Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Kyaa! - magazyn o animacji, mandze i kulturze japońskiej

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

7/10
postaci: 6/10 grafika: 8/10
fabuła: 6/10 muzyka: 6/10

Ocena redakcji

brak

Ocena czytelników

6/10
Głosów: 5
Średnia: 5,6
σ=1,36

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Filmowit R)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

FLCL Progressive

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2018
Czas trwania: 6×25 min
Tytuły alternatywne:
  • フリクリ プログレ
Tytuły powiązane:
Miejsce: Japonia; Czas: Przyszłość; Inne: Mechy
zrzutka

Tytuł sugeruje, że w przypadku drugiej części jednego z najbardziej zwariowanych anime w historii mamy do czynienia z postępem względem pierwowzoru. Ale czy na pewno? Może jednak podtytuł powinien brzmieć „Regressive”?

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Godofblackmetal

Recenzja / Opis

Pierwsze Fooly Cooly było naprawdę ciekawym i odjechanym serialem, wypełnionym po brzegi akcją i fantastyczną animacją oraz pomysłowo wyreżyserowanym przez Kazuyę Tsurumakiego, który nad wyraz zgrabnie i elegancko potrafił połączyć czyste szaleństwo z historią zawierającą drugie dno. Wszystko to dopełniała świetnie dobrana muzyka japońskiego zespołu rocka alternatywnego The Pillows oraz cięte, momentami nawet inteligentne dialogi. A jak jest w przypadku kontynuacji stworzonej osiemnaście lat po pierwszej części? Czy seria po takiej przerwie dojrzała i dokonał się w niej rzeczywisty i tytułowy progres, czy może wręcz przeciwnie – miast postępu nastąpił regres?

Zacznijmy od odpowiedzenia sobie na pytanie, dlaczego w ogóle powstała kontynuacja tej popularnej serii OVA. Jeżeli jej twórcy mieli coś ciekawego do dopowiedzenia względem oryginalnych sześciu odcinków, to z całą pewnością nie siedzieliby przez kilkanaście lat bezczynnie, tylko kuli żelazo, póki gorące, tak jak James Cameron w przypadku kinowego Avatara, nad którego kontynuacjami (ma nakręcić cztery filmy) pracuje niestrudzenie już od kilku lat. Tymczasem w tym przypadku sytuacja zdecydowanie bardziej przypomina losy najnowszych Gwiezdnych wojen. Production I.G. (koproducent pierwszej serii) zakupiło od Gainaxu (studia odpowiedzialnego za pierwszy sezon) prawa do FLCL i tak jak Disney w przypadku Lucasfilm, postanowiło swój zakup zmonetyzować. Transakcja nastąpiła w roku 2015, kontynuację ogłoszono w 2016, a premiera miała miejsce 2 czerwca 2018 roku, czyli trzy lata po sprzedaży (znowu jak u Disneya). Imperium Myszki Miki przygotowało się do kontrataku po latach poprzez zebranie starej ekipy i jak najwierniejsze oddanie klimatu oryginalnej trylogii. Podobnie Production I.G. bardzo starannie przygotowało się do kontynuacji poprzez podobne działania: za muzykę ponownie odpowiada zespół The Pillows, Yoshiyuki Sadamoto zajmuje się projektami postaci, a nad wszystkim czuwa Katsuyuki Motohiro. Niestety w tym przypadku tylko w roli nadzorcy produkcji, nie zaś reżysera. Zresztą co się tyczy tej posady, to przypomina mi się powiedzenie „gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść”, bowiem łącznie z Motohiro za wyreżyserowanie nowej historii odpowiada sześć osób. Szczerze mówiąc, nie napawa to optymizmem – wielu reżyserów zapowiada co prawda mnogość pomysłów na serial, ale jednocześnie wzbudza obawę przed niekontrolowanym chaosem, a przede wszystkim brakiem głębszej i spójnej wizji, tak jak to miało miejsce w części VII i VIII Gwiezdnych wojen (pierwsze Fooly Cooly może i było mocno zakręcone, ale w tym szaleństwie była metoda…).

Do ekipy tworzącej kolejny sezon doszło jeszcze kilka nowych postaci, a kilka zostało zastąpionych przez świeże twarze, ale o nich powiemy sobie podczas analizy poszczególnych elementów tego dzieła, w którym jednak coś „nie dzieła”. Najważniejsze jest to, że od początku wiemy, iż „to anime jest robione (wyłącznie) dla pieniędzy” i w żadnym wypadku nie można go traktować jako manifestu artystycznego czy eksperymentu, za jaki mogła uchodzić część pierwsza. W tym przypadku mamy do czynienia ze zwyczajnym odcinaniem kuponów od sukcesu pierwowzoru. Zatem, nie tracąc już więcej czasu, przyjrzyjmy się bliżej poszczególnym składnikom tej popkulturowej mieszanki o olbrzymim potencjale rozrywkowym.

Na początku omawiania fabuły nadmienię tylko, iż do jej oglądania nie jest wymagana znajomość oryginału. Ba, znajomość materiału pierwotnego jest wręcz niewskazana, gdyż zdecydowanie psuje wrażenia, jakie mogłaby zrobić ta produkcja, gdyby stanowiła nasz pierwszy kontakt ze światem przedstawionym. Historia przedstawiona w Progressive rozgrywa się wiele lat po wydarzeniach z pierwszej części i, w teorii, skupia się na zupełnie nowych bohaterach oraz wydarzeniach, które z pierwszym FLCL łączą tylko miejsce akcji – miasto Mabase, położone w cieniu enigmatycznego wielkiego żelazka, z którego od czasu do czasu wydobywają się obłoki pary, oraz centralna postać w całej serii, czyli Haruko Haruhara. Opowieść rozpoczynamy od onirycznego spaceru po śnie głównej bohaterki drugiego sezonu – zamkniętej w sobie typowej emo­‑nastolatce imieniem Hidomi. Jednakże już po paru minutach, gdy bohaterkę wyrywa z sennych marzeń odgłos budzika, zaczynamy obserwować historię, która stanowi nieudolną kalkę pierwszej części. Mamy te same motywy, podobne rozwiązania fabularne i ten sam wątek przewodni – Haruko poszukującej Atomska. Kto oglądał stare FLCL odczuje podczas seansu silne déjà vu. Znowu widzimy, jak z głów nastolatków wychodzą różne dziwne rzeczy, gitary basowe zastępują katany, żółta Vespa na każdym rogu przeczy prawom fizyki, a w tle toczy się wojna międzygalaktycznych korporacji. Cały ten zamęt ponownie jest wywołany przez czarującą jak zawsze Haruko. O ile za pierwszym razem było to ciekawe i nawet interesujące (zwłaszcza że zostało lepiej wyreżyserowane), o tyle w przypadku powtórki z rozrywki wywołuje co najwyżej znużenie.

Dość istotnym elementem pierwszego FLCL było przemycenie pod karnawałowym strojem mądrej (jak na standardy anime) historii o dorastaniu, pierwszej miłości i postrzeganiu przez młodego człowieka świata jako miejsca spokojnego i nawet nudnego, które jednak wraz z wchodzeniem w dorosłość zaczyna się coraz bardziej mienić odcieniami absurdu i szaleństwa. Choć na pierwszy rzut oka zapowiadają one wielkie zmiany, w ostatecznym rozrachunku nie powodują istotnych skutków w szarej prozie życia protagonisty. Dzięki temu produkcja ta pozostawała dziełem wielowarstwowym, które poza czystą rozrywką oferowało pewne pole do swobodnej interpretacji. Druga część stara się w jakiś sposób podążać śladami poprzedniczki, ale jej to nie wychodzi. Próbuje poruszać problem samotności i depresji, jednak przez kiepskie postacie, bardzo słabe dialogi, nie najlepszą reżyserię oraz zastosowanie wielu schematów, które pierwsza część na każdym kroku łamała (czyżby odbijała się czkawką bliższa współpraca z zachodnimi wydawcami?) z dobrego pomysłu pozostały jeno dobre chęci. Odnosi się wrażenie, że historia stara się być bardzo zachowawcza i chce przypodobać się każdemu, przez co jest przeznaczona dla nikogo – ci, którzy widzieli pierwsze Fooly Cooly, będą znudzeni, a nowi widzowie właśnie od oryginału powinni zacząć przygodę z tym uniwersum.

Przy okazji warto wspomnieć, że scenarzystę pierwszej części, Youjiego Enokido (autora light novel, na podstawie których powstała OVA) zastąpił Hideto Iwai. Niestety, tak samo jak w przypadku reżysera, nie była to dobra zmiana. Ponieważ pod koniec pierwszej części Haruko udała się Vespą do gwiazd, liczyłem, że nowa część przeniesie się w jakieś inne miejsce i pokaże zupełnie nową historię ze starymi bohaterami albo przynajmniej nowymi trzymającymi ich poziom. Niestety przeliczyłem się. Za fabułę więcej niż 7/10 dać nie mogę. Ot, standardowa historyjka o smutnej dziewczynce rzuconej w wir niecodziennych wydarzeń. W anime podobnych scenariuszy są tysiące, a ten nie okazał się na tyle wyrazisty, abym mógł go od nich odróżnić.

Pozostając jeszcze na chwilę przy historii, wspomnieć muszę o paru gorszących scenach, które w tym anime się pojawiają i są po prostu niesmaczne (spokojnie, nie jest to kino niemieckie – choć pewnie niektórzy będą w tym momencie rozczarowani). Niestety, żartować trzeba umieć. Zwłaszcza jeżeli dowcip ma dotykać sfery intymnej życia człowieka. Gracja, z jaką robił to oryginał, tutaj gdzieś uleciała. A poziom humoru obecnego w Seksmisji jest dla twórców jak szczyt K2 zimą dla polskich himalaistów – nieosiągalny.

Powiedzmy sobie szczerze, pierwsza część nie miała szczególnie ambitnych dialogów. Były one jednak na tyle inteligentne i cięte, iż idealnie wpasowywały się w zawadiacki charakter serialu, a przy tym brzmiały autentycznie i żywo w ustach bohaterów. Stanowiły one kąśliwy komentarz do rozgrywających się wydarzeń. W drugiej części są zbiorem standardowych powiedzonek obecnych w anime i tak naprawdę jedynie kwestie wypowiadane przez Haruko mogą wzbudzać pozytywne wrażenie. Na plus zaliczyć można umiejętne stosowanie ciszy i zastępowanie słów obrazami, choć w tej serii jest to trochę nie na miejscu. Ze względu na to, że od dialogów na szczęście uszy nie więdną, oceniam je na 5/10, czyli są, ale tak jakby ich nie było.

Poza samą historią bardzo ważny jest sposób jej opowiadania i pod tym względem te sześć nowych odcinków leży. Leży i to niestety na całej linii. W pierwszym odcinku pierwszego sezonu działo się więcej niż podczas całego drugiego. Trochę słabo jak na serię słynącą z intensywności akcji mogącej konkurować z dziełami Luca Bessona. Oglądanie tego sezonu to jak przesiadka z Ferrari do tramwaju – też czerwony i wszyscy się wokół niego gromadzą, gdy się zatrzyma, jednak jazda nim nie wiąże się z jakimikolwiek emocjami. Zmiana na stołku reżysera spowodowała, że pierwotnie zaprojektowany z zegarmistrzowską precyzją mechanizm mocno się rozregulował i zwolnił, przez co nie wzbudza już zachwytu, lecz niknie w tłumie innych podobnie niedopracowanych produkcji. Powiedzmy sobie szczerze, reżyseria w tym przypadku jest do bólu standardowa i w pełni przewidywalna, a autorzy ani razu nie pokusili się o zrobienie czegoś szalonego i niecodziennego (czym była na przykład animacja poklatkowa wykonana ze zdjęć realnej Vespy w endingu pierwszego sezonu). Widać, że tak samo jak zabrakło pomysłów na ciekawą historię, w interesujący sposób rozwijającą wątki z pierwszej części, tak samo zabrakło konceptu na wypełnienie serii niespodziewanymi zwrotami akcji, nawiązaniami do kultury masowej, a także odkrywczego podejścia do realizowania poszczególnych scen. Z mojej strony za reżyserię wystawiam ocenę 7/10 – pomimo całej mojej krytyki stanowi ona kawał solidnej roboty, która w innym anime może i by cieszyła, w tym zaś przynosi tylko rozczarowanie (inne wymagania są dla początkującego, inne dla mistrza).

To, czy dana historia będzie nas interesować, a świat przedstawiony zachwycać, w dużej mierze zależy od tego, czyje poczynania przyjdzie nam oglądać. Można nawet stwierdzić, iż jest to najważniejszy element każdej produkcji. Jak mówi przysłowie: nieważne gdzie, ważne z kim. I to jeszcze jak ważne! W pierwszej części, mimo swych dziwactw, drużyna postaci była świetnie dobrana i dopasowana, a relacje między nimi odznaczały się prawdziwą iskrą, która doskonale dopełniała całości i nadawała pustym rysunkowym ludzikom choć odrobinę duszy. Naprawdę polubiłem Naotę, jego ojca, dziadka, dziewczynę jego brata i jeszcze parę innych postaci, które świetnie ze sobą współgrały. Po cichu liczyłem na ich powrót, jednak ze starej gwardii pozostała jeno Haruko, nadal jeżdżąca żółtą Vespą i uganiająca się za Atomskiem. Fanów oryginału z pewnością ucieszy epizodyczny, ale jednak powrót Cantiego. Poza tym jedyną nową postacią godną uwagi jest kobieta jeżdżąca cadillakiem, który potrafi latać i przemieniać się w mecha. Jeżeli więc chodzi o postacie jako takie, to cudów się nie spodziewajcie – będą to, począwszy od Hidomi, a kończąc na postaciach trzecioplanowych, swego rodzaju mentalne prefabrykaty, a nie oryginalne persony konkurujące z członkami pierwszej ekipy o miano pełnowartościowych bohaterów. Jedyne, co można powiedzieć o nich dobrego, to że ich projekty są wykonane na wysokim poziomie, choć przyznam, że oglądanie grubego faceta, który nie jest Szkotem, a zasuwa w miniówce, nie należało do najprzyjemniejszych widoków. Mimo dość kartonowej „Mabase ekipy”, Haruko, Jinyu (ta od cadillaca), Canti i Atomsk są na tyle wyrazistymi postaciami, że jestem w stanie ocenić je na 6/10.

Wydawałoby się, że oprawa muzyczna powinna trzymać ten sam poziom, co za pierwszym razem. W końcu odpowiada za nią ten sam zespół – The Pillows, a mimo to słychać ewidentny spadek formy na tym polu. Z żywiołowej, oryginalnej oprawy jedynki w dwójce pozostało standardowe pobrzdękiwanie rockowych gitar, które nie było się w stanie niczym wyróżnić, ani też odpowiednio podkreślić żadnego wydarzenia. W rozwiązaniu tej zagadki pomoże nam powtórne przyjrzenie się ludziom odpowiedzialnym za tę część produkcji. Okazuje się bowiem, że za pierwszym razem obok wspomnianych rockmenów alternatywnych za muzykę odpowiadał również Shinkichi Mitsumune, którego w Progressive zastąpiono zespołem R•O•N, co okazało się wielkim nieporozumieniem, ponieważ ich pracy na więcej niż 6/10 ocenić nie mogę. Jeżeli ktoś zastanawia się, jak wypadł japoński dubbing, odpowiem mu krótko: nie wiem. Oglądałem wersję angielską, która pod tym względem niczym szczególnym się nie wyróżniała; zachowano oryginalne głosy postaci, które można było usłyszeć w pierwszym sezonie, a nowe nie ranią uszu i pozwalają na komfortowe zrozumienie kwestii wypowiadanych w serialu.

Na sam koniec zostawiłem analizę tego, z czym mamy do czynienia na samym początku, czyli jakości animacji. W przypadku powrotu po latach takiej serii spodziewałem się oprawy co najmniej na poziomie piątego sezonu Samuraja Jacka, bardzo się jednak rozczarowałem. Co prawda animacja jest trochę bardziej szczegółowa niż ta sprzed osiemnastu lat, jednak brakuje jej charakterystycznego stylu, dynamizmu, scen super­‑deformed oraz pomysłowych rozwiązań wizualnych, które zapewniałyby niezapomniane przeżycia (parę snów z zombiakami w roli głównej to za mało). Całość jest ponownie do bólu standardowa i pokazuje, że twórcy nie mieli wizji artystycznej na ten sezon i na każdym poziomie operowali schematami. Nie wygląda to co prawda źle, ale bajecznie też nie. Razi przede wszystkim kilka scen CGI, ale nie aż tak bardzo, by nie móc wystawić oceny 8/10.

To jest skierowane do nikogo. Przynajmniej ja odniosłem takie wrażenie po obejrzeniu Fooly Cooly „Regressive”, które z serii głupio­‑fajnej zrobiło się już tylko serią głupią. Widzom pierwszego FLCL nie zaoferuje absolutnie nic nowego, a nowych, nieznających tej serii, raczej nie zaintryguje tak samo jak pierwowzór. Jeśli jednak wziąć obiektywnie pod uwagę poziom poszczególnych elementów, zmuszony jestem wystawić ocenę 7/10, która najlepiej odzwierciedla jakość tego sezonu – jednorazówka, przeznaczona tylko dla najbardziej wygłodniałych fanów serii, którzy łykną wszystko, byle związane było z ich ulubionym serialem. Ja do ich grona się nie zaliczam, toteż uważam te sześć odcinków za kompletnie nic niewnoszącą stratę czasu, na którą normalni ludzie nie mogą sobie pozwolić (chyba że piszą recenzje, wtedy muszą), a jeśli już jakimś cudem znajdą parę wolnych chwil, które chcą spędzić na gapieniu się w ekran, to gorąco polecam starą serię OVA, która choćby oglądana kilka razy, i tak bawi bardziej niż kontynuacja.

Filmowit R, 13 października 2018

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Production I.G.
Projekt: Akiko Murayama, Chikashi Kubota, Kiyotaka Oshiyama, Mai Yoneyama, Yoshiyuki Sadamoto, Youko Kuhara
Reżyser: Hiroshi Ikehata, Katsuyuki Motohiro, Kazuto Arai, Kei Suezawa, Toshihisa Kaiya, Yoshihide Ibata, Yuuki Ogawa
Scenariusz: Hideto Iwai
Muzyka: RON