Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Dango

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

8/10
postaci: 9/10 grafika: 9/10
fabuła: 8/10 muzyka: 8/10

Ocena redakcji

8/10
Głosów: 6 Zobacz jak ocenili
Średnia: 8,00

Ocena czytelników

8/10
Głosów: 142
Średnia: 8,43
σ=1

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (IKa)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Boku no Hero Academia [2017]

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2017
Czas trwania: 25×24 min
Tytuły alternatywne:
  • My Hero Academia [2017]
  • 僕のヒーローアカデミア [2017]
Gatunki: Przygodowe
Widownia: Shounen; Postaci: Uczniowie/studenci; Pierwowzór: Manga; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność; Inne: Supermoce
zrzutka

Dzień sportu, praktyki, egzaminy semestralne… Nuda? Nie w przypadku tej serii.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Zawiązania fabuły nie ma sensu streszczać – odsyłam do recenzji pierwszego sezonu, ponieważ to anime nie bawi się w żadne streszczenia i przechodzi od razu do rzeczy. Przyznam, że zazwyczaj narzekam na tego rodzaju kontynuacje: intrygujące zawiązanie fabuły już było, jej konkluzja nawet nie majaczy na horyzoncie, a widz dostaje kawałek ze środka, bez początku i końca. Jednak na tym właśnie polega siła Boku no Hero Academia, które gra według reguł klasycznego shounena, ale nie stosuje ich bezmyślnie i mechanicznie. W przypadku konstrukcji fabuły oznacza to, że historia dzieli się na dłuższe epizody, wiążące się w całość, ale będące samodzielnymi opowieściami z porządnym rozwinięciem i zamknięciem. Dzięki temu, chociaż pozostaje poczucie niedosytu, nie odnosi się wrażenia, że historia została bez sensu urwana, bo skończył się czas ekranowy. Jako że jest to seria dwukrotnie dłuższa od poprzedniej, dostajemy tu całkiem sporo „mięska” w postaci trzech epizodów, poświęconych na szkolny dzień sportu, tygodniowe praktyki zawodowe oraz egzaminy semestralne.

Tak, wiem, że to zabrzmiało groźnie – jak seria nudnych zapychaczy. Ostatecznie, czyż istotą tego rodzaju shounena nie są pełne emocji walki ze złoczyńcami, w których bohaterowie ryzykują życie? Tutaj – ostrzegam – muszę zdradzić trochę z fabuły, bo nie ma większego sensu ogólnikowe pisanie o niej. Tego rodzaju starcie ma miejsce tylko w części środkowej, w opowieści o praktykach. Dlaczego więc wystawiłam tak wysoką ocenę i uważam Boku no Hero Academia za jeden z lepszych shounenów, jakie kiedykolwiek widziałam? Ano dlatego, że autor mangi, Kouhei Horikoshi, doskonale wie, co robi, zaś twórcy anime podchodzą do tej ekranizacji ze stosownym wyczuciem i świadomością tego, co czyni oryginał tak dobrym i popularnym.

Epizody „turniejowe” to stały punkt shounenów i właściwie tak można by określić dzień sportu – ekstrawagancką imprezę, relacjonowaną w ogólnokrajowej telewizji. Z turniejami jest jednak zasadniczy problem polegający na monotonii ciągu pojedynków. Wielu autorów stara się w takim przypadku podbijać stawkę, włączając do rywalizacji jakichś psychopatów, albo kładąc na szali jeśli nie losy świata, to przynajmniej groźbę relegowania bohatera ze szkoły. Tutaj nie znajdziemy nic podobnego: zawody to zawody, nauczyciele pilnują porządku, a zasad fair play przestrzega się surowo, choć też nikt specjalnie nie próbuje ich łamać – jak by nie patrzeć, mamy tu dzieciaki kształcące się na superbohaterów. Wszystko to pozwala wprowadzić jeden ważny element: nieprzewidywalność. Właśnie dzięki temu, że stawka nie jest nadmiernie wysoka (chociaż wyniki mają znaczenie, także w kontekście przyszłej kariery zawodowej) nie da się tu wskazać pewnych zwycięzców. Jasne, są faworyci – co przecież naturalne – ale ostateczny ranking może poważnie zaskoczyć. Poza tym Horikoshi fantastycznie wykorzystuje tę okazję, by przybliżyć sylwetki kolejnych uczniów, po raz któryś już udowadniając, że jego pomysły nie kończą się na czterech­‑pięciu najważniejszych postaciach.

Praktyki w agencjach superbohaterskich to, przynajmniej w przypadku Izuku, kolejny zgrany motyw – trening u starego i zdziwaczałego mistrza. Poza niewątpliwymi walorami komicznymi tego epizodu dostajemy tutaj kolejną analizę działania supermocy w ogóle, a One For All w szczególności, a przy okazji przekonujemy się niezbicie, że All Mighty może być wspaniałym superbohaterem, ale nauczycielem jest (mówiąc najłagodniej) mocno przeciętnym. Najważniejsza jednak w tej części jest bitwa z prawdziwym złoczyńcą, pozwalająca w pełni wykorzystać umiejętności jej uczestników, a przy tym zacięta i wygrana dosłownie o włos. Biorąc pod uwagę, że na tym etapie historii nie należy się spodziewać poważniejszych ofiar (chociaż zawsze można się zdziwić), raczej nie zaskakuje się odbiorcy samym wynikiem walki, dlatego całą sztuką jest pokazać ją tak, by mimo wszystko była emocjonująca.

Ostatnia część może się wydawać najsłabsza – egzamin praktyczny, do którego przystępują uczniowie, nie może zrobić wrażenia w zestawieniu z napakowanym adrenaliną epizodem go poprzedzającym, ale też chyba nie taki był cel tej części. Tutaj z jednej strony mamy chwilę oddechu, a z drugiej – kolejną garść informacji o bohaterach, zarówno uczniach, jak i nauczycielach. Warto zauważyć, że Horikoshi te informacje wprowadza w sposób wyraźnie kontrolowany, po kawałeczku budując świat przedstawiony. Nie ma się tu częstego wrażenia, że autor wrzuca doraźnie potrzebne mu cechy i zdarzenia, co jakiś czas dodając większe kawałki z głównej linii fabularnej. Tu wszystko jest budowaniem już nie fundamentów, ale co najmniej parteru i pierwszego piętra pod dalsze wydarzenia.

Zabawne, że jeśli rozłożymy Boku no Hero Academia na części pierwsze, trudno znaleźć tu choćby jeden element, który nie należałby do klasyki gatunku, a co za tym idzie – nie był już wielokrotnie wykorzystywany. Diabeł jednak tkwi w szczegółach, a ściślej w dopracowaniu tychże szczegółów. Widać to wyraźnie w motywach przewodnich tej serii, takich jak powracające uparcie pytanie, co tak naprawdę „tworzy” (super)bohatera. Horikoshi odpowiada na nie trochę przewrotnie, bo niby bohater jaki jest, każdy widzi – powinien być silny, prawy, ratować ludzi i walczyć ze złem. Pytanie jednak, co właściwie kryje się za tymi cechami?

Interesujące, że stosunkowo niewiele znajdziemy tutaj charakterystycznego dla gatunku wspinania się na nowe wyżyny mocy. Owszem, bardzo podkreślana jest konieczność pracy nad sobą, jednak w ciut innym niż zwykle wydaniu. Nie ma co liczyć na „kochany protagonisto, oto sekretna technika, której opanowanie zajmuje pięćdziesiąt lat, ale ty uwiniesz się z tym w trzy godziny”. Dzieciaki ze szkoły dla superbohaterów swoje moce mają przecież od zawsze i nic nie wskazuje na to, by z czasem stawały się one coraz silniejsze. Co zatem się zmienia i od czego zależy ich faktyczna siła? Odpowiedź jest prosta i trudna jednocześnie: od psychiki. Znajdowanie nowych zastosowań i sposobów wykorzystania mocy, ale przede wszystkim panowanie nad sobą i zachowywanie zimnej krwi w sytuacji kryzysowej są jasno pokazane jako cechy absolutnie kluczowe. Dlatego też osoby, których supermoce wcale nie są aż tak potężne i efektowne, takie jak żabowata Tsuyu, radzą sobie tak dobrze i wszystko wskazuje na to, że w przyszłości będą świetnymi superbohaterami. Oczywiście można podnieść, że trochę inaczej wygląda to w przypadku protagonisty, jako że Izuku faktycznie dopiero teraz uczy się swojej mocy, jednak nawet bardziej niż inni skłonny jest analizować (czasem przesadnie) każdy szczegół i na tej podstawie wyciągać wnioski, a następnie wcielać je w życie. Tak czy inaczej praca nad sobą jest potrzebna wszystkim, także – a może nawet przede wszystkim – tym, których wrodzone możliwości są największe i najpotężniejsze.

Inną oklepaną do granic przyzwoitości nauką płynącą z tego anime jest to, że nie należy oceniać książki po okładce oraz sądzić ludzi po pozorach. Superbohater musi być prawy, ale w jakim kontekście będziemy to oceniać? Czy ktoś, kto ratuje ludzkie życia, ma prawo do próżności? Do jakiejś słabości w rodzaju objadania się słodyczami albo bałaganiarstwa? A do bycia okropnym mężem i ojcem? Ano właśnie, gdzie właściwie stawiamy granicę? Boku no Hero Academia przypomina fakt oczywisty, a jednocześnie bardzo często wygodnie pomijany przez autorów tworzących w tym gatunku: to, że ktoś stoi po właściwej stronie, nie czyni z niego automatycznie dobrego człowieka. To, że ktoś potrafi się zachowywać okropnie, nie oznacza w pakiecie, że musi natychmiast pobiec rączo drogą występku i zbrodni. Ludzie tak nie działają, a superbohaterowie są przecież tylko ludźmi, tylko pracującymi w dość specyficznym zawodzie, w dodatku mającym wpisane w definicję swoiste celebryctwo. Czy superbohaterowi wolno być celebrytą? Zanim się oburzymy, spójrzmy na to, co prezentuje sobą All Mighty. Bez wątpienia jest on wcieleniem cnót, ucieleśnieniem bezinteresownego bohaterstwa, a jednocześnie… urodzonym showmanem. To nie przypadek, że dopiero teraz dowiadujemy się interesujących rzeczy, jak chociażby tego, że porządek świata, dla Izuku i jego pokolenia całkowicie oczywisty, tak naprawdę jest bardzo świeży i zmienia się dynamicznie, a w niespokojnych czasach bohaterowie są potrzebni nie tylko dlatego, by faktycznie bronić zwykłych ludzi przed przemocą, ale także dlatego, by nadawać światu pozory porządku. Oczywiście łatwo jest przesadzić w drugą stronę – gdzie kończy się bohater prawdziwy, a zaczyna farbowany gwiazdor? Warto prześledzić pod tym kątem czołówkę superbohaterów i zastanowić się, co sprawia, że ten czy inny znajdują się wysoko w rankingach – bo odpowiedź na to pytanie nie jest oczywista.

Nie da się ukryć, że indywidualna ocena Boku no Hero Academia zależeć będzie w ogromnym stopniu od tego, czy polubimy postaci. W centrum wydarzeń pozostaje oczywiście Izuku Midoriya, najdosłowniej zmierzający drogą „od zera do bohatera”. Postępy, które czyni, przychodzą dość naturalnie – potencjał już w nim jest, teraz pozostaje tylko powoli nauczyć się go wykorzystywać. Skokowe zwiększenie jego umiejętności po praktykach nie jest szczególnie dziwne, jeśli weźmiemy pod uwagę, że All Mighty przy wszystkich swoich zaletach zwyczajnie nie umie pokierować swoim podopiecznym, któremu wystarczy kilka celnych rad, żeby dojść do właściwych wniosków. Izuku jest tutaj na pewno bardziej zdeterminowany niż w pierwszej serii, zaczyna sobie powoli zdawać sprawę z tego, co oznacza przyjęcie roli nowego Symbolu Pokoju, a także z własnych ambicji i dążeń. Musimy tylko pamiętać, że ponieważ często śledzimy wydarzenia z jego perspektywy oraz słuchamy jego narracji, możemy zbyt łatwo przyjąć jego punkt widzenia – a Izuku nadal miewa skłonności do czarnowidztwa i niedoceniania siebie samego. Dlatego warto popatrzeć, jak postrzegają go inni i na tej podstawie stworzyć bardziej realistyczny obraz protagonisty tej serii.

Skoro o innych mowa, druga seria poświęca więcej uwagi odrobinę innemu zestawowi postaci niż pierwsza. Oczywiście to może zmartwić tych, którzy poprzednio znaleźli sobie jakiegoś ulubieńca, ale dzięki temu obsada Boku no Hero Academia nie daje się w oczywisty sposób podzielić na grupkę ważniejszych postaci, skupionych wokół głównego bohatera, oraz anonimową resztę. Wielką sztuką, którą potrafią nieliczni twórcy mang, jest takie nakreślenie drugiego planu, by odbiorca – czytelnik lub widz – miał wrażenie, że obserwuje pełnowymiarowe, złożone charaktery, tylko autor nie miał dość czasu, by wszystkich przybliżyć. Prawie każdy uczeń, którego poznajemy, mógłby być jeśli nie bohaterem, to pierwszoplanową postacią jakiejś serii i to niezależnie od tego, czy został mu już poświęcony cały wątek (jak Shouto Todorokiemu), czy też widzimy go tylko w oderwanych scenach i migawkach. Oddzielną kwestią, o której mogę z przyjemnością wspomnieć, jest poprowadzenie postaci żeńskich – owszem, od czasu do czasu pojawia się ciut fanserwisu, ale pokazanym tu paniom daleko do miana „wieszak na cycki”. Naprawdę rzadko się spotyka w shounenach taki zestaw dziewczyn o silnych, a przy tym zróżnicowanych charakterach.

Oprawa techniczna była i jest świetna. Nie zamierzam wyciągać studiu Bones jakichś pomniejszych potknięć animacyjnych czy realizacyjnych (bo jasne, że są), skoro cała seria wygląda po prostu dobrze, z mocnymi kolorami i grubym, nierównym konturem, nadającym postaciom i tłom charakteru. Walki, jeśli trzeba, są doskonale animowane, a przede wszystkim wyjątkowo dynamicznie pokazane, dzięki czemu nawet pojedynki o mniejszą stawkę, tak jak w czasie dnia sportu, ogląda się z prawdziwym napięciem. Muzyka idealnie pasuje do serii, co oznacza, że chwilami jest wręcz wzniosła, ale ostatecznie tego właśnie oczekujemy od shounena, prawda? Obie czołówki to kwintesencja tego, czego można by się spodziewać, natomiast bardzo polecam obejrzenie endingów – nie tylko ze względu na sympatyczne piosnki, ale też dlatego, że pierwszy to uroczy przegląd bohaterek, zaś drugi – jeszcze bardziej urocza „historia alternatywna”. Wszyscy seiyuu zasługują na pochwały, jednak gdybym miała wymieniać moich faworytów, byłaby to grająca Tsuyu Aoi Yuuki (m.in. tytułowa bohaterka Mahou Shoujo Madoka Magica, Kayo w Boku Dake ga Inai Machi, Kino w nowej odsłonie Kino no Tabi) oraz Kouki Uchiyama, wcielający się w Tomurę Shigarakiego. W obu przypadkach są to role niesamowicie wzbogacające odgrywane postaci i nadające im wyjątkowy charakter.

Właściwie parę razy łapałam się na tym, że zaczynam streszczać w recenzji sceny i detale, które szczególnie mi się podobały, doszłam jednak do wniosku, że to nie ma sensu. Jeśli ktoś zwraca uwagę na podobne elementy, sam je zauważy, a jeśli nie – to i tak nie będzie wiedział, po co właściwie to przytaczam. Tytułem podsumowania napiszę, że zdecydowanie odradzam Boku no Hero Academia widzom, którzy oczekują „czegoś więcej” – przewrotnej gry ze schematami, dekonstrukcji gatunku. To tytuł jakby żywcem wyjęty ze złotej ery shounenów, grający według znanych reguł. Wysoka ocena jest właśnie w ramach gatunku – gdyby ktoś mnie teraz poprosił o polecenie mu dobrego shounena, z pewnością wskazałabym właśnie ten tytuł, jako przykład na to, że można oklepane klisze i schematy wykorzystywać z sensem i pożytkiem dla opowiadanej historii. Bardzo chwali się także cykl produkcyjny – mój kolega narzekał, że pierwsza seria to tylko przedsmak, ale przerwy między seriami dają oddech ekipie twórców, a jednocześnie pozwalają uniknąć niekończących się zapychaczy. Druga część stanowi już ekranizację całkiem solidnej porcji materiału źródłowego, a trzecia została właśnie zapowiedziana, więc można mieć nadzieję na więcej tego samego – co w tym przypadku jest zdecydowanie pozytywną wiadomością.

Avellana, 11 listopada 2017

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: BONES
Autor: Kouhei Horikoshi
Projekt: Yoshihiko Umakoshi
Reżyser: Kenji Nagasaki
Scenariusz: Yousuke Kuroda
Muzyka: Yuuki Hayashi