muzycznych również muszą się podobać. Trudno się przyczepić do głosów – pasują idealnie. Pod względem czysto technicznym Advent Children to perełka i choćby z tego powodu warto ten film obejrzeć. Soundtracka słucha się świetnie nawet bez obrazu. Dynamika walk jest porażająca, zaś niektóre sceny to majstersztyk tego rodzaju produkcji. Świetnie ogląda się wykonaną na nowo animację Sephirotha na tle płonącego Nibelheim. Podsumowując – ten film to wspaniale wyprodukowana rzecz, zrobiona przez fachowców, którym jednak po wykonaniu opakowania zabrakło pomysłu na wnętrze. I wyszło, co wyszło…

Grisznak, 12 września 2006

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Enix Corporation
Autor: Square Enix
Projekt: Takayuki Takeya, Takeshi Nozure, Tetsuya Nomura
Reżyser: Tetsuya Nomura
Scenariusz: Kazushige Nojima
Muzyka: Nobuo Uematsu

Wydane w Polsce

Nr Tytuł Wydawca Rok
1 Final Fantasy VII: Advent children Imperial CinePix 2010

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
Final Fantasy: fanfiki na Czytelni Tanuki Nieoficjalny pl