Anime
Oceny
Ocena recenzenta
7/10| postaci: 6/10 | grafika: 8/10 |
| fabuła: 7/10 | muzyka: 6/10 |
Ocena czytelników
Kadry
Top 10
Kore Kaite Shine
- Draw This, Then Die!
- これ描いて死ね
Słodkie dziewczynki uczą nas, że pracoholizm nie jest fajny.
Recenzja / Opis
Ai Yasumi to licealistka, która mieszka z rodziną na Ōshimie, największej z Wysp Izu (mniej więcej trzy godziny promem od Tokio). Jako dziecko stroniła od rówieśników i przez długi czas snuła się po rodzinnym miasteczku, mając za towarzysza jedynie swoją nieposkromioną wyobraźnię. Los chciał, że znalazła wypożyczalnię mang prowadzoną przez nieco ekscentryczną właścicielkę. Przez następne siedem lat Yasumi pochłaniała tytuł za tytułem, zaś jej ulubionym komiksem stała się jednotomowa manga Robota i Pokota – krótka opowieść o przyjaźni robota i różowego jenota. Pierwszy próbuje zrozumieć ludzi, a drugi pomaga mu osiągnąć ten cel. Pozycja ta jest tak bliska sercu Ai, że Pokota awansuje do rangi jej wymyślonego przyjaciela, udzielającego cennych rad, jak funkcjonować w społeczeństwie.
W liceum Yasumi ma coraz częstsze konfrontacje ze swoją wychowawczynią, która zdecydowanie odradza jej dalszą lekturę komiksów. Sytuacja eskaluje do tego stopnia, że kiedy Ai zostaje przyłapana na czytaniu Roboty i Pokoty w czasie zajęć, nauczycielka konfiskuje wypożyczoną mangę. Co prawda pani Teshima nie wzywa rodziców, ale zapowiada, że porozmawia sobie z właścicielką wypożyczalni i tego komiksu już więcej stamtąd nie weźmie. Zdesperowana dziewczyna przeszukuje internet, by kupić stary komiks w choćby znośnej cenie. Takowego egzemplarza nie znajduje, za to natrafia na niewiarygodnie dobre wieści – autorka jej ukochanej mangi, która po wydaniu pierwszego tomu zniknęła z branży, wkrótce pojawi się na Comitii (konwencie w Tokio stylizowanym na Comiket). Co więcej, będzie sprzedawać nowy tomik. Cóż, pozostaje jedynie namówić koleżankę z klasy na ściemę z nocowaniem u przyjaciółki i wyruszyć w podróż do stolicy.
Mimo młodego wieku Yasumi ma głowę na karku i jej misterny plan zdaje się działać. Problemy pojawiają się dopiero przy stoisku z jej ubóstwianą mangą, bowiem autorką jest… Rei Teshima. Po krótkiej konsternacji kierowana profesorskim obowiązkiem nauczycielka zamyka stoisko i zabiera uczennicę do domu ostatnim promem tego samego dnia. Po krótkiej konfrontacji wychowawczyni wreszcie mięknie, a nawet zgadza się, by Ai założyła szkolny klub mangowy. Jednak musi zaangażować w niego innych uczniów i stworzyć własny komiks.
Wyzwanie brzmi dość poważnie, ale na szczęście fabuła oferuje kilka dogodnych zbiegów okoliczności. W pierwszym odcinku Ai ratuje obraz Kokoro Fujimori, koleżanki z klasy, równie utalentowanej, co nieśmiałej. Pogodne i złaknione przyjaźni dziewczę z radością przyjmuje zaproszenie do klubu i staje się niezbędną drugą połówką pisarsko‑rysunkowego duetu. Do ekipy dołącza też Sachi Akafuku (przyjaciółka, która w czasie konwentu zapewniła „przykrywkę” dla Ai) i dostaje stanowisko recenzentki. Ostatnią członkinią ich kółka zostaje Hikaru Sekiryuu – świeżo po przeprowadzce z Tokio, ceniona autorka bardzo popularnego doujinshi (mangi wydawanej własnym nakładem). Pozostaje już tylko kwestia, by ten kwartet udowodnił nauczycielce, ile potrafi.
Słodkie dziewczynki robią słodkie rzeczy, działają w licealnym klubie i to na malowniczej prowincji. Brzmi znajomo? I takie też jest. Również list miłosny do świata mangi i japońskiej animacji nie stanowi zbyt oryginalnego motywu. Jednak pomimo pozornego braku oryginalności, oczekiwania wobec tej serii były całkiem spore, zaś oceny w internecie (8,03 na MAL‑u, stan na październik 2026) dowodzą, że chyba zostały spełnione. Co więcej, miło mi donieść, że życzliwe opinie są moim zdaniem jak najbardziej uzasadnione.
Jeżeli miałbym powiedzieć, co sprawia, że ten serial wyróżnia się na tle niezliczonej konkurencji, to wskazałbym na jego bardzo specyficzną strukturę. Kore Kaite Shine rozgrywa się niejako na dwóch płaszczyznach i ich współistnienie sprawia mi mnóstwo radości. Pierwszą z nich jest wspomniany hołd dla japońskiej kultury rysowanej i ten aspekt dominuje szczególnie w pierwszych odcinkach. Dzięki komiksom Ai wychodzi z dołka, uczy się szacunku do samej siebie i poznaje pierwsze koleżanki. Dowód na pozytywny wpływ mangi jest niemalże namacalny, bowiem Pokota robi tu za osobistego anioła stróża – ilekroć Yasumi rozważa co zrobić, przyjaciel pyta ją „A jak postąpiłaby w tym momencie protagonistka mangi”? Oczywiście wybrałaby szlachetne rozwiązanie i dziewczę stara się sprostać tym oczekiwaniom.
Ai zaraża swoim entuzjazmem Kokoro, która również dostaje szansę, by z pomocą nowego hobby wreszcie zdobyć przyjaciół. Na ich tle Sachi może sprawiać wrażenie cwaniaczki, która przyłączyła się do klubu, by spijać samą śmietankę, ale i jej nowa pasja (obowiązek?) pozwala wyjść z nieco nieświadomego marazmu.
W kontrze do młodych i niewinnych członkiń klubu sportretowano nauczycielkę i właścicielkę wypożyczalni komiksów (będzie ona miała większy wpływ na fabułę). Gdy dziewczęta mierzą się z pierwszymi rysunkami i projektami, równolegle poznajemy historię niegdyś dobrze się zapowiadającej autorki, która ostatecznie wybrała życie na głębokiej prowincji. Jej doświadczenia ze światem profesjonalnej mangi to nieustanna harówka, pilnowanie terminów i spełnianie niekończących się zachcianek redakcji. Zresztą dość enigmatyczny i niezbyt pasujący do tego gatunku tytuł (który należałoby przetłumaczyć na „Napisz to i giń!”, choć chyba bardziej by pasowało „Napisz to i zdychaj!”) odnosi się do dawnej kariery Teshimy. A ściślej mówiąc, do charakterystycznego dla jej temperamentu potoku wypowiadanych w głowie wyzwisk pod adresem wiecznie niezadowolonych wydawców. Mimo to nie da się ukryć, że choć to bolesna miłość, Teshima uwielbia (albo przynajmniej uwielbiała) tworzyć kolejne fabuły.
Pozostaje jeszcze druga płaszczyzna, mianowicie wspomniany w nagłówku pracoholizm. I to jest coś, co określiłbym „szokująco świeżym” pomysłem. O ile historia pierwszych odcinków zwiastuje typową opowieść o odkrywaniu tajników warsztatu mangaków, o tyle z każdym kolejnym epizodem kwestia poświęcenia się dla pasji i wymogów japońskiego społeczeństwa wybrzmiewa coraz głośniej. Zaczyna się stosunkowo niewinnie, gdy nauczycielka wygłasza nieco komediowy w swej pompatyczności monolog na temat potu, krwi i łez niezbędnych do stworzenia arcydzieła. Ta wielka mowa zderza się z ledwie uprzejmym zainteresowaniem uczennic. Później, gdy Teshima powtarza wykład, dziewczęta traktują przemowę jak wyśmienity żart. Z początku moja reakcja była podobna. Jednak im dłużej trwa seans, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że Kore Kaite Shine to ideologiczne starcie skupionej na perfekcjonizmie Japonii z pokoleniem Z, które nawet nie bierze pod uwagę opcji, by złożyć życie na ołtarzu społecznych obowiązków.
Co ciekawe, seria nie gani żadnej ze stron, lecz stara się jedynie ukazać pewne zmiany społeczne. Z tego powodu wybór głębokiej prowincji jako miejsca akcji sprawia wrażenie starannie przemyślanego. Dziewczęta nie buntują się przeciwko zastanemu porządkowi, ponieważ z perspektywy spokojnej egzystencji miasteczka, opowieści o trudnym mangowym biznesie brzmią niczym baśnie z tysiąca i jednej nocy. Z drugiej strony, uczennice nie traktują Teshimy lekceważąco. Przeciwnie – choć nie rozumieją, skąd bierze się jej zasadniczość, to akceptują fakt, że muszą udowodnić swoją wartość.
Z tego powodu Ai, Kokoro, a nawet udzielająca komentarzy Sachi dzielnie ślęczą nad kolejnymi rozdziałami ich autorskiej mangi. Jednak nie robią tego ze standardowych dla anime pobudek i scenariusz regularnie nam to przypomina. Natężenie tego typu scen jest tak duże, że trudno mi uwierzyć w ich przypadkowość (uwaga, żeby rozwinąć myśl, w tym i dwóch następnych akapitach pojawią się drobne spojlery). Na przykład, w połowie sezonu, w czasie pewnej imprezy dziewczęta próbują sprzedać swoją mangę. Ostatecznie udaje im się spieniężyć zaledwie kilka egzemplarzy. W konwencjonalnej serii oczekiwałbym atmosfery klęski i deklaracji, że następnym razem wszyscy będą starać się jeszcze mocniej (sławne japońskie ganbarimasu!). Tymczasem dziewczyny szaleją z radości, że ktoś w ogóle zainteresował się ich dziełem. Równie „skandalicznym” wydarzeniem z końca serialu jest reakcja Hikaru, gdy dostaje wizytówki z zaproszeniem do współpracy od wydawnictw. Młoda autorka zamiast radować się z możliwości bycia trybikiem w wielkiej społecznej machinie, odrzuca ofertę, preferując los wolnego strzelca.
W podobnym tonie utrzymane są moje dwie ulubione sceny. Pierwsza to konfrontacja Kokoro z matką, surową właścicielką zajazdu. Początkowo może ona sprawiać wrażenie modelowego czarnego charakteru, tym bardziej że zdecydowanie nie pochwala mangowych zapędów córki. Jednak w uroczej, a nawet wzruszającej scenie, Kokoro przekonuje mamę, że rysowanie komiksów pozwala jej zdobyć przyjaciół i lepiej zrozumieć samą siebie. Uwielbiam w tym epizodzie, że scenariusz nie próbuje dodać uzasadnienia, że relacje społeczne i mnogość stylów pomogą jej w realizowaniu swojej pasji (choć byłyby to prawdziwe argumenty). Przeciwnie, nikt nie zaprzecza zarzutom pani Fujimori, że z powodu mangi córka może rozmienić talent malarski na drobne. Jednak rodzicielka akceptuje wybór Kokoro, kierując się miłością do dziecka, a nie tym, co zagwarantuje jej „ukończenie dobrej szkoły i solidną pracę w renomowanej firmie”. Ponownie, serial nie krytykuje wysiłku i determinacji, on tylko wskazuje, że może czas rozważyć inne opcje poza typowym japońskim poświęceniem wszystkiego w imię dziwnie rozumianego perfekcjonizmu.
Druga scena (poprzedzona fantastycznie zrobionymi rysunkami) opowiada o specyficznej przyjaźni Hikaru i Sachi. Ta pierwsza stanowi według mnie pomost pomiędzy światem licealistek a dorosłą społecznością mangaków – tworzy popularny komiks, ale nie weszła jeszcze (a może nigdy nie wejdzie?) w korporacyjne tryby. Musi jednak skonfrontować swoją działalność z pewną osobą (jej tożsamość byłaby już zbyt dużym spojlerem), która bardzo stanowczo pcha ją w kierunku brutalnej doskonałości. W finale odcinka owa osoba i Sachi spotykają się z Hikaru i są niczym aniołek i diabełek nad ramionami bohaterki, gdy ta próbuje podjąć decyzję. Z jednej strony początkująca autorka doujinshi jest przywoływana do porządku, by zrezygnować z relacji międzyludzkich i poświęcić się pracy, bowiem „90% sztuki to chłam, a tylko 10% się liczy”. Z kolei prostoduszna Sachi, której rola w serialu była dla mnie do tego miejsca nie do końca zrozumiała, prezentuje intrygujące kontrargumenty, które sprowadziłbym do złotej myśli Sørena Kierkegaarda By żyć zwyczajnie, trzeba mieć wiele odwagi. Co najlepsze, robi to absolutnie bez zadęcia i atakowania kogokolwiek.
Tej uroczej i miejscami bardzo mądrej serii towarzyszy równie dobra oprawa techniczna. Grafika jest spójna i estetyczna, zaskakująco liczne lokacje przekonują, kolorystyka i animacja prezentuje się więcej niż satysfakcjonująco. Muszę też koniecznie wspomnieć o licznych kreatywnych wstawkach ukazujących rozmaite mangi (nie dotyczy to jedynie dzieł tworzonych w klubie). Muzycznie jest przyzwoicie, na czele z ładnymi piosenkami. Troszeczkę gorzej ma się sprawa z seiyuu. W Yasumi wciela się Akira Sekine (Sitara z Wiedźmy z Jurty, Elfaria z Tsue to Tsurugi no Wistoria) – jest to dobra, choć może niewybitna interpretacja. W roli nauczycielki występuje popularna Saori Hayami (Yor Forger w Spy x Family, Fuji w Ame to Kimi to). Pod wieloma względami aktorka radzi sobie wspaniale, szczególnie w poważnych, trudnych scenach obyczajowych. Tym, co mnie nie do końca przekonuje, jest nieco zbyt przesadzona komediowa zgrywa, kiedy nauczycielka stara się demonstrować autorytet godny japońskiego mistrza. Mimo to, zdecydowanie dobrze się sprawdza. Pozostałe aktorki również przypadły mi do gustu, z jednym wyjątkiem – Kanon Fujimura, dla której Sachi była pierwszą dużą rolą. Przez większość sezonu mi nie przeszkadzała, natomiast zdarzały się wpadki, zwłaszcza w piątym odcinku. Być może pewne fragmenty nagrywano w pośpiechu lub zrezygnowano z ewentualnych powtórek, przez co efekt końcowy jest tak bardzo nieprzekonujący. Pozostaje mieć nadzieję, że złe dobrego początki i następne role będą już bardziej dopracowane.
Skoro już jesteśmy przy niedociągnięciach, to jakie ten serial ma wady? Nieliczne, ale kilka muszę wymienić. Po pierwsze, Kore Kaite Shine ma niezbyt skomplikowaną fabułę i czuję, jakby trochę za mało opowieści wypełniło te dwanaście odcinków. To znaczy, ten gatunek nie obfituje w wydarzenia, ale z drugiej strony od początku ewidentnie dostajemy koncept na więcej niż pretekstową historię. Koniec końców, pomimo ledwie dwunastu odcinków, odnoszę wrażenie, że dziesięć spokojnie by wystarczyło. Co gorsza, w ostatnim akcie serial grzecznie zamyka wątek za wątkiem, by ostatecznie wprowadzić słowo „koniec” okraszone znakiem zapytania. Nawet więcej, praktycznie od razu ogłoszono prace nad drugą odsłoną. Szczerze? Uważam, że tak jak dziewczęta nie przesadzają z obowiązkami, tak producenci powinni wziąć sobie morał do serca i poprzestać na jednym udanym sezonie. No, chyba że kontynuacja będzie opowiadać o tym samym, ale z innymi bohaterami lub będzie się rozgrywać w dalekiej przyszłości.
Po drugie, cała historia dotyczy raptem kilku osób i by zamknąć poszczególne wątki, wprowadzono według mnie zdecydowanie za dużo zbiegów okoliczności. Jasne, Ai musiała rozpoznać nauczycielkę na konwencie, bo bez tego nie dostalibyśmy jakiejkolwiek fabuły. Jednak im dalej w las, tym więcej drzew i w serialu da się odczuć tak nielubianą przeze mnie zależność, że „niby Japonia taka wielka, ale koniec końców wszyscy spotykamy się na jednej ulicy”.
Za wadę powinienem też policzyć odcinek ósmy, który zaczyna zdradzać problemy niedostatecznej ilości materiału fabularnego. Mianowicie, cały epizod służy prawie wyłącznie promocji wyspy, na której mieszkają bohaterki. Jednak nie potrafię potrącić za to punktów – po seansie zacząłem grzebać w internecie i stwierdziłem, że jeśli będę znów na dłużej w Tokio, to koniecznie zrobię sobie wycieczkę w tamte rejony. Krótko mówiąc, to wspaniała, choć artystycznie niepotrzebna promocja regionu.
Cóż, w stosunku do słodkodziewczynkowych serii nie mam zbyt wielkich oczekiwań, a dostałem anime, któremu bardzo niewiele zabrakło do ósemki (w sumie, gdyby nie ostatni akt, to nawet byłbym skłonny ją wystawić). Zdecydowanie polecam miłośnikom CGDCT, wszelkiego rodzaju iyashikeiów, a nawet serii obyczajowych. To bez wątpienia jedna z moich milszych niespodzianek tego sezonu, a nawet roku.
Twórcy
| Rodzaj | Nazwiska |
|---|---|
| Studio: | Shin-Ei Animation |
| Autor: | Minoru Toyoda |
| Projekt: | Kenji Segawa |
| Reżyser: | Hiroaki Akagi |
| Scenariusz: | Hiroko Fukuda |
| Muzyka: | Hiroaki Tsutsumi |

