Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Studio JG

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

6/10
postaci: 6/10 grafika: 7/10
fabuła: 4/10 muzyka: 7/10

Ocena redakcji

6/10
Głosów: 4 Zobacz jak ocenili
Średnia: 6,00

Ocena czytelników

6/10
Głosów: 44
Średnia: 6,45
σ=1,68

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Piotrek)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Tada-kun wa Koi o Shinai

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2018
Czas trwania: 13×24 min
Tytuły alternatywne:
  • Tada-kun wa Koi wo Shinai
  • 多田くんは恋をしない
Gatunki: Komedia, Romans
Postaci: Uczniowie/studenci; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność; Inne: Realizm
zrzutka

„Tada­‑kun się nie zakochuje”? Cóż, być może do tej pory nie miał odpowiedniej okazji.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Tytułowy bohater, nastoletni Mitsuyoshi Tada, osierocony kilka lat temu przez oboje rodziców, mieszka wraz z siostrą i dziadkiem w domu, w którym mieści się także ich rodzinna kawiarnia. Poważny i obowiązkowy, pomaga w prowadzeniu lokalu, a resztę wolnego czasu poświęca swojej pasji, czyli fotografii. Pewnego dnia jednak spotyka przypadkiem turystkę z Europy, śliczną Teresę Wagner – i nic w jego życiu nie jest już takie samo. Zbieg okoliczności (chociaż: czy na pewno?) sprawia, że Teresa i towarzysząca jej Alexandra Magritte zatrzymują się w hotelu mieszczącym się obok kawiarni rodziny Tada, jakby zaś tego było mało, obie dziewczyny dołączają do klasy Mitsuyoshiego. Ponieważ zostają także zgarnięte do klubu fotograficznego, a po szkole całe towarzystwo najczęściej siedzi w wiadomej kawiarni, bohater i jego nowa znajoma spędzają razem większość doby. Czy to takie dziwne, że coś zaczyna między nimi iskrzyć? Ale urocza i pogodna Teresa skrywa rzecz jasna pewien sekret, który może poważnie skomplikować młodzieńcze uczucie.

Gdy zapowiadano tę serię, najbardziej obiecującą informacją było, że weźmie się za to ekipa, która stworzyła Gekkan Shoujo Nozaki­‑kun, czyli przeuroczą i bezpretensjonalną komedię romantyczną. Oczywiście tym razem anime miało być oparte na oryginalnym scenariuszu, ale to w sumie tym lepiej, bo zamiast urwanej ekranizacji kawałka mangi mieliśmy szanse na zamkniętą opowieść. Kiedy jednak zastanawiam się, jakimi słowami opisać tę serię, nasuwa mi się kilka tradycyjnych przysłów, poczynając od „dwa grzyby w barszcz” po „gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść”. Trudno mi było oprzeć się wrażeniu, że ekipa na jakimś wczesnym etapie urządziła burzę mózgów, zebrała wszystkie dobre pomysły, jakie można by wykorzystać w scenariuszu… i wszystkie wykorzystała. Dlaczego miałyby się marnować, przecież od przybytku głowa nie boli!

Na pierwszy rzut oka powyższy zarzut nie może się odnosić do wątku głównego, ten bowiem sprawia zwodniczo proste wrażenie: chłopak, dziewczyna, nieśmiało kiełkujące uczucie. Jeśli już, można by powiedzieć, że za mało tu urozmaiceń. Mitsuyoshi bowiem to ucieleśnienie tego, o czym myślą starsze panie piłujące swoje wnuczki: „No z kim ty się spotykasz, poznałabyś jakiegoś miłego chłopca…”. Jest miły, spokojny, dojrzały i odpowiedzialny, a do tego wysoki i całkiem przystojny, obowiązkowy i z poważnymi planami na przyszłość. Dla kontrastu Teresa jest… Miła, pogodna, grzeczna i obowiązkowa, acz początkowo poznajemy ją z bardziej beztroskiej strony, jako turystkę zafascynowaną egzotycznym krajem. Ich romans rozwija się zgodnie z tym, co można by podejrzewać, czyli też jest tak miły i grzeczny, jak to tylko możliwe. Że to wszystko może być mdłe? No ba, dlatego też postanowiono nieco ten wątek urozmaicić, a że urozmaiceniem nie mógł być kontrast charakterów, pozostawało sięgnąć po czynniki zewnętrzne w postaci sytuacji rodzinnej. Z jednej strony mamy więc Mitsuyoshiego, przedwcześnie pozbawionego rodziców i przez to mającego silniejszą niż jego rówieśnicy potrzebę stabilizacji i pewności, z drugiej zaś… Tu powinnam przeprosić za zdradzanie istotnych rzeczy, ale nawet jeśli ktoś nie zauważyłby przejrzystych aluzji w materiałach promocyjnych, powinien dostrzec całkowicie jednoznaczną wskazówkę. Po co w tego rodzaju serii wprowadzać fikcyjny europejski kraik, będący monarchią? Tak, oczywiście: Teresa to nie tylko członkini rodziny królewskiej, ale i następczyni tronu Larsenburga.

Tu dochodzimy do sedna: problemem wątku głównego jest liczba idiotycznych założeń potrzebna, by fabuła toczyła się w pożądany przez twórców sposób. Zacznijmy od samego pojawienia się Teresy w Japonii. Podróż dla poszerzenia horyzontów i nabrania samodzielności to niezły pomysł, ale jednak ma pod każdym względem więcej sensu, gdy czeka się z tym do wieku studenckiego. W formie zaprezentowanej tutaj sprawia wrażenie skrajnej lekkomyślności opiekunów młodej księżniczki. Wyślijmy chowaną pod kloszem dziewuszkę w wieku burzy hormonalnej na drugi koniec świata, bez żadnej opieki i nadzoru (jeśli nie liczyć jej rówieśnicy, będącej też jej najlepszą przyjaciółką, co rzecz jasna gwarantuje obiektywność i profesjonalizm), żeby mogła tam swobodnie – i zapewne po raz pierwszy w życiu – wejść z kontakt z grupą rówieśniczą zawierającą przedstawicieli płci męskiej. Cóż mogłoby pójść nie tak? Na podobnym poziomie logiki pozostają w zasadzie wszystkie wydarzenia głównego wątku w drugiej połowie serii, zaś jej końcówka sprawiła, że ręce mi opadły całkowicie. No, chyba żeby przyjąć, że dziadek Mitsuyoshiego jest w rzeczywistości sadystycznym synem szakala i doskonale się bawił przez cały ten czas… Finał – czy raczej epilog – jest zaś zagrywką stosunkowo częstą w ostatnich latach, ale nieodmiennie wyjątkowo tandetną.

Mitsuyoshi nie jest jednak odludkiem – ma grupkę przyjaciół płci obojga, którzy niejako z automatu stają się także przyjaciółmi Teresy i Alex. To właśnie wydawało mi się początkowo najbardziej obiecujące. OK, główna para jest raczej nijaka, ale nadrabiają to barwne postaci drugoplanowe… Niestety nie potrafię tego z czystym sercem napisać. Pomijam już to, że główny pomysł na wątki tych postaci drugoplanowych polega na tym, że każdy jest zakochany w kimś, kto tych uczuć albo nie zamierza odwzajemnić, albo nie zauważa. Gorzej, że każdy z tych wątków poziomem skomplikowania uczuciowego nie ustępuje głównemu – i niestety nie ustępuje mu także pod względem liczby całkowicie sztucznych warunków, które musiały zostać spełnione, żeby ułożył się w odpowiedni sposób. Jako że oczywiście jednosezonowa seria nie pozostawia miejsca na aż tyle dodatkowej fabuły, żadna z tych historii nie doczekuje się zadowalającej konkluzji. Można by to zrozumieć, gdybyśmy mieli do czynienia z niekompletną ekranizacją tasiemcowej mangi (zapewne shoujo, to do nich podobne), ale tu bardziej podejrzewałam (cynicznie), że jest w tym łowienie szansy na jakiś spin­‑off czy dwa.

Jeśli śledziło się towarzyszące emisji serii komentarze, można było zauważyć, że dwie postaci szczególnie zwracały uwagę widzów: najlepszy przyjaciel Mitsuyoshiego, Kaoru Ijuuin, oraz kot rodziny Tada, Nyanko Big. Wspominam o tym dlatego, że w obu przypadkach mamy do czynienia z postaciami, które mogą mieć duży wpływ na ocenę końcową. Z mojego punktu widzenia Kaoru – hałaśliwy, narcystyczny i nieznośny – stanowił zdecydowaną zaletę serii, dodając energii niemrawej fabule i wspierając wiernie głównego bohatera. Jednakże tu się różnię od większości widzów, bo trzeba przyznać, że taki odbiór jego postaci wymaga odrobiny dobrej woli i dopowiedzenia sobie rzeczy, na których pokazanie nie starczyło czasu. Jeśli się tej dobrej woli nie wykaże, zostajemy z hałaśliwym, narcystycznym i nieznośnym elementem komediowym, któremu na siłę próbowano dokleić także poważniejszą rolę. Z kolei Nyanko Big zasłużył na miano postaci tym, że niektóre sceny (a nawet odcinki) oglądamy z jego perspektywy i nie brakuje głosów, że są to najbardziej udane fragmenty serii. Tu także chciałabym zgłosić votum separatum. Zdecydowanie nie jestem fanką wpychania do fabuły zwierzątka (bo zwierzątka są fajne), które przez połowę czasu myśli i reaguje jak człowiek (bo trzeba by wiedzieć, jak się zwierzątka zachowują, a w ogóle tak będzie bardziej uroczo). W bardziej umownej serii nie miałabym nic przeciwko, tu obecność tego rodzaju wątku zgrzytała mi za każdym razem. Szczególnie że umówmy się – kot zachowujący się jak kot doskonale by „pociągnął” i pojedyncze sceny, i cały odcinek. Trzeba by tylko odrobiny pomysłowości i wiedzy o zwierzęcych charakterach.

Cały akapit o wadach i zaletach grafiki można podsumować: jest jak zwykle. Wyróżniają się ładne, acz może ciut za „sterylne” projekty postaci. Tła są ładne, ale kompletnie bez charakteru; często też w ogóle znikają, zastąpione jednokolorowymi planszami czy wzorkami. W kluczowych scenach zwraca uwagę nastrojowe oświetlenie, ale ono także trzyma się w standardzie obowiązującym już od lat. Okazjonalnie – co nie dziwi – pojawiają się nagłe zjazdy jakości i kiksy grafiki, jednak ogólnie rzecz biorąc Tada­‑kun wa Koi o Shinai nie wyróżnia się absolutnie niczym i chyba nawet nie miało takich ambicji. Niewiele pozostało w mojej pamięci z udźwiękowienia tej serii – co mnie trochę dziwi o tyle, że Yukari Hashimoto stworzyła także muzykę do Sangatsu no Lion, o wiele bardziej się wyróżniającą. Może to kwestia wymogów, może to kwestia tego, że ścieżka dźwiękowa wtopiła się w obraz – ale nie wydaje mi się, żeby było tu cokolwiek, po co warto sięgać po zakończeniu seansu. To samo można w sumie napisać o grze seiyuu – właściwie jeśli już, to uwagę zwracał tylko Mamoru Miyano jako Kaoru, a i to chyba przydałoby się, żeby w niektórych scenach powściągnął nieco swoją popisową ekspresyjność.

Powiedziałabym, że dla mnie Tada­‑kun wa Koi o Shinai okazało się rozczarowaniem sezonu. Spodziewałam się serii lekkiej, pełnej ciepła i iskrzenia między postaciami, a dostałam przyciężki zakalec utaplany w sosie melodramatycznym. Skąd zatem stosunkowo wysoka ocena? Cóż, ta seria z mojego punktu widzenia była nijaka, ale przynajmniej nie powielała najgorszych wad japońskich animowanych „szkolnych komedii romantycznych”, miała też parę udanych scen i momentów. Jeśli więc chodzi o to, czy polecam… Polecam z całego serca, obejrzyjcie koniecznie! Tylko że nie Tada­‑kun wa Koi o Shinai, a film zatytułowany Rzymskie wakacje. Wiem, pochodzi on z 1953 roku, więc jest starszy nie tylko od zapewne wszystkich użytkowników serwisu Tanuki, ale i od części ich rodziców. Ale naprawdę warto!

Avellana, 8 września 2018

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Doga Kobo
Projekt: Ai Kikuchi, Chiaki Nakajima, Jun'ichirou Taniguchi
Reżyser: Mitsue Yamazaki, Yoshiyuki Fujiwara
Scenariusz: Yoshiko Nakamura
Muzyka: Yukari Hashimoto

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
Tada-kun wa Koi o Shinai - wrażenia z pierwszych odcinków Nieoficjalny pl