Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Dango

Anime

Ghost in the Shell: SAC_2045

zrzutka

Wieczna wojna w krainie plastelinowych ludzików.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

W roku 2042 największe światowe mocarstwa rozpoczęły wojnę mającą stać się „nową gałęzią przemysłu” i stymulować gospodarkę. Dwa lata później globalna ekonomia została wywrócona do góry nogami, gdy nagły krach zniszczył wszystkie dane związane z transakcjami finansowymi, czyli w zasadzie zlikwidował istniejące wcześniej zasoby pieniężne. Niepokoje, zamieszki, a nawet wojny domowe wybuchają w kolejnych krajach.

Natomiast ładne kilka lat wcześniej w Japonii rozwiązano Sekcję 9 i dlatego właśnie Major oraz kilku jej współpracowników zastajemy w Ameryce, gdzie działają jako grupa najemników pod kryptonimem „Ghost”. Kolejna misja okazuje się trudniejsza, niż się początkowo wydawało, a co gorsza, pakuje ich w pułapkę, z której jedynym wyjściem jest przyjęcie propozycji nie do odrzucenia, złożonej przez tajemniczego pana Smitha, będącego szychą w strukturach bezpieczeństwa USA. Chodzi oczywiście o zadanie trudne, niebezpieczne i (czego rzecz jasna dowiaduje się tylko widz) mające zakończyć się zlikwidowaniem niewygodnych świadków, czyli samych wykonawców. Tymczasem w Japonii Aramaki dostaje od premiera zadanie odtworzenia Sekcji 9 i oczywiście jako warunek stawia próbę pozyskania do niej dawnych pracowników. Ta nieoczekiwana decyzja rządu japońskiego (podjęta pod naciskiem amerykańskiego partnera) ma związek z nowym zagrożeniem, o którym jeszcze nie wie nikt, a które – według prognoz – może doprowadzić do zagłady ludzkości.

Analizą tego zagrożenia będę mogła zająć się w recenzji następnej części, tu bowiem dostajemy zaledwie połowę planowanej historii. A może mniej niż połowę? Biorąc pod uwagę rozmach głównego wątku i grzebanie się fabuły z dotarciem do niego, nie zdziwiłabym się, gdyby kolejne dwanaście odcinków zakończyło się otwartą furtką do nowego sezonu. No właśnie: sześć odcinków to w zasadzie wstęp, poprzedzający powrót do Japonii i reaktywację Sekcji 9, i trudno mi oprzeć się wrażeniu, że pokazane w nim wydarzenia dałoby się spokojnie zawrzeć w połowie czasu ekranowego. Fabuła wygląda na razie dość sztampowo zarówno jeśli chodzi o tło społeczno­‑polityczne, jak i o charakter głównego zagrożenia. Jedno i drugie wydaje się żywcem wyciągnięte z gier komputerowych, ale o tyle nie warto się tego czepiać, że seria ma zdecydowanie poważniejsze problemy ze sobą, a brak oryginalności pod tym względem nie musiałby przeszkadzać.

Możliwe, że czegoś już nie pamiętam, ale agenci Sekcji 9 byli specjalistami od zwalczania cyberprzestępczości – niewielką liczebność jednostki rekompensowała jej elitarność i skuteczna współpraca. Tymczasem już w pierwszej misji widać, że jako najemnicy, preferują strategię, którą dałoby się określić „na rympał”. Podobnie jest w misji drugiej, tej ważnej i zleconej przez agenta Smitha (tak, to na pewno taka wyrafinowana aluzja dla najbystrzejszych widzów). Można oczywiście próbować dorabiać do tego wyjaśnienia, ale naprawdę trudno jest usprawiedliwić zarówno skąpość przekazanych bohaterom informacji, jak i widoczną amatorszczyznę ich działań. Potem jest troszkę lepiej o tyle, że po powrocie do Japonii bohaterowie faktycznie prowadzą jakieś tam śledztwo (mniejsza o to, że popychane do przodu głównie zbiegami okoliczności), chociaż skuteczność ich działań nadal jest daleka od zachwycającej. Scenarzysta uparcie ignoruje na przykład potężną dziurę logiczną i każe nie zauważać bohaterom nasuwającej się (a w dodatku bardzo obiecującej fabularnie) drogi postępowania, jaką byłoby przejście przynajmniej częściowo na metody, że tak powiem, analogowe.

Wszystko to odbija się negatywnie na bohaterach, albo może raczej odwrotnie: bohaterowie musieli przejść poważną redukcję inteligencji i inicjatywy, żeby scenariusz działał. Zaczynając od najmniej istotnych: agent Smith to idiota i mogę mieć tylko nadzieję, że jest to celowa kreacja, bo jego działania są najzwyczajniej bezbrzeżnie głupie. Aramaki trzyma się w miarę, bo żeby popsuć rolę Aramakiego, trzeba by się naprawdę bardzo, bardzo postarać. Saito, Ishikawa, Borma i Paz po prostu egzystują w tle, sprowadzeni do roli ruchomych rekwizytów i pozbawieni jakiejkolwiek indywidualności (da się – Stand Alone Complex umiało znaleźć dla nich czas). Ale! Idąc z duchem czasu, postanowiono wzbogacić Sekcję 9 o nowego członka, w dodatku kobietę. Tak jakby. Nie jestem pewna, czy Purin Esaki miała być tylko elementem komediowym, ale jest różową idiotką o charakterze natrętnego szczeniaka oraz gestykulacji żywcem wyjętej ze starych komediowych anime. Dosłownie bolały mnie zęby, kiedy widziałam ją na ekranie, tak bardzo nie pasowała do całej reszty.

Jak zatem na tym tle wypadają główne osoby dramatu, czyli Major i Batou? Nie ukrywajmy, to przede wszystkim dla nich ogląda się Ghost in the Shell. Dobra wiadomość jest taka, że Batou trzyma się nieźle – zachowuje większość swojego charakteru oraz, co nie jest oczywiste w tej serii, zdolność trzeźwego myślenia i zdrowej oceny sytuacji. Przynajmniej do czasu, aż nie wda się w jeden z natchnionych dialogów ze swoją przełożoną. Zła wiadomość jest bowiem taka, że Major bardzo szybko zaczęła mnie potężnie irytować. Fabuła nie daje jej na razie zbyt wielu okazji do wykazania się, co sprawia, że wydaje się osobą, której przewaga wynika tylko z lepszej wydajności fizycznej i większej mocy obliczeniowej, a nie z jakichś zalet intelektu. Do tego jej ton głosu i sposób mówienia sprawiał, że nie mogłam otrząsnąć się z wrażenia, iż słyszę dystyngowaną profesor nauk humanistycznych, ubolewającą nad upadkiem współczesnej kultury. Można mi oczywiście zarzucić, że czepiam się przeokropnie, skoro w tę rolę, tak jak we wcześniejszych odsłonach cyklu, wciela się Atsuko Tanaka. Mam jednak dwa argumenty na swoje usprawiedliwienie. Po pierwsze, zcyborgizowane ciało Major jest odporne na upływ lat – ale tego samego nie da się powiedzieć o aktorce głosowej. Od premiery pierwszego filmu minęło dwadzieścia pięć lat i nie jest żadną ujmą to, że głos Tanaki trochę się zmienił przez ten czas. Po drugie, nie są jej winą koszmarnie sztuczne i sztywne dialogi, których chyba nie dałoby się zagrać dobrze.

Wydaje mi się, że wiem, na czym polega ich problem. Pierwszy film (podobnie jak późniejsze Innocence) zdecydowanie odbiegał od sensacji w stylu hollywoodzkim – miał oczywiście sceny akcji (świetnie zrobione), ale w sumie charakteryzował się raczej niespiesznym tempem, zostawiając naturalny czas dla bohaterów na snucie rozważań o naturze ludzi i maszyn. Obie serie Stand Alone Complex były pod tym względem znacznie bardziej standardowe. Oznaczało to, że bohaterowie dyskutowali o zawiłościach psychologicznych głównie w kontekście praktycznym – np. zastanawiając się nad wytypowaniem sprawcy lub w (rzadkich) momentach refleksji. W SAC_2045 połączono oba te podejścia – z fatalnym skutkiem. Na ekranie widzimy akcję jak z filmów amerykańskich. Bohaterowie uczestniczą w pościgach z wykorzystaniem pojazdów mechanicznych, strzelają, skaczą i kopią, a jednocześnie bez cienia zadyszki (ach, te możliwości cyborgów), z dykcją radiowych spikerów starej daty, snują rozważania o współczesnym świecie, nasuwające myśl, że scenarzysta miał chyba płacone od liczby powtórzeń określenia sustainable war w odcinku.

Zawsze wydawało mi się, że jestem dość odporna na stronę wizualną anime – naprawdę rzadko się zdarza, żeby miała istotne znaczenie dla ogólnej oceny danego tytułu. Chociaż zetknięcie z projektami i animacją w SAC_2045 było dla mnie szokiem, zakładałam, że muszę się po prostu przyzwyczaić do innego niż zwykle stylu. Nie przyzwyczaiłam się do samego końca, a co więcej, warstwa wizualna poważnie przeszkadzała mi w oglądaniu, rozpraszając i utrudniając śledzenie fabuły. Czytałam opinię, że tak naprawdę jej głównym problemem są tekstury, nadające ludzkiej skórze plastikowy wygląd, ale obawiam się, że nie mogę się z tym zgodzić. Żadne tekstury nie pomogą na nieruchome włosy wyglądające jak bryła tworzywa sztucznego ani na ubóstwo mimiki. To drugie było jednym z czynników rozpraszających, kiedy głosy bohaterów oddawały emocje całkowicie nieobecne na ich twarzach czy w mowie ciała. Same projekty nawiązują oczywiście do ustalonego kanonu, chociaż Major wygląda tu jak słodki kociak (wiem, że zawsze miała skłonność do seksownego wyglądu, ale zwykle widać było jednak w niej pewną twardość i zdecydowanie). Gorzej, że uśliczniono także jej proporcje – w stosunku do swoich kolegów i przypadkowych statystek ma większą głowę i oczy, co nadaje jej bardziej niż zwykle lalkowaty wygląd. Byłam gotowa założyć, że jest to efekt zamierzony, ale podobne proporcje ma Purin, która, o ile mi wiadomo, nie jest całkowicie zcyborgizowana.

Wśród projektów wytworów technologii bronią się tylko tachikomy – jak zwykle przeurocze, a przy tym doskonale zanimowane i z bardziej przekonującą ekspresją niż pojawiający się w tej serii ludzie. Fakt, że zawdzięczają to po części metalicznej powłoce, która przynajmniej wygląda naturalnie, ale jeśli przetrwałam seans, to głównie dlatego, żeby popatrzeć na tachikomy. Pojawiające się tu i ówdzie komplementy pod adresem animacji opierają się na kilku efektownych scenach akcji. Aczkolwiek, o ile nie zarzucałabym im za wiele pod względem technicznego oddania ruchu, już sama choreografia pozostawia sporo do życzenia. Dość powiedzieć, że nie da się „odzobaczyć” sekwencji walki z antagonistą w piątym odcinku, do której jakiś pomysłowy fan podłożył wodewilową muzyczkę jak z Benny Hilla, zaś przeciwnicy z supertajnego laboratorium kojarzyli mi się żywo z kitowcami z Power Rangers. Nie zadbano także o detale – uwagę zwracają samochody sunące idealnie gładko po drodze, nawet jeśli mamy do czynienia z wojskową ciężarówką przemierzającą zrujnowaną autostradę na przeoranych wojną pustkowiach. Drażnił mnie także sposób poruszania się statystów, kojarzący mi się z zapętlonymi NPC­‑ami z gier komputerowych albo kołyszącymi się miarowo i czekającymi na złapanie stworkami z Pokemon Go.

Na temat Atsuko Tanaki już pisałam, gdyby jednak ktoś wymyślił zabawę polegającą na wychylaniu kieliszka za każdym razem, kiedy głos pojawiającej się na ekranie postaci nie pasuje do jej wyglądu, do końca tej serii zostałby alkoholikiem. (Po konsultacjach należy uściślić, że powyższe oszacowanie jest uzależnione od liczby procentów oraz tempa konsumowania kolejnych odcinków – nie zalecałabym ich maratonowania). Nie mówię tu o tym, o czym wspominałam wcześniej – że zubożona mimika nie nadąża za modulacją głosu aktorów. Chodzi o to, że co chwila widzimy kogoś, kto sprawia wrażenie, jakby podłożono mu głos osoby w kompletnie innym wieku i o zupełnie odmiennym charakterze. Prawdziwą męką były przez to ostatnie odcinki, w których pojawia się osobnik wyglądający na nastolatka, ale obdarzony głosem niewinnego dziecięcia przed mutacją (i naprawdę nie pomaga nawet to, że wciela się w niego Megumi Hayashibara). Po przejrzeniu informacji o serii stwierdziłam, że rzeczony osobnik ma nominalnie zaledwie 14 lat, więc przy odpowiednim projekcie postaci może nawet wypadłby wiarygodnie, ale pod tym względem kontrast jest po prostu rażący.

Muzyka łączy elektronikę z tradycyjnymi instrumentami i nazwałabym ją najmocniejszą stroną produkcji, pod warunkiem, że rozumiemy przez to, iż w porównaniu do innych aspektów nie jest kompletną porażką. Poszczególne kompozycje są ładne i zaryzykowałabym twierdzenie, że nadawałyby się do słuchania także w oderwaniu od obrazu. Tyle tylko, żeby nie było za pięknie, nawet tutaj trzeba wysunąć kilka zastrzeżeń. Kompletnie nie pasowała mi muzyka w scenach akcji (jak choćby w przywoływanym piątym odcinku) – niezgrana z obrazem, raczej przeszkadzająca niż wzmacniająca to, co dzieje się na ekranie. W niektórych momentach bombastyczny podkład muzyczny stanowił niezamierzony efekt komediowy. Poza tym, o ile jestem wielką zwolenniczką ograniczania roli muzyki tam, gdzie nie jest ona konieczna (nie ma nic gorszego niż bezustanne plumkanie w tle dla zasady), o tyle tutaj wiele scen jest całkowicie pozbawionych tła dźwiękowego, a nieobecność muzyki zwraca uwagę na nieobecność naturalnych dźwięków otoczenia, takich jak wiatr albo ruch uliczny. Nie, nie jest to efekt zamierzony, raczej kolejne niedociągnięcie. Nie podejmuję się oceniać piosenki w czołówce, czyli Fly With Me – nie bardzo mi się podobała i nie pasowała klimatem, ale umówmy się, niestety nie ma już szans na kolejny utwór w wykonaniu Origi, której piosenki cudownie otwierały obie serie Stand Alone Complex. Z kolei Sustain++ przy napisach końcowych zaczyna się jak typowa „pościelówa” i przechodzi w coś dziwnego, acz zaśpiewana (wyszeptana) jest dość fachowo.

Na podstawie niekompletnej historii nie umiem na sto procent określić, co ma tym razem stanowić jej przesłanie i komentarz społeczny. Możliwe, że ograniczy się on do „chciwi ludzie dążą dla zysków do wojny, która jest zła i rujnuje życie najuboższym”, co będzie zaiste odkryciem prawdy objawionej. Ogólnie mam nieodparte wrażenie, że nowy Ghost in the Shell stanowi próbę przystosowania klasycznej opowieści do gustów międzynarodowej widowni Netfliksa, gdzie przez „międzynarodową widownię” należy rozumieć Amerykanów. Skrajnie irytujące jest to, że akurat ten cykl nadawałby się do takiego zabiegu bardzo dobrze, a za serial odpowiadają dobrzy fachowcy, więc jak wyjaśnić dziurawy scenariusz, pełen niezamierzonego komizmu, oraz kulejące tempo akcji? W pierwszym odruchu wystawiłam SAC_2045 tróję w skali do dziesięciu – za papranie tytułu z piękną przeszłością. Po namyśle podniosłam ocenę do 4 punktów, ale przy założeniu, że dwa z tych punktów (czyli jedna gwiazdka) będą za tachikomy. Tachikomy są cudowne.

Avellana, 17 maja 2020

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Production I.G., Sola Digital Arts
Autor: Masamune Shirow
Projekt: Ilya Kuvshinov
Reżyser: Kenji Kamiyama, Shinji Aramaki
Scenariusz: Kenji Kamiyama
Muzyka: Irone Toda, Kazuma Jinnouchi