Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Sakurakon VII

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

7/10
postaci: 8/10 grafika: 7/10
fabuła: 7/10 muzyka: 7/10

Ocena redakcji

7/10
Głosów: 10 Zobacz jak ocenili
Średnia: 6,90

Ocena czytelników

8/10
Głosów: 90
Średnia: 7,91
σ=1,31

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Piotrek)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Tensei Shitara Slime Datta Ken

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2018
Czas trwania: 25 (24×24 min, 24 min)
Tytuły alternatywne:
  • That Time I Got Reincarnated as a Slime
  • 転生したらスライムだった件
Tytuły powiązane:
Gatunki: Fantasy, Komedia
Pierwowzór: Powieść/opowiadanie; Miejsce: Świat alternatywny; Inne: Magia
zrzutka

Przygody pewnej niewielkiej kulki niebieskiej galaretki.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Pewien japoński menedżer średniego szczebla – samotnik i introwertyk, prowadzący raczej monotonne życie – zostaje dźgnięty na ulicy nożem przez przypadkowego szaleńca. W chwili śmierci dzieje się z nim jednak coś dziwnego. Jego agonalne, chaotyczne myśli zostają zinterpretowane przez tajemniczy byt jako życzenia, na podstawie których bohater otrzymuje nowe ciało w nowym, fantastycznym świecie. Problem polega tylko na tym, że skoro ciało to ma być na przykład odporne na ból, uszkodzenia, temperaturę, głód i inne pomniejsze przykrości, to kształtem, jaki ostatecznie przybiera, jest… Tytułowy Slime. Śluz. Galareta. Najsłabszy (i najłatwiejszy do zrenderowania) potwór w grze komputerowej, tu jednak obdarzony paroma niebezpiecznie wszechstronnymi zdolnościami oraz ludzkim umysłem. Bohater, acz nieco zdziwiony, przyjmuje ten stan rzeczy do wiadomości i zaczyna eksplorować otoczenie, czyli ogromny system jaskiń. Jak się okazuje – będący miejscem, w którym zapieczętowano Veldorę, jednego z najpotężniejszych smoków na świecie. Jako że kilkaset lat wystarczy, by nawet smok zaczął się śmiertelnie nudzić, to spotkanie staje się początkiem nietypowej przyjaźni. Bohater zyskuje nowe imię – Rimuru – zaś smok zyskuje możliwość opuszczenia jaskini… W żołądku, albo może raczej w podręcznym wymiarze wewnętrznym, bohatera.

W ten właśnie sposób na światło dzienne w pięknej Puszczy Jura wyłazi sobie niebieska galaretka, wyglądająca całkiem niewinnie, a jednocześnie upiornie potężna. Jednakże niepozorny wygląd Rimuru nie każdego musi zwieść – szybko zostaje poproszony o objęcie opieką ubogiej i marnej wioski goblinów. A że Rimuru nawet jako człowiek nie bardzo umiał odmawiać potrzebującym, obiecuje podjąć się tego zadania. Na tym się jednak nie kończy. Okazuje się, że dobre chęci, potężne moce oraz umiejętności menedżera średniego szczebla to idealna mieszanka pozwalająca na stworzenie zalążka prężnej społeczności, która stopniowo zaczyna wchłaniać nowe rasy i rozrastać się aż do rozmiarów młodego narodu. Dziwne czasy nastały dla tego świata, a jeszcze dziwniejsze jest to, że w centrum dziejowej zawieruchy znajduje się kawałek galarety…

Trzeba jasno zaznaczyć, że omawiana seria nie jest ani przełomowa, ani nawet szczególnie oryginalna. Nie wnikając w kolejność pojawiania się na rynku, można stwierdzić, że „odrodzony jako coś dziwnego” to obecnie jeden z podgatunków motywu „bohater przenosi się do innego świata” – w chwili, gdy piszę te słowa, zapowiedziano już ekranizację opowieści o dziewczynie, która odradza się jako monstrualny pająk. Zresztą poza stroną czysto estetyczną bohater zachowuje ludzki sposób myślenia, zyskuje za to zestaw niezwykle potężnych mocy. Innymi słowy, mamy do czynienia z historią o charakterze mocno eskapistycznym, którą wyróżnia głównie to, że Rimuru zamiast na gromadzeniu haremu, koncentruje się na grze w Cywilizację. Zresztą, żeby nie było – ja na to nie narzekam. Narzekam na to, że fabułę Tensei Shitara Slime Datta Ken można by określić zwięzłym a okrutnym powiedzonkiem – „tak ładnie żarło i zdechło”.

Winą za taki stan rzeczy należy obarczyć zarówno twórców adaptacji, jak i autora oryginału. Początkowe odcinki anime charakteryzuje niespieszne tempo, w jakim wraz z bohaterem poznajemy nowy świat i śledzimy pierwsze decyzje, które w przyszłości zaowocują powstaniem nowego państwa. Ponieważ cała historia skonstruowana jest w taki sposób, że trudno uwierzyć, by bohaterowi miało na serio coś grozić, trudno oprzeć się wrażeniu, że twórcy celowo nie próbują nawet budować napięcia w scenach walk, traktując je raczej jako elementy niezbędne, by położyć podwaliny pod przyszłe wątki. Zamiast tego sporo uwagi poświęca się interakcjom Rimuru z otaczającym światem i jego mieszkańcami. Przyznam, że mam słabość do takich rozwiązań fabularnych (może dlatego, że w sumie rzadko się trafiają) i ta pogodna, zrelaksowana opowieść bardzo mi odpowiadała. Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że dla części widzów takie tempo akcji może być śmiertelnie nudne – ale wydawało się, że po prostu na tym ma polegać specyfika tej akurat serii. Właśnie, wydawało się. Im dalej w las, tym bardziej wydarzenia przyspieszają, zaś scenariusz zaczyna okrawać i przeskakiwać poszczególne epizody z light novel. Nie wychodzi mu to na dobre – nie udaje się przekonująco pokazać, że cokolwiek z pokazanych wyzwań mogłoby sprawiać bohaterowi trudności, co prowadzi do tego, że stają się one mało ciekawą serią popisów jednego aktora. Co gorsza, znika to „mięsko” w postaci interakcji, na które zwyczajnie nie starcza miejsca. W dodatku, co naprawdę zaskakujące, właściwa fabuła zaczerpnięta z light novel kończy się na odcinku dwudziestym trzecim, zaś dwa ostatnie to epizodyczne nowe historie. Owszem, udane, ale charakterem pasujące raczej do serii OAV. Czas na nie przeznaczony dałoby się spożytkować znacznie lepiej, trudno więc zrozumieć taką decyzję.

Autor light novel, kryjący się pod pseudonimem Fuse, przyznał w jakimś wywiadzie, że zaczynając prace nad powieścią, nie miał jeszcze pomysłu, dokąd powinna zmierzać fabuła. Zapewne nie on jeden, gorzej, że to niestety widać. Możliwości są dwie – albo autor nie chciał, albo też nie potrafił trzymać się tego, co mu wychodzi dobrze; trudno bowiem nie zauważyć, że Tensei Shitara Slime Datta Ken jest najsłabsze wtedy, kiedy sięga po wątki i pomysły typowe dla „isekajów”. Stopniowe pozyskiwanie sojuszników i powiększanie wpływów Rimuru do pewnego momentu wychodzi dość naturalnie, ale jednak Fuse nie radzi sobie z krajobrazem społeczno­‑politycznym pokazanego świata dostatecznie dobrze. Od pewnego momentu zaczynają się pojawiać uproszczenia, z których większości nie da się zrzucić ani na cięcia w scenariuszu, ani na konwencję. Co tu dużo mówić, pod tym względem omawiana seria nie dorasta do pięt Log Horizonowi (przynajmniej do momentu, zanim Mamare Touno zawiązał się na supeł we własną historię). O tym, że próby kreowania napięcia i wprowadzania coraz większych zagrożeń wypadają co najmniej nieprzekonująco, już napisałam. Nie miałabym do nich zastrzeżeń, gdyby pełniły rolę niejako służebną i były wykorzystywane do przemeblowania układu sił na świecie, jeśli jednak chodziło o to, że mamy się martwić o bohatera i jego sprzymierzeńców – to zdecydowanie nie wyszło.

Najzabawniejszym chyba przejawem nieudolności Fuse wydało mi się jednak coś innego. Otóż żelazną częścią składową gatunku jest tak zwany „harem” – gromadzące się wokół bohatera atrakcyjne panienki w różnych kształtach i (stereo)typach. Trudno się oprzeć wrażeniu, że Fuse starał się je uwzględnić, ponieważ uważał, że tak trzeba albo też redaktor mu kazał. O ile wśród otaczających Rimuru postaci męskich możemy znaleźć typy udane, sympatyczne i zapadające w pamięć, o tyle postaci żeńskie są generalnie kompletnie i zupełnie nijakie, a ich rola w fabule pozostaje żadna. Ot, obowiązkowe kwiatki do kożucha i nic więcej. Paradoksalnie, więcej szczęścia mają bohaterki pojawiające się tylko epizodycznie, ponieważ wydają się zdecydowanie bardziej wyraziste, no i mają coś do zagrania. Owszem, można podnieść argument, że „haremetki” nie są od zachwycania złożonością charakterów, ale tutaj aż za dobrze widać, jak bardzo są papierowe w porównaniu do reszty obsady.

Niestety, obsada jako taka pada ofiarą przyjętej przez autora strategii ciągłego rozwoju, która powoduje stałe dodawanie postaci istotnych dla świata przedstawionego. Niekoniecznie dla fabuły – mowa tu przede wszystkim o przywódcach kolejnych sojuszników Rimuru, włączających się w prace w jego osadzie – a później mieście i państwie – i pełniących tam ważne funkcje. Fuse ma ewidentny dar tworzenia postaci mających wyraźne rysy komediowe, ale niedających się sprowadzić do określenia „błazen”. Potrafi także niuansować te portrety, tworzyć bohaterów, którzy popełniają błędy dające się zrozumieć i usprawiedliwić (acz zazwyczaj nie od razu). Tym większa szkoda, że większość z takich bohaterów po zakończeniu swojego wątku roztapia się w tle i zajmuje jakimiś ważnymi sprawami poza ekranem.

Inna rzecz, że można to przynajmniej częściowo tłumaczyć świadomymi decyzjami ze strony bohatera. Rimuru pozostaje trochę obok pozostałych – jest życzliwy i socjalizuje się z nimi, ale mimo wszystko nie fraternizuje się do końca, czyli zachowuje się jak dobry menedżer w stosunku do swoich podwładnych. Powiedziałabym, że to jedna z zalet serii. Rimuru w poprzednim życiu był dorosłym i mimo wszystko dość normalnym mężczyzną i w nowej sytuacji zachowuje stabilny charakter. To miły kontrast po nabuzowanych hormonami, wybuchowych nastolatkach. Nawet jeśli obowiązkowo musimy się dowiedzieć, że bohater nie ma żadnych doświadczeń romantycznych (o erotycznych nie wspominając), w nowym, aseksualnym ciele podziwia damskie wdzięki na zasadzie czysto estetycznej i platonicznej. Ciekawsze jest zresztą to, w jaki sposób wykorzystuje swoje doświadczenia zawodowe i wiedzę gracza komputerowego – kładąc duży nacisk na to, by powstająca społeczność była możliwie jak najbardziej samowystarczalna i nie polegała tylko na czynionych przez niego cudach. Niestety, z czasem zaczyna się to rozłazić (o czym była już mowa wyżej), a zachowanie bohatera, szczególnie w ostatnim z pokazanych wątków, trudno uznać za konsekwentne, ale to kwestia z jednej strony cięć, a z drugiej braków warsztatowych autora. Zresztą, żeby nie kończyć tak negatywnym akcentem, dodam, iż Rimuru pozostaje postacią bardzo sympatyczną, zaś rysy komiczne oraz dystans, jaki ma do świata, sprawiają, że nawet jego nadzwyczajna potęga nie irytuje przesadnie.

Od strony wizualnej omawiane anime jest wyjątkowo nierówne. Nie mówię tylko o zwykłych oszczędnościach animacji i rysunku, widocznych w wielu momentach – przy serii półrocznej to nie powinno dziwić. Niestety, także sceny, które powinny robić wrażenie, potrafią rozczarować. Mam tu na myśli przede wszystkim gigantycznego potwora z drugiej połowy serii, będącego słabo animowaną komputerową bryłą. Z drugiej strony mamy sceny zrealizowane poprawnie – np. zróżnicowaną komputerową animację maszerującej armii orków – a także naprawdę świetne, dynamiczne i pełne pomysłowej choreografii. Zaskakujące jest także, do jakiego stopnia animatorzy potrafili „ożywić” Rimuru w jego podstawowej postaci niebieskiej kulki – jego mowa ciała i mimika są przeurocze. Natomiast projekty postaci… No właśnie. Postaci wyglądające jak ludzie są nijakie – to znaczy, ładnie narysowane, ale pozbawione jakiegoś charakterystycznego rysu. O wiele ciekawiej prezentują się inne rasy oraz potwory, którym poświęcono sporo uwagi. Tu jednak warto wspomnieć o wadzie wynikającej z rozdźwięku między medium mimo wszystko pisanym, jakim jest light novel, a czysto wizualnym anime. Otóż nie jest pomysłem specjalnie nowym założenie, że najpotężniejsze istoty magiczne mają bardziej ludzki wygląd (ba, to nawet nie jest wymysł popkultury, tylko znacznie starszy koncept). Rimuru, co jest istotną częścią fabuły, nadaje nowym sojusznikom imiona, a sam ten akt zwiększa ich moce i często powoduje przemianę w potężniejszą formę danej rasy. Logiczne z punktu widzenia zasad świata jest więc to, że po takiej przemianie wyglądają bardziej ludzko niż przed nią. Tyle że z punktu widzenia odbiorcy anime na przykład efektownie i egzotycznie prezentujące się ogry stają się ładnymi, ale przeciętnie wyglądającymi ludźmi. Taki sam los spotyka pewną jaszczuroludkę. Przypuszczam, że niewiele można było na to poradzić, skoro tak było w oryginale, ale rzadko się zdarza, żeby „ulepszone” projekty postaci do tego stopnia ustępowały „podstawowym”.

Pod względem muzycznym Tensei Shitara Slime Datta Ken jest przyjemne dla ucha i niewyróżniające się szczególnie. Z piosenek towarzyszących serii najbardziej podobała mi się chyba pierwsza czołówka, Nameless Story w wykonaniu Takumy Terashimy. Słuszną decyzją obsadową było także przydzielenie głównemu bohaterowi dwojga seiyuu, przy czym jego głos „dorosłego mężczyzny” w naturalny sposób zanika z czasem, ustępując całkowicie miejsca głosowi „galarety”. Za ten drugi odpowiada Miho Okasaki, stosunkowo mało doświadczona w większych rolach, ale radząca sobie naprawdę dobrze. W rozlicznych rolach znajdziemy nazwiska bardziej i mniej znane, ale trzeba powiedzieć, że obsada sprawia wrażenie przemyślanej. Rina Hidaka (m.in. Last Order w Toaru Majutsu no Index, Silica w Sword Art Online) jest pełna energii jako Milim, zaś Jun Fukushima (m.in. Kazuma w KonoSuba) ma stworzoną dla siebie rolę megalomańskiego Gabiru. Warto także wspomnieć o Megumi Toyoguchi, doświadczonej seiyuu, która w długiej karierze grała między innymi Winry w starej serii Fullmetal Alchemist, Sei Satou w Maria­‑sama ga Miteru czy Revy w Black Lagoon. Tutaj pokazuje, ile da się wyciągnąć z bardzo niewdzięcznej roli magicznej sztucznej inteligencji, objawiającej się jedynie w postaci głosu w głowie bohatera i (niemalże) stuprocentowo profesjonalnej.

Tensei Shitara Slime Datta Ken nie jest serią „inną niż wszystkie”. Jest serią wykorzystującą utarte schematy, żeby trochę się nimi bawić – warto zauważyć, że kolejnymi sojusznikami Rimuru stają się rasy, które w seriach fantasy zazwyczaj służą jako mięso armatnie i cele treningowe dla bohaterów – ale nie przemienia się w jednoznaczną parodię. Jej zadaniem jest poprawianie humoru widzom porcjami lekkiej rozrywki, opierającej się na śledzeniu potężnego bohatera nawigującego w nowym dla niego świecie i aż szkoda, że pod koniec próbuje podnosić stawkę rozgrywki. Trochę się obawiam, że zapowiadana kontynuacja będzie już bardzo sztampowa, ale pewnie i tak rzucę na nią okiem.

Avellana, 26 marca 2019

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: 8bit
Autor: Fuse
Projekt: Mitz Vah, Ryouma Ebata, Takahiro Kishida
Reżyser: Atsushi Nakayama, Yasuhito Kikuchi
Scenariusz: Kazuyuki Fudeyasu
Muzyka: Elements Garden

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
Tensei Shitara Slime Datta Ken - wrażenia z pierwszych odcinków Nieoficjalny pl