Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Otaku.pl

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

6/10
postaci: 7/10 grafika: 7/10
fabuła: 4/10 muzyka: 6/10

Ocena redakcji

7/10
Głosów: 3 Zobacz jak ocenili
Średnia: 7,33

Ocena czytelników

8/10
Głosów: 35
Średnia: 7,77
σ=1,48

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Karo)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Seishun Buta Yarou wa Yumemiru Shoujo no Yume o Minai

Rodzaj produkcji: film (Japonia)
Rok wydania: 2019
Czas trwania: 90 min
Tytuły alternatywne:
  • Rascal Does Not Dream of Dreaming Girl
  • 青春ブタ野郎はゆめみる少女の夢を見ない
Widownia: Shounen; Postaci: Uczniowie/studenci; Pierwowzór: Powieść/opowiadanie; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność; Inne: Harem
zrzutka

Kontynuacja i swego rodzaju klamra serii telewizyjnej, utrzymana w nieco mroczniejszym tonie.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: MrParumiV18

Recenzja / Opis

Emitowanej dwa lata temu serii Seishun Buta Yarou wa Bunny Girl Senpai no Yume o Minai trudno odmówić komercyjnego sukcesu. Ekranizacja light novel autorstwa Hajime Kamoshidy nie była wprawdzie dziełem na tyle przełomowym, aby zapisać się w historii anime jako klasyka, ale dzięki przystępności, atrakcyjnej konwencji oraz sprawnej realizacji zyskała sporo wiernych fanów i nie utonęła w zalewie kolejnych sezonowych nowości. Warto więc docenić, że przy tworzeniu pełnometrażowej kontynuacji autorzy nie ograniczyli się do sprawdzonych rozwiązań, tylko zaprezentowali historię utrzymaną w nieco odmiennym tonie. Choć filmowe AoButa pozostaje wierne formule szkolnych okruchów życia z wątkami nadnaturalnymi, porusza znacznie poważniejsze zagadnienia o emocjonalnym ładunku, jakiego próżno szukać w serialu. Tak odważna zmiana klimatu sama w sobie zasługuje na uznanie, wiąże się jednak z redukcją elementów przez wielu widzów kojarzonych z tytułem. Zmniejszono liczbę rozładowujących atmosferę gagów, które tutaj występują niemal wyłącznie w pierwszych minutach. Ograniczono dynamiczne, pełne gier słownych dialogi i towarzyszące im zabiegi reżyserskie, przez co opowieść straciła część swojej charakterystycznej energii. Zrezygnowano też – co boli mnie najbardziej – z narracyjnej samoświadomości i subtelnych odniesień do innych przedstawicieli gatunku.

Nie znaczy to, że tytuł stracił swój postmodernistyczny koloryt. Zamiast jednak tworzyć amalgamat mniej lub bardziej świadomych mrugnięć do fanów Monogatari czy Melancholii Haruhi Suzumiyi, autorzy biorą jeden typowy dla gatunku wątek i w jego ramach opowiadają historię na swoich zasadach. Najwyraźniejsze są inspiracje dziełami Juna Maedy, a konkretnie uwielbianym przez scenarzystę motywem śmiertelnie chorej dziewczynki i magii powiązanej z jej dolegliwością. Film skupia się na wprowadzonych w serii dwóch wcieleniach Shouko Makinohary, z których to młodsze okazuje się być tym prawdziwym – Syndrom Dojrzewania spowodowany wadą serca gimnazjalistki tworzy jej starszą wersję, mającą cieszyć się pełnią młodości, jakiej oryginał może nie dożyć. Czytelników wrażliwych na spoilery uspokajam: natura dolegliwości Shouko, wcześniej będąca tajemnicą, tutaj zostaje wyłożona we wstępnej ekspozycji, a zaskakiwanie nią widza ewidentnie nie było intencją twórców, kryjących w zanadrzu co najmniej dwa inne przewroty fabularne. Uspokajam też osoby reagujące alergicznie na takie tytuły jak, Kanon czy Clannad. Mimo powagi wątku przewodniego, AoButa nie staje się czystej krwi wyciskaczem łez i nie zamienia swoich wyidealizowanych waifu w lukrowane moebloby. Po części wynika to z powściągliwej reżyserii oraz przystępnej konwencji, która nawet pozbawiona większości elementów komediowych nie popada w patos, a po części ze scenariuszowej podbudowy ustanowionej w serialu.

W telewizyjnym AoButa przeszkadzało mi, że historie poszczególnych bohaterek były zbyt autonomiczne i miały znikomy wpływ na ogólny rozwój opowieści. Film pokazuje natomiast, że taka kompozycja była uzasadniona, a Kamoshida od początku miał zarys głównego wątku i regularnie podsuwał poszlaki, które teraz nabierają znaczenia. Rozdział o Shouko stanowi narracyjną klamrę dotychczasowych wydarzeń, dzięki czemu z miejsca jest bardziej emocjonujący, natomiast cały cykl nie pozostaje skazany na tkwienie w limbo tytułów pozbawionych konkluzji – jeśli ekranizacja dalszych tomów kiedyś powstanie, będzie jedynie mile widzianym dodatkiem. Ponadto przy takich założeniach kontynuacja unika operowania absurdalnymi, znanymi tylko najwierniejszym fanom detalami i opowiedziana jest w sposób tak swobodny, że z pewnością byłaby dla mnie w pełni zrozumiała, nawet gdybym nie oglądał serii więcej niż raz.

Film jest też bardziej powściągliwy w operowaniu fanserwisem. Twórcy nie próbowali uszczęśliwiać miłośników każdej z bohaterek i rolę większości z nich ograniczyli do niezbędnych epizodów, opierając dramaturgię na relacjach – bynajmniej nie romantycznych – między Sakutą, Mai a Shouko. Ta ostatnia prezentuje się jako najciekawsza i najsympatyczniejsza postać w całym cyklu. Jej młodsza wersja stanowi wiarygodne połączenie dziecięcej bezradności i wykraczającej ponad wiek dojrzałości wynikającej z trudnych doświadczeń, z kolei wersja starsza to intrygująca, lekko oderwana od rzeczywistości ekstrawertyczka o promiennym uśmiechu, wyraźnie kryjącym jakąś tajemnicę. Świetnie wypada też Mai, którą scenarzyści w końcu przestają wysyłać na plan filmowy, gdy staje się niewygodna dla fabuły. Kontrast jej wrażliwości i powierzchownej oziębłości sprawdza się w emocjonalnych scenach, natomiast zarysowana w serialu, a tutaj rozwinięta impulsywność nie tylko nadaje bohaterce dynamiki, ale też pokazuje, że skrajne poświęcanie się dla innych nie jest zachowaniem zarezerwowanym dla męskiego protagonisty i w pewnych okolicznościach bywa bardzo szkodliwe. Z całej trójki najsłabiej wypada Sakuta, niewychodzący poza schemat cynicznego altruisty­‑autsajdera, choć i tu trzeba docenić, że jego kreacja jest konsekwentna i nie ulega groteskowym transformacjom, o co nie byłoby trudno w obliczu niektórych wydarzeń.

Wszystko to składa się na solidne podstawy, na których z pomocą kilku zwrotów akcji udaje się wykreować przekonujący konflikt tragiczny. Do pewnego momentu śledziłem więc fabułę z autentycznym zaangażowaniem i pewnością, że tym razem nie wszystko ułoży się po myśli bohaterów, a ich decyzje poskutkują poważnymi konsekwencjami. Ku mojemu zaskoczeniu, film wybrnął z tego w sposób zupełnie bezproblemowy. Ku mojemu rozczarowaniu, nie zrobił tego dzięki przewrotnej narracji, tylko dzięki magii.

W narratologii istnieje twierdzenie o niemożności stworzenia fabuły, która w jakiś sposób nie opowiadałaby o ludziach. Nie jestem pewien, czy teoria ta faktycznie jest niepodważalna, wiem natomiast, że jest bardzo użyteczna, zwłaszcza w fantastyce, i żaden znany mi współczesny autor (może poza kilkoma surrealistami) nie próbuje z nią polemizować. Można kreować najspójniejsze fikcyjne uniwersa, zapełniać je najwymyślniejszymi technologiami i najoryginalniejszymi systemami magicznymi, ale wszystko to pozostanie bez znaczenia, dopóki nie posłuży przekazaniu treści dających się odnieść do prawdziwego życia, których odbiorca będzie szukał odruchowo, choćby wbrew woli autora. Odruchom tym – świadomie lub nie, jednak zawsze z korzyścią dla utworu – podporządkowuje się większość scenarzystów, reżyserów i pisarzy. Podporządkowują się im twórcy mang i anime, podporządkowywał się im również Hajime Kamoshida, komponując wcześniejsze rozdziały swojej powieści w taki sposób, aby to życiowe rozterki i decyzje bohaterek były najważniejsze, a ich moce, będące tylko gatunkowym urozmaiceniem, działały jako proste konstrukcje logiczne, dające się opisać jednym zdaniem.

Moce Shouko działają natomiast jak Stand z późniejszych odsłon JoJo’s Bizarre Adventure. Początkowo faktycznie mają formę czytelnej reprezentacji problemów emocjonalnych: kiedy prawdziwa dziewczyna przechodzi trudną hospitalizację i boi się śmierci, jej magiczna wersja przeżywa wymarzoną młodość. W miarę rozwoju wydarzeń wprowadzane są jednak nowe zasady. Szybko okazuje się, że starsza Shouko nie jest żadną duchową emanacją, tylko bytem powstałym wskutek zaburzeń czasoprzestrzennych. Później zyskuje zdolność przenoszenia się w czasie, a następnie przenoszenia w czasie innych bohaterów. Umożliwia pozawerbalną komunikację o nieograniczonym zasięgu, wywołuje i wykorzystuje fizyczne paradoksy, tworzy alternatywne wszechświaty, między którymi może swobodnie podróżować, manipuluje wspomnieniami i ogólnie robi wszystko, czego akurat wymaga fabuła, a jakby tego było mało, twórcy z typową dla serii topornością przekonują słowami Rio Futaby, że cała ta koncepcja ma sens, ponieważ teoria względności.

Nie będę pisał o autentyczności wprowadzanych tu pojęć z zakresu fizyki, ponieważ moja znajomość tematu nie wykracza poza garść artykułów popularnonaukowych przeczytanych na potrzeby recenzji. Nie zamierzam też podważać wiarygodności tych zagadnień wykorzystanych w ramach fikcji literackiej – rozpatrywane całościowo składają się one bowiem na oryginalny i względnie spójny system, dający spore pole do interpretacji. Moje wątpliwości budzi jednak sposób, w jaki są one używane do prowadzenia fabuły. Seria telewizyjna miała przejrzystą metodę prezentacji poruszanych zagadnień: najpierw przedstawiała magiczną anomalię o czytelnych zasadach, ale niejasnych źródłach, następnie źródła te ujawniała poprzez opis emocjonalnych dylematów danej bohaterki, aby w końcu ukazać wypracowane realistycznymi metodami rozwiązanie problemu, polegające na uzewnętrznieniu tłumionego pragnienia czy kompleksu i zażegnaniu jego nadnaturalnych efektów. Film powiela ten schemat, jednak tylko do momentu, gdy narastający konflikt staje się niemożliwy do rozwiązania niemagicznymi środkami. Wówczas wprowadzone zostają nowe warunki działania zjawisk nadprzyrodzonych, otwierające przed bohaterami niedostępne wcześniej możliwości i zupełnie zmieniające sytuację fabularną. Gdy następuje to po raz pierwszy, broni się jako zwrot akcji i próba odejścia od zużytego szablonu, ale już za trzecim razem sprawia, że intryga przestaje być angażująca, ponieważ rozwija się w oparciu o niekonsekwentne reguły, a cały seans przypomina lekturę kiepsko napisanego kryminału, gdzie autor w samej konkluzji ujawnia nowe fakty, nie dając odbiorcy możliwości spekulowania nad rozwiązaniem zagadki.

Głównym problemem takiej kompozycji nie jest jednak nieuczciwość wobec widza, ale wyraźne spłycenie opisywanego wcześniej ludzkiego wymiaru opowieści. AoButa zawsze było przede wszystkim nastoletnią serią obyczajową. To uproszczone na potrzeby konwencji, ale dające się odnieść do prawdziwego życia dylematy dojrzewania były tu na pierwszym planie, natomiast zjawiska nadprzyrodzone działały wyłącznie jako ich atrakcyjna wizualizacja. Gdy natomiast prześledzi się wątek Shouko, można zauważyć, że element fantastyczny nie służy nakreśleniu problemu, tylko jest wygodnym środkiem do jego rozwiązania. Najlepiej widać to pod koniec filmu, kiedy przyparci do muru bohaterowie niemal dosłownie deklarują załatwienie sprawy magią, po czym, bez ukazania tego procesu, następuje przeskok do epilogu. Mało tego – jak wspomniałem, kontynuacja stanowi klamrę serialu, więc w pewnym momencie sugeruje wpływ wykorzystywanego tu Syndromu Dojrzewania również na wcześniejsze wydarzenia, niejako drwiąc z odbiorcy, który niepotrzebnie się w nie angażował. Na plus trzeba policzyć autorom, że przy takich założeniach nie zapomnieli o treści. Film okazuje się mieć przesłanie, które samo w sobie jest piękne i społecznie potrzebne, jednak z powodu braku subtelności w jego zaprezentowaniu równie dobrze mogłoby zostać zastąpione odnośnikiem do strony jakiejś kampanii uświadamiającej.

Twórcy chyba zauważyli, że trudno im będzie w pełni zaangażować widza w historię o takiej strukturze, postanowili więc podtrzymać jego zainteresowanie dość tanimi metodami. Opisywany sposób prowadzenia fabuły w pewnym momencie okazuje się bardzo wygodny, ponieważ uwalnia autorów od konieczności wyciągania konsekwencji z nawet najbardziej przewrotnych zdarzeń. W takiej sytuacji mogą oni bezkarnie robić wszystko, co mieści się w ramach gatunku, czyli np. znęcać się nad postaciami. W środkowym, najintensywniejszym akcie filmu bohaterów spotykają rzeczy absolutnie najgorsze – okropne, wstrząsające, somatyczne i emocjonalne tortury, które może i szokują w ramach pojedynczych scen, ale przy zastosowanej narracji za nic nie przekładają się na emocjonalny wydźwięk całej opowieści, a w skrajnych przypadkach mogą wręcz niezamierzenie rozbawić. Nie chodzi o to, że podobne zabiegi same w sobie mnie odrzucają. Na półce z ulubionymi czytadłami trzymam HakoMari i taka wulgarna odmiana paranormalnej obyczajówki – gdzie główną atrakcją jest fizyczne i psychiczne masakrowanie postaci – jest nawet bliższa mojemu sercu. Takie utwory wymagają jednak zupełnie innego podejścia oraz zachowania odpowiedniej spójności tematyki, estetyki i konwencji, a jak bym nie krytykował fabuły AoButa, zawsze uważałem, że ten tytuł ma większe ambicje, niż zabawianie widza bezcelowymi obrazami cierpienia.

Im częściej wracam do tego cyklu, porównuję go z ekranizacjami innych dzieł Kamoshidy, a także z dostępnymi mi tłumaczeniami książkowych oryginałów, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że jest to twórczość warsztatowo przeciętnego autora, który techniczne braki nadrabia doskonałym wyczuciem upodobań odbiorców oraz znajomością reguł wykorzystywanych gatunków. Metoda ta działa, dopóki służy radosnemu eskapizmowi – komedii, fabularnemu fanserwisowi czy kreatywnej eksploatacji znanych i lubianych motywów. Problemy zaczynają się, gdy autor próbuje czerpać z niszowych konwencji, opowiada historię na własnych zasadach albo, co gorsza, wzbogaca ją o jakieś przesłanie, bo choć w żadnym wypadku nie posądziłbym go o złe intencje, to jednak czuć, że w pewnych kwestiach brak mu biegłości, przez co niektóre jego wątki wypadają topornie i żenująco. Mimo to muszę przyznać, że zestawiając AoButa z jego wcześniejszymi utworami, i pod tym względem widzę poprawę. Przynajmniej nie pisze już erotycznych gagów z bohaterkami cierpiącymi na sawantyzm.

Ujmując jednak sprawę bez snobizmu i złośliwości – choć techniczne wady AoButa mógłbym wymieniać jeszcze przez kilka recenzji, nie zmienia to faktu, że tytuł ten wciąż rajcuje mnie jak mało który, więc moja krytyka może wynikać ze zbytniej wnikliwości, niewspółmiernej do jego założeń. To naprawdę imponujące, że utwór będący w zasadzie zlepkiem wielokrotnie przerabianych motywów, ogrywający je bez żadnych innowacji i nawet nie jakoś szczególnie dobrze, przez samo ich nagromadzenie zyskał tak wiele charakteru, że dziś jest przypuszczalnie najbardziej rozpoznawalnym anime w swojej klasie. Film pod pewnymi względami odchodzi od formuły serii, przez co wyraźniej czuć w nim mankamenty scenariusza, ale udaje mu się zachować jej główne zalety: ani przez chwilę nie nudzi, jest równie atrakcyjny dla starych wyjadaczy, co dla mniej wyrobionych widzów, a łatwość i przyjemność jego interpretowania zachęcają, aby do niego wracać i o nim dyskutować. Ponadto udowadnia, że tytuł nie był tylko sezonowym przebojem i wciąż wart jest uwagi, a także domyka najważniejsze wątki, uwalniając fanów od konieczności wyczekiwania niepewnej kontynuacji. Pozostaje mi więc tylko powtórzyć frazes popełniony w recenzji serialu i polecić zerknąć na AoButa każdemu – chyba nawet bardziej osobom oglądającym szkolne obyczajówki nieregularnie, ponieważ to najwygodniejszy sposób na poznanie cieszących się obecnie największym powodzeniem gatunkowych trendów i wyrobienie sobie zdania na ich temat. Miłośnikom gatunku natomiast tytułu polecać nie trzeba.

Karo, 27 września 2020

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Clover Works
Autor: Hajime Kamoshida
Projekt: Keiji Mizoguchi, Satomi Tamura
Reżyser: Souichi Masui
Scenariusz: Masahiro Yokotani
Muzyka: Fox Capture Plan