Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Komikslandia

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

7/10
postaci: 7/10 grafika: 7/10
fabuła: 7/10 muzyka: 7/10

Ocena redakcji

7/10
Głosów: 5 Zobacz jak ocenili
Średnia: 7,40

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 43
Średnia: 7,09
σ=1,58

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Karo)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Irozuku Sekai no Ashita kara

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2018
Czas trwania: 13×24 min
Tytuły alternatywne:
  • IRODUKU: The World in Colors
  • 色づく世界の明日から
zrzutka

Nietypowe podejście do wywoływania wzruszeń. Seria równie oryginalna i spójna, co nieprzystępna i męcząca.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Rok 2078. Zaawansowana technologia oraz będąca w powszechnym użyciu magia przekładają się na dogodne warunki ekonomiczne i społeczne, pozwalające mieszkańcom Japonii funkcjonować bez większych trosk. W takim środowisku poznajemy nastoletnią Hitomi Tsukishiro – nieco introwertyczną potomkinię rodu magów, od pewnego czasu cierpiącą na monochromatyczną ślepotę barw. Choć powodowana niejasnymi czynnikami przypadłość nie wyklucza dziewczyny z codziennego życia, to jednak utrudnia cieszenie się przyjemnościami okresu dorastania, takimi jak szkolne festiwale czy pokazy fajerwerków, co z kolei prowadzi do problemów w relacjach z rówieśnikami i ogólnej melancholii. Z pomocą bohaterce przychodzi babcia, która wykorzystując magiczny artefakt, nagle i bez wyjaśnień wysyła wnuczkę sześćdziesiąt lat w przeszłość, na spotkanie ze swoją nastoletnią wersją. Według niej podróż ta pozwoli Hitomi odkryć przyczynę wzrokowej dolegliwości.

Niech Was nie zwiodą wymieniane wyżej, pozornie efektowne motywy. Odrobinę wyidealizowana wizja przyszłości nie kryje żadnych antyutopijnych przesłanek, futurystyczne technologie pojawiają się tylko w początkowych minutach jako elementy scenerii, natomiast magia jest logicznie osadzona w świecie przedstawionym i choć ma praktyczne zastosowania, bliżej jej do dziedziny artystycznej. Podróż w czasie pełni wyłącznie rolę narracyjnej klamry, a stanowiąca główny wątek przypadłość bohaterki, bardziej niż dynamizowaniu opowieści służy nakreśleniu prostej alegorii, dającej się odczytać już po pierwszym odcinku. O czym więc jest to anime? Otóż fabularnie jest to po prostu historia o szkolnym klubie, w tym przypadku – fotograficzno­‑plastycznym, do którego próbująca odnaleźć się w nowych realiach Hitomi dołącza wraz ze swoją nastoletnią babcią. Pomijając wstęp oraz przesłanie, którego nie zdradzę, scenariusz powiela typowy schemat z klubową działalnością i młodzieńczymi uczuciami na pierwszym planie, a całość utrzymana jest w melancholijnym nastroju, z jakim niektórzy widzowie mogą kojarzyć kilka produkcji studia P.A. Works. Od Nagi no Asukara czy Glasslip omawiany tytuł różnią jednak tempo i intensywność wydarzeń – w tamtych seriach nieco obniżone, tu zaś zredukowane do minimum. Początkowe odcinki niemal pozbawione są fabularnych konfliktów i dających się wyodrębnić epizodów, i gdyby nie magiczne dekoracje oraz narracyjne skróty, byłyby okruchami życia w wydaniu wręcz zbyt autentycznym. Z kolei skręcające w stronę dramatu odcinki końcowe, choć dotyczą przygnębiających zagadnień, dalekie są od emocjonalnego rozmachu, z jakim wiele tytułów o zbliżonej tematyce się zaczyna.

Chciałoby się napisać, że jest przyziemnie i niespiesznie, jak przystało na dramat obyczajowy, ale byłoby to zbytnie uproszczenie. Nieważne, czy potraktujemy Irozuku Sekai no Ashita kara bardziej jako obyczajówkę, czy bardziej jako dramat – żaden z tych gatunków nie wyznacza tempa ani intensywności opowieści, przynajmniej nie według znanych mi definicji. Owszem, historiom czerpiącym z życia codziennego, również tym tragicznym, sprzyja stonowana narracja. Zwykle jednak albo ma ona konkretny cel, albo stanowi pochodną poruszanych zagadnień. Innymi słowy, nie wynika z gatunkowych założeń, ale jest podrzędna względem scenariusza, który niezależnie od dynamiki powinien być przede wszystkim interesujący. O ile ta ostatnia cecha jest tutaj dyskusyjna (o tym później), o tyle przyziemność i niespieszność rzeczywiście są uzasadnione. Seria korzysta bowiem z nietypowej metody wpływania na emocje: przedstawia wydarzenia o rosnącej dramaturgii przy jednoczesnym obniżeniu skali. Gdzie wiele podobnych produkcji zaczyna od wyraźnego nakreślenia później rozwijanych problemów, np. w emocjonalnych retrospekcjach, Irozuku Sekai no Ashita kara podsuwa mgliste sugestie w scenach neutralnych pod względem ekspresji. Gdzie natomiast wątki tamtych utworów wieńczone są miłosnymi deklaracjami, depresyjnymi zgonami czy przejrzystą ewolucją charakterów, tutaj oglądamy przyjacielskie uściski dłoni, budujące rozstania i pobudki do domniemanych przemian. Wstępny wymóg śledzenia mało efektownych trudności niejako wyostrza empatię, co procentuje nasileniem doznań, gdy wydarzenia stają się nieco bardziej dramatyczne. W efekcie dostajemy produkcję adekwatnie do gatunku poruszającą, ale operującą w tym celu imponująco oszczędnymi środkami.

Obniżaniu ogólnego tonu i tym samym wpływaniu na emocje przyziemnymi zdarzeniami podporządkowane są wszystkie składowe serii, choćby te wyróżniane przy najbardziej utartym podziale. Zasadny jest sposób prowadzenia bohaterów, z jednej strony odpowiadających schematom typowym dla szkolnej obyczajówki bazującej na różnicach temperamentów, z drugiej – nużąco nieprzerysowanych i ukazywanych z pewnego dystansu, z niewielkim wglądem w ich osobiste uczucia. Ciekawie w tym kontekście wypadają wątki miłosne, gdzie każda z widocznych na pierwszy rzut oka bliższych relacji kończy się na etapie sugestii, a jedyna mająca konkluzję okazuje się raczej platoniczna. Zasadna jest również wizualna reżyseria, choć niekoniecznie imponująca gra światła i kolorów, ponieważ akurat to wydało mi się zbyt krzykliwe. Wolałem stosowane z wyczuciem podstawowe środki filmowej narracji w rodzaju nieoczywistych przeostrzeń, nieprzezroczystego montażu czy drobnych gestów postaci na drugim planie. Mimo że jestem na takie zabiegi wyczulony, a seria specjalnie się z nimi nie kryje, i tak zaskoczyło mnie, jak wiele z nich dostrzegłem przy drugim seansie, będąc już świadomy łączących się z nimi treści. Zasadna jest też reżyseria muzyczna, wykorzystująca standardowe dla produkcji obyczajowych, nastrojowe kompozycje, głównie gitarowe i fortepianowe, w tym przypadku bardziej niż zwykle jednolite melodycznie i niemal pozbawione akcentujących wydarzenia mocniejszych brzmień. Utwory nie nadają się do słuchania osobno, ale jako tło dla powolnej opowieści działają pierwszorzędnie.

Cała koncepcja brzmi ambitnie i zajmująco, ale w praktyce ma istotną wadę: ponad połowa serii jest niemiłosiernie nudna w zupełnie dosłownym sensie. To nie Mushishi czy Texhnolyze, gdzie niby nic się nie dzieje, a tak naprawdę każdy kadr kipi od treści. Tutaj przez długi czas musimy śledzić autentycznie nic nieznaczące szkolne wątki i mozolnie wychwytywać sugerowane w nich emocje. Co więcej, trzeba to robić z pełnym zaangażowaniem – w przeciwnym razie mechanizm nie zadziała, nie nastąpi „wyostrzenie empatii” konieczne dla właściwego odbioru późniejszych wydarzeń i cały seans będzie stratą czasu. Najbardziej frustrujące jest to, że nie można uznać takich założeń za jednoznacznie wadliwe. Historię dałoby się bowiem łatwo uatrakcyjnić, świadomie przejaskrawiając kilka elementów lub przyspieszając parę wątków. Byłaby ona wówczas przyjemniejsza w odbiorze, ale kosztem stylistycznej spójności i oryginalności. Zanim to pojąłem, moja opinia o tej serii zmieniała się diametralnie co kilka minut. Z pewnością brak tu wielu elementów, dla których sięgam po podobne produkcje: zjawiska nadprzyrodzone nie służą porywającej intrydze, ubarwiającej zagadnienia obyczajowe; niewiele jest humoru, zwykle niezbędnego w takiej opowieści, nie udało mi się też poczuć tej specyficznej nostalgii za wyidealizowanymi szkolnymi czasami, jakich w rzeczywistości nigdy nie przeżyłem. Łączy się to jednak z ograniczeniem motywów, które w podobnych produkcjach zawsze mnie irytują: życiowych tragedii rozdmuchiwanych do niedorzecznej skali, idiotycznych ciągów nieporozumień, teatralnego wykrzykiwania miłosnych wyznań czy płakania w strugach deszczu. Podobne sceny występują, ale w niebywale skrótowej formie, chyba tylko dla zaznaczenia konwencji. Po namyśle stwierdzam, że taka wybiórczość nie ma tu najmniejszego sensu. To anime nie nadaje się do rozkładania na czynniki pierwsze – oglądania tylko dla ładnej grafiki czy odkrywania fabuły, nie lubiąc bohaterów. Każda składowa służy bowiem ogólnej, specyficznej kompozycji, którą albo akceptuje się w całości, albo wcale.

Aby nie zostawiać czytelnika z poczuciem, że opisuję produkcję niszową, ale w swojej klasie doskonałą, dodam, że jest tu też kilka wyraźniejszych potknięć, wynikających z zastosowanej klamry narracyjnej. Podróż w czasie to moim zdaniem motyw z założenia wadliwy – zwykle burzący logikę utworu i utrudniający zawieszenie niewiary. Skoro bohaterowie cofnęli czas w sytuacji A, czemu nie zrobią tego w sytuacji B? Jakim cudem ten świat nie popadł w ruinę, skoro manipulowanie czasem ewidentnie jest w nim sztuką trudną, ale ogólnodostępną i niebudzącą konsternacji? Nie miałbym z tym problemu, gdyby historia była baśniowo umowna. Ponieważ jednak magia przedstawiana jest racjonalnie, tworzy rozmaite nieścisłości, których roztrząsanie odwraca uwagę od właściwej treści. Do tego klamra odstaje pod względem tempa i klimatu – finezyjną opowieść okalają więc pośpieszny, efekciarski prolog oraz jeszcze gorszy epilog, próbujący łopatologicznie streścić przebytą przez bohaterów drogę, niemal niwecząc wcześniej subtelnie podsuwany przekaz. Najgorsze jednak, że cały motyw jest tak naprawdę zbędny i bez niego seria byłaby bardziej konsekwentna, nie tracąc na wyrazistości. Wydaje mi się, że podróż w czasie jest tu scenariuszowym kompromisem, przydatnym dla narracji, ale nie dla fabuły. Służy ona mocnemu zawiązaniu akcji oraz stworzeniu innych niż emocjonalne trudności, wymuszających na postaciach działanie. Bez tego dostalibyśmy anime jeszcze mniej przystępne, pozbawione wątków i skupione wyłącznie na przeżyciach wewnętrznych, i choć nie brzmi to zachęcająco, to myślę, że w tym przypadku wyszłoby mu to na dobre.

Recenzja chyba dość dobrze oddaje moje niezdecydowanie, ale przynajmniej końcowa rekomendacja będzie konkretna. Irozuku Sekai no Ashita kara to po prostu dobry nastoletni dramat – tak solidnie osadzony w konwencji, że nadający się tylko dla jej najwierniejszych fanów. Jeśli ktoś podobnych produkcji nie lubi, lub są mu one obojętne, od tej powinien trzymać się z daleka. Nie tylko bowiem potwornie się wynudzi, ale też może niesłusznie zrazić się do całego, zwykle nieco bardziej efektownego gatunku. Tymczasem ktoś, komu takie niespieszne, oszczędne historie są bliskie… również musi być gotowy na nudę i ewentualne rozczarowanie. W przypadku takich widzów jest to jednak ryzyko warte podjęcia, ponieważ z właściwymi oczekiwaniami, należytym wyciszeniem oraz dużą dozą cierpliwości, jest szansa na znalezienie tu jednej z dojrzalszych i oryginalniejszych tego typu serii ostatnich lat. Ja jako widz wolę raczej szkolne obyczajówki w bardziej kiczowatym wydaniu, cechujące się fabularnym fanserwisem, szybszym tempem i humorem; ewentualnie samoświadomością bądź intertekstualnymi odniesieniami. Krótko mówiąc: bogate w motywy, które znam i lubię. Niemniej jako recenzent nie mogę nie docenić autorskiej odwagi i konsekwencji. Pomijając nietrafiony wstęp i zakończenie, Irozuku Sekai no Ashita kara to anime, którego twórcy uparcie realizują raz powzięte założenia, w żaden sposób nie przymilając się do widza i zdając się nie tyle polemizować z popularniejszymi trendami, co nie wiedzieć o ich istnieniu. Takiego podejścia potrzebuje ta branża.

Karo, 16 lipca 2019

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: P.A. Works
Projekt: Fly, Yuki Akiyama
Reżyser: Toshiya Shinohara
Scenariusz: Yuuko Kakihara
Muzyka: Yoshiaki Dewa