Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Dango

Komentarze

Death Note [2017]

  • Dodaj komentarz
  • Recenzja anime
  • Avatar
    A
    Baronowa Znaks 15.09.2017 15:21
    To była porażka. Nie piszę to jako fanka DN, ale jako przeciętny odbiorca, świadomy tego, że siada do filmu stricte rozrywkowego, w którym wybuchy, szybkie samochody i życie nastolatka krzyżują się z ,,deathnote­‑podobną” fabułą.

    Jestem ciekawa, jakie wrażenia zrobił na innych widzach, zwłaszcza tych, którzy o pierwowzorze mają zerowe pojęcie. Nie widzę ani jednej zalety tego gniota, niczego, co mogłoby spodobać się zarówno fanom oryginału, jak i serialomaniakom, którzy włączą sobie Notatnik Śmierci ot tak, by zobaczyć, co to. Szkoda – liczyłam po cichu, że film będący adaptacją jednej z najpopularniejszych japońskich serii na tak popularnej platformie jak Netflix może przekona co niektórych do mangi i anime. Nie w tym przypadku, oj nie…

    Po zwiastunach (swoją drogą, lepiej zrobionych niż sam film) spodziewałam się przeciętnej produkcji z chłopakiem ,,takim jak każdy”, który pragnie naprawić świat. Myślałam, że reżyser pójdzie w stronę pokazania bardziej ludzkiego głównego bohatera, nie tak idealnego jak pierwowzór postaci. To by miało sens: zamiast zaprezentować nierealistycznego, przystojnego i diabelnie inteligentnego ucznia, podstawić widzowi młodego, pogubionego nastolatka, mającego swoje słabości. Można się łatwiej utożsamić i tak dalej.

    Myliłam się. Yagami wydaje się przy Turnerze barankiem. On chociaż zabijał przez zawał serca, szybko i niekłopotliwie – a nie  kliknij: ukryte 

    Jedynie pierwsze dwie minuty filmu są moim zdaniem… nie tyle dobre, co obiecujące. Potem widz dostaje w głowę obuchem. Netflixowy Notatnik Śmierci – poza nazwiskami postaci – ma wspólnego z oryginałem niewiele. Właściwie jeszcze tylko to, że pojawia się notatnik (ma zupełnie inne zasady niż w oryginale), którym można zabijać. Nic to! Znam różnice między słowem ,,adaptacja” i ,,ekranizacja”, a odnowiony motyw może również być całkiem dobry, jeśli za pisanie scenariusza zabierze się odpowiednia osoba.

    Tutaj to nie wyszło. Sam główny bohater jest postacią tak sztuczną – zarówno w grze aktorskiej, jak i założeniach – że przez 1,5h tylko czekałam, aż zginie. kliknij: ukryte 

    Intelektualne starcia? Intrygująca fabuła? Charyzmatyczne postaci? Trzymająca w napięciu akcja? Nie tutaj. Lepiej szukać tego w oryginale, bo toto ma poziom śmiecia. Plot twisty (słabe) z kapelusza, które twórcy uzasadniają jakąśtam zasadą, której nawet nie pokazali na ekranie, żeby było 'wow'.

    Jednym słowem: rozczarowanie.

    Tak: też się sobie dziwię, że chciało mi się tyle pisać i wskazywać błędy w czymś, co samo w sobie jest wielkim błędem.
    Odpowiedz
  • Avatar
    A
    odpowiedzi: 5
    marks 3.09.2017 12:59
    Ja rozumiem, że poprawność polityczna i w ogóle, ale dlaczego L jest czarny? W przypadku tej postaci jest to akurat dość ważne – ze względu na jego pochodzenie i aby pokazać jego „białą cerę” (nie wychodzenie na zewnątrz) i podkrążone oczy. Gotów poświęcić wszystko, aby łapać przestępców. Troszkę trudno zrobić coś takiego z czarnoskóry aktorem.
    Odpowiedz
  • Avatar
    A
    odpowiedzi: 6
    Merry Nightmare 3.09.2017 08:26
    Jak widać amerykanie nie uczą się na własnych błędach, bo to już któraś z rzędu spierniczona adaptacja mangi i anime. Powinni jednak na stałe od tego odejść. Przeraża mnie jedynie fakt, że aktorskie Akira, Alita i NGE ponoć nadal się „w produkcji”, a to oznacza, że te potworki mogą kiedyś faktycznie ujrzeć światło dzienne.
    Odpowiedz
  • Avatar
    A
    Klemens 2.09.2017 16:03
    Tego się spodziewałem po Netflixie. Dokładnie takiego łajna.

    Raito zamieniony w jakiegoś dzieciaczka z problemami, który cały film wykazywał się totalnym brakiem chłodu i najwyżej przeciętną inteligencją. Postać z oryginału wypatroszona z najlepszych cech, a to co pozostało wywinęli na drugą stronę i powstał nam ten oto potworek zwany „Kirą”.

    Podobny zabieg spotkał L. Wzięto pierwowzór i rozsmarowano go jak to masło na świeżym chlebie, na które wpakowano tonę boczku, całość zalano syropem cukrowym i podano z litrową szklanicą Coli. Żeby nie było za mało hamerykańsko. L może i owszem, zachował jakieś swoje cechy (w porównaniu do Yaga… znaczy Turnera), ale nie oszukujmy się. Kucanie zamiast normalnego siedzenia i jedzenie słodyczy to jednak za mało, żeby nazwać tego pana L'em.

    Pominę kwestię fabuły, bo z mangą ma ona niewiele wspólnego, ot zaczerpnięty pomysł na tytułowy Notatnik Śmierci.

    Chciałbym pominąć kwestię efektów specjalnych. Mamy do czynienia z amerykańskim kinem ala Hollywood, które już dawno temu zaczęło stawiać na wybuchy, krew i przemoc, zamiast na dobre przedstawienie historii – a to wszystko w imię większej oglądalności, więc każdy wie czego się spodziewać. Jedyne co chciałbym powiedzieć to to, że podobne efekty specjalne można znaleźć w niektórych filmach z Godzillą, czy w filmach klasy D z Bollywood.

    Ogółem to nie rozumiem do kogo ten film jest skierowany. Fani oryginalnego DN nie znajdą tutaj nic dla siebie, osoby chcące zapoznać się z tą historią bez potrzeby oglądania całego anime/czytania mangi również mogą sobie odpuścić, bo z oryginału zostało tutaj niewiele, kinomaniacy też nie mają po co tego oglądać, bo jest to zwyczajnie słaby film. I to nawet nie słaby w taki sposób, żeby fani badziewnego kina mieli z tego radochę, więc oni też odpadają. Więc po co? Dla kogo to?

    Nie polecam, wręcz odradzam. Straciłem 100 minut swojego życia na to coś. Uczcie się na błędach innych i nie marnujcie czasu, bo nie warto. Oby Hamerykańce zostawili chińskie bajki w spokoju, bo im to nie wychodzi. Niech się lepiej zajmują swoimi Avengersami czy innymi X­‑Menami. Nawet tego nie ocenię, bo 1 to i tak dość wysoka ocena.

    Odpowiedz
  • Avatar
    A
    Grisznak 2.09.2017 12:31
    Dziadostwo jakich mało. Lighcik jako biedna, prześladowana ofiara losu, efekciarstwo a'la USA (sikająca krew, Ryuk demolujący szkołę, obcinanie główki drabiną), do tego jeszcze próby usprawiedliwienia głównego bohatera (bo biedactwo, bo trudny los itd). Właściwie czułem się tak, jakbym oglądał ekranizację jakiegoś fanfika, będącego parodią Death Note.

    A co jest najzabawniejsze? Że kilka ładnych lat temu Japończycy zrobili swoją wersję aktorską Death Note. Też nie była idealnie wierna oryginałowi – a, jak na ironię, w niczym mu praktycznie nie ustępowała.
    Odpowiedz
  • Avatar
    A
    Ciku 2.09.2017 10:49
    Ale to było...
    słabe.

    Serio, oglądanie tego to istna katorga. Dla fanów oryginału to jest strzał w pysk.

    To nie tylko słaby Death Note, ale ogólnie bardzo słaby film jako całokształt. Zalet nie stwierdzono.
    Odpowiedz
  • guciu 1.09.2017 20:16:09 - komentarz usunięto
  • Avatar
    A
    Maciejka 1.09.2017 19:33
    Padaka...
    Ogromne rozczarowanie, ponieważ historia wiele traci przez zamerykanizownaie jej. Może gdyby nie porównywało się tego do oryginału, to… Jednak nie, nawet bez znajomości pierwowzoru można ocenić tę odsłonę „Notatnika” jako nieciekawą, co też uczynił mój partner. Z pojedynku dwóch genialnych umysłów nie zostało tutaj nic, postać Ligtha sprowadzono do pokrzywdzonego dzieciaka próbującego za wszelką cenę wymierzyć sprawiedliwość złoczyńcom. Z oryginałem łączy go tylko imię i fakt posiadania notatnika. Jest zastraszony, zlękniony, wściekły na cały świat, a przede wszystkim postępuje głupio i nielogicznie. Znalazł notatnik, odkrył jego działanie i z własnej nieprzymuszonej woli postanowił wtajemniczyć w to pierwszą lepszą koleżankę, która chwilę wcześniej wsypała go u dyrekcji, wymyślając jakieś kłamstwo. Seriously?

    Nie lepiej wykreowano osobę drugiego rzekomego geniusza. Owszem, nadal kuca na krzesełkach i objada się słodkościami, ale całkowicie odebrano mu chłodny osąd, a wraz z nim przebiegłość. Ponoszą go emocje i od połowy filmu bezustannie wydziera się jak ojciec po wywiadówce, w dodatku w finale zaczyna odwalać jakieś parkourowe popisy. Swoją drogą, finał też woła o pomstę do nieba… Ciekawe, jak omawiana wizja historii o notatniku spodobała się twórcom mangi. Ja bym pozwała.

    Pytanie tylko, dla kogo właściwie powstał ten film? Nie ma szans, by spodobał się fanom pierwotnej wersji. Może więc przypadnie do gustu osobom spoza fandomu? Też nie sądzę. Nie wyróżnia się niczym szczególnym, poza tym wyraźnie odczuwa się, że akcja pędzi na łeb, na szyję. Fabuła jest chaotyczna, zakończenie ma sentymentalny posmak, postaci są miałkie, nie kibicuje się żadnej z nich i zasadniczo to, co się z nimi stanie, ani człowieka grzeje, ani ziębi… Muszę przyznać, że po Netflixie spodziewałam się więcej.

    Jedynym plusem jest chyba wygląd Ryuka :D
    Odpowiedz
  • Dodaj komentarz
  • Recenzja anime