Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Nejiro 9

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

7/10
postaci: 5/10 grafika: 10/10
fabuła: 5/10 muzyka: 8/10

Ocena redakcji

8/10
Głosów: 7 Zobacz jak ocenili
Średnia: 8,00

Ocena czytelników

9/10
Głosów: 222
Średnia: 8,68
σ=1,45

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Karo)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Koe no Katachi

Rodzaj produkcji: film
Rok wydania: 2016
Czas trwania: 130 min
Tytuły alternatywne:
  • Silent Voice
  • 聲の形
Tytuły powiązane:
Widownia: Shounen; Postaci: Uczniowie/studenci; Pierwowzór: Manga; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność; Inne: Realizm
zrzutka

Opis relacji z osobą niepełnosprawną jako punkt wyjścia do rozważenia zagadnień ogólnospołecznych. Ckliwa produkcja dla wizualnych estetów, gdzie i filmowy pragmatyk znajdzie coś dla siebie.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Deze

Recenzja / Opis

Nie cierpię anime tworzonych przez Kyoto Animation. Żadne inne studio, żaden nawet konkretny twórca, równie mocno nie kojarzy mi się z zawiedzionymi oczekiwaniami. Wiele ich produkcji czerpie z realizmu magicznego – gatunku bardzo mi bliskiego, jeśli chodzi o literaturę, którego zawsze brakuje mi w dziełach audiowizualnych. Problem polega na tym, że ludzie z KyoAni wydają się tej konwencji zupełnie nie rozumieć. Potrafią tworzyć intrygujące światy, gdzie nieokreślona metafizyka stanowi pretekst do mówienia o ludzkich problemach i uczuciach, ale brak im w tym subtelności. Tam, gdzie wskazane byłyby sugestia i niedopowiedzenie, oni stosują ciężki, melodramatyczny lukier, przez który znaczna część ich utworów, pomimo ciekawego zamysłu, jest dla mnie całkowicie niestrawna. Większość zagadnień prezentują z prostacką dosłownością, co świadczy albo o braku wiary w domyślność odbiorcy, albo o nieumiejętności korzystania z wizualnych środków przekazu. I wiem, że okropnie to wszystko generalizuję, że w dorobku studia są też udane serie przygodowe i komedie, a i w produkcjach dramatycznych zdarza im się wykazywać większym wyczuciem. Nic jednak nie poradzę na to, że silniej przeżywam rozczarowania, a nie najgorsze Suzumiya Haruhi no Yuuutsu i Full Metal Panic? Fumoffu to za mało, żeby zabić mdły posmak po przedramatyzowanych gniotach w rodzaju Air czy Clannad After Story.

Koe no Katachi – nagradzana manga autorstwa Yoshitoki Ooimy, opowiadająca o relacji wycofanego społecznie nastolatka z niesłyszącą koleżanką – wydawała się utworem wręcz niepokojąco odpowiednim dla estetyki KyoAni. Melancholijna, niemal depresyjna historia kipiąca od uczuciowych zawirowań, do tego ze smutną, wielkooką bohaterką na pierwszym planie… Idealny pretekst do zaserwowania przerysowanej ckliwości i emocjonalnego szantażowania widza. Pomimo niechęci do studia i obojętności względem znanego mi pierwowzoru, animowanej adaptacji wyczekiwałem jednak z pewnym zainteresowaniem. W końcu opowieść o relacji z osobą niesłyszącą nie ma szans w pełni wybrzmieć na kartach komiksu, gdzie postać posługująca się pismem i językiem migowym nie różni się aż tak bardzo od bohaterów porozumiewających się za pomocą dymków. Taki utwór po prostu domagał się przełożenia na język filmu.

To, że Koe no Katachi wygląda olśniewająco, nie jest żadnym zaskoczeniem. Powierzenie adaptacji studiu znanemu głównie z dbałości o warstwę wizualną i zapewnienie środków właściwych dla produkcji kinowej, zgodnie z oczekiwaniami zaowocowało przypuszczalnie najwyższą jakością animacji, jaką można współcześnie wygenerować. Zachwyca więc bogactwo scenerii, zachwyca płynność mimiki i gestykulacji, zachwyca też przywiązanie do detali. Kiedy bohater wyciera tablicę – widzimy wzbijający się pył, gdy pisze w zeszycie – widzimy papier uginający się pod grafitem ołówka. Animatorzy z KyoAni uwielbiają rozwadniać narrację takimi wizualnymi zapychaczami, ale tutaj prezentowane są one z takim pietyzmem, że widz szybko zaczyna rozważać ich zasadność. Jest wiele scen, kiedy cały ekran wypełnia nieistotny rekwizyt, rozgrywających się w nieco wolniejszym tempie i niepasujących do ogólnego rytmu filmu. Z czasem takich zastanawiających, nieprzezroczystych aspektów reżyserii dochodzi znacznie więcej. Przede wszystkim mnóstwo tu ujęć na nogi bohaterów, natomiast ich twarze często widzimy jedynie we fragmentach wciśniętych w brzeg kadru. Przedziwnie wyglądają dialogi, nieraz w żaden sposób nie inicjowane wizualnie, np. zmianą planu. Bywają „filmowane” z dużej odległości, zza ogrodzenia, z wąskiego korytarza lub przez obiektyw aparatu, a uczestniczące w nich postacie, pomimo niewielkiego dystansu, jaki je dzieli, przedstawiane są na oddzielnych ujęciach. Regularnie pojawia się też lekki efekt „rybiego oka”, wyostrzający środek kadru i zniekształcający krawędzie. Te i inne zabiegi sprawiają, że choć film urzeka wizualnie, jego odbiór jest miejscami zaskakująco niekomfortowy. Obraz zdaje się dystansować odbiorcę, który, rozpraszany odwracającymi uwagę bodźcami, musi się chwilami mocno wysilić, aby wyłapać pełne znaczenie danej sceny.

Odnoszenie reżyserii do percepcji niesłyszącej bohaterki lub wycofanego społecznie protagonisty, co film parokrotnie sugeruje, uważam jednak za zbytnie uproszczenie. Dla mnie Koe no Katachi nie jest bowiem historią o akceptowaniu niepełnosprawności czy nawiązywaniu przyjaźni. Wątki te służą wyłącznie za punkt wyjścia dla znacznie ogólniejszych zagadnień, dotyczących pesymistycznej przypadkowości relacji międzyludzkich. Wszyscy są tutaj w jakiś sposób nieszczęśliwi, ale nie odpowiada za to żaden konkretny winowajca. Pojawiające się problemy wynikają najczęściej z niezrozumienia lub niefortunnego zbiegu okoliczności, rzadziej z potrzeby przynależności i nie do końca świadomego podążania za tłumem. Metodę narracji można zatem odnieść do każdego z bohaterów. Obserwujemy tu świat z perspektywy osób chodzących ze spuszczoną głową, bojących się patrzeć innym w oczy; przerażonych bliskością i zachowujących dystans; skrajnie znerwicowanych – pozbawionych szerszych perspektyw przez nadmierne zaaferowanie drobiazgami. W końcu jest to świat ludzi niezdolnych wyrażać emocje, egzystujących w sferze ciągłych niedopowiedzeń. Z radością biję się w pierś i oświadczam, że oto pierwszy raz produkcja od Kyoto Animation, dzięki mistrzowskiemu wykorzystaniu filmowych środków przekazu, nie tylko spełniła, ale i przerosła moje oczekiwania. To naprawdę imponujące, do jak marginalnej roli udało się tutaj sprowadzić dialogi. Polecam w ramach eksperymentu obejrzeć kluczowe sceny z wyłączonym dźwiękiem – zadziwiająco niewiele tracą wówczas na treści.

Nie znaczy to, że dźwięk jest tu bez znaczenia. Powolne, najczęściej fortepianowe utwory służą czemuś więcej, niż tylko kreowaniu nastroju. Przeważają kompozycje proste, wręcz banalne, wykonywane jakby przez niewprawnego muzyka na rozstrojonym instrumencie. Dają wrażenie nagrywanych w pomieszczeniu o fatalnej akustyce, pełno w nich też nieokreślonych brzdęków, zgrzytów i stukotów. Przysłonięte obrazem mogą pełnić rolę tła, ale wymagają skupienia, kiedy chcemy wyłapać z nich jakąś konsekwentną melodię. Podobnie jak wizualna reżyseria, często mają za zadanie utrudniać odbiór i dystansować widza od świata przedstawionego. Wybrzmiewający w pierwszych scenach utwór My Generation grupy The Who może być pod tym względem bardzo mylący, jednak on również jest tutaj na swoim miejscu. To przecież piosenka z chaotycznym rytmem, niewyraźnym refrenem, dominującym basem oraz wokalem imitującym jąkanie. Od reszty ścieżki dźwiękowej różni się brzmieniem i sposobem wykonania, ale w kontekście całego filmu jest identyczna, jeśli chodzi o funkcję narracyjną.

Faktem równie niezaskakującym co zniewalająca forma, jest okrojona treść. Oczywiste było, że przy przekładaniu siedmiotomowej mangi na dwugodzinny film nie obędzie się bez pewnych redukcji. Wycięto przede wszystkim wątki postaci drugoplanowych i trzeba przyznać, że nie bez namysłu. Zamiast, jak w komiksie, przedstawiać złożoną, pełną osobistych retrospekcji siatkę powiązań między bohaterami, centralnym punktem historii i niemal wyłącznym narratorem uczyniono protagonistę, a rolę reszty postaci ograniczono do relacji z nim. Przypuszczam, że chciano w ten sposób sprzedać konieczne skróty jako celowe niedomówienia, jednak wyszło to wyjątkowo niezgrabnie. Narracyjna sugestywność to cecha, którą we wszelkiego rodzaju utworach cenię chyba najbardziej, dlatego na poprawność jej stosowania jestem mocno wyczulony. W tym przypadku z niewiadomymi zdecydowanie przesadzono. Wielu bohaterów poznajemy tylko z imienia i wyglądu, tak jakbyśmy ich przeszłość i motywację mieli dopowiedzieć sobie sami – stanowczo nie na tym polega zachęcanie do interpretacji (choć oczywiście są wyjątki – drugoplanowa inicjatorka nietypowego trójkąta miłosnego jest równie interesująca, co w komiksie, i tak jak tam, pozostaje dla mnie najmocniejszym punktem historii). Redukcje wpłynęły też na wiarygodność fabuły. Wyjaśnienia niektórych wątków, już w mandze mocno naciągane, tutaj całkiem pominięto, co miejscami daje wrażenie scenopisarskiej ignorancji. Ogólnie rzecz biorąc: doceniam rozwagę we wprowadzaniu zmian, ale podczas seansu czuć, że motywowała je potrzeba okrojenia materiału źródłowego, a nie, jak w przypadku aspektów wizualnych – intencja artystyczna. Prawdopodobnie nawet osoby nieznające pierwowzoru stwierdzą, że ta historia lepiej sprawdziłaby się jako serial.

Ponadto potwierdziły się moje obawy co do atmosfery filmu, choć jego ckliwość nie wynika wyłącznie ze stylu studia, ale po części również z metody adaptacji i charakteru samej mangi. W dramacie obyczajowym siłą rzeczy najważniejsze, niedające się wyciąć wątki, są jednocześnie tymi najbardziej emocjonalnymi. Usunięcie wątków mniej istotnych – zazwyczaj lżejszych i bardziej optymistycznych – w pewnym momencie wywołuje lawinę wszelkiego rodzaju osobistych tragedii. Bohaterom zafundowano tym samym niestabilność emocjonalną większą, niż wymagałaby tego historia, i w ciągu jednej sceny potrafią oni przechodzić od nieszkodliwej melancholii do stania na skraju samobójstwa. Połączenie tego wszystkiego z łzawym nastrojem, typowym dla wielu produkcji KyoAni, poskutkowało stężeniem dramatyzmu nieraz przekraczającym granicę śmieszności. Ubodło mnie to niemal osobiście, bo produkcja miała szansę poruszać ciekawe zagadnienia dotyczące relacji międzyludzkich, szczególnie że wątek niepełnosprawności potraktowany został z ogromnym wyczuciem i daleki jest od moralizatorstwa. Te wieloznaczne, mądre i naprawdę wzruszające treści gdzieś w tym filmie są, na drugim albo i trzecim planie, pogrzebane pod grubą warstwą sentymentalnej sieczki.

Pomimo wyraźnie określonej grupy docelowej, Koe no Katachi okazuje się dziełem zaskakująco uniwersalnym. Poszczególne aspekty wykonania zdają się odnosić do skrajnie różnych wrażliwości, ale każdy z nich jest na tyle wyrazisty, że sam w sobie może być wystarczającym powodem do seansu. Dla mnie ta produkcja to przede wszystkim imponujący pokaz możliwości języka filmowego. Dzięki umiejętnej reżyserii, w oryginalny i ciekawy sposób udało się oddać emocjonalne roztrzęsienie i dzielący bohaterów dystans. Idąca za tą nienaganną formą treść to niestety spory zawód, bo choć zdarzają się subtelnie przemycane, ciekawe zagadnienia społeczne, całość morduje zbytnia dosłowność i ckliwość wątków pierwszoplanowych. W tym miejscu muszę jednak zaznaczyć, że jestem widzem uczulonym na przesadne granie na emocjach i często słyszę, że tego rodzaju kwestie zdarza mi się wyolbrzymiać. Z pewnością znajdą się odbiorcy bardziej wrażliwi, którzy prostotę i emocjonalność historii uznają za zalety, rekompensujące nawet niedoskonałości scenariusza. Dla takich osób będzie to dzieło kompletne.

Karo, 22 lutego 2018

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Kyoto Animation
Autor: Yoshitoki Ooima
Projekt: Futoshi Nishiya
Reżyser: Naoko Yamada
Scenariusz: Reiko Yoshida
Muzyka: Kensuke Ushio