Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Zapraszamy na Discord!

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

6/10
postaci: 7/10 grafika: 6/10
fabuła: 6/10 muzyka: 7/10

Ocena redakcji

6/10
Głosów: 2 Zobacz jak ocenili
Średnia: 6,00

Ocena czytelników

6/10
Głosów: 36
Średnia: 6,03
σ=1,62

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Piotrek)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Infinite Dendrogram

Rodzaj produkcji: seria TV (Japonia)
Rok wydania: 2020
Czas trwania: 13×24 min
Tytuły alternatywne:
  • インフィニット・デンドログラム
Gatunki: Przygodowe
zrzutka

Nowy świat, nowe możliwości, stare schematy.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Tytułowy Infinite Dendrogram to gra VMMORPG, która w połowie XXI wieku święci triumfy popularności. Jej nazwa nawiązuje do nieskończonych możliwości, jakie otwierają się przed graczem w nowym świecie. Co więcej, każdy na początek otrzymuje tak zwane Embryo – indywidualny przedmiot (zazwyczaj broń), którego możliwości i siłę będzie stopniowo rozwijać. Absolwent liceum, Reiji, także postanawia spróbować szczęścia, tym bardziej że jego starszy brat jest w absolutnej czołówce graczy. Bohater przybiera imię Ray Starling, zaś jego Embryo okazuje się niezwykle rzadkim typem „Maiden­‑Arms”, czyli – dobrze się domyślacie – bronią mającą na co dzień postać powabnej dziewczyny. Świeżo upieczony poszukiwacz przygód (klasa: paladyn) nie będzie miał czasu się nudzić, przede wszystkim dlatego, że królestwo Altar, które uczynił swoją bazą, znajduje się w trudnej sytuacji. Przegrana wojna osłabiła je i sprawiła, że odeszło z niego wielu graczy, zaś potężni sąsiedzi łakomym okiem spoglądają na jego ziemie i szukają tylko okazji, by zadać ostateczny cios. Oczywiście to tylko fabuła gry, problemy dotykające NPC­‑ów… Ale w świecie tak idealnie symulującym wrażenia zmysłowe naprawdę trudno nie dostrzegać w komputerowych tworach autonomicznych ludzi mających prawo do życia.

W przypadku adaptacji light novel scenarzyści mają zazwyczaj dwie drogi. Mogą albo zekranizować po prostu kawałek materiału źródłowego, starając się dobierać go w miarę tak, żeby zamknąć sensownie serię, albo też pociąć oryginał mocniej, żeby zmieścić więcej istotnych fabularnie wydarzeń. Infinite Dendrogram sprawia wrażenie tego drugiego przypadku, acz nie chce mi się sięgać po oryginał, żeby sprawdzać, czy to świadoma decyzja podjęta przy adaptacji, czy też po prostu styl autora. Fabuła jest mocno naiwna (o tym później), ale trzeba przyznać, że na tle podobnych serii pozostaje dość spójna – Infinite Dendrogram ogląda się całkiem gładko, prawie jak prawdziwą przygodówkę. „Prawie”, ponieważ jak dla mnie brakuje tutaj jednej ważnej rzeczy, a mianowicie większej ilości mięska obrastającego fabularny szkielet. Możliwe, że obecnie, w epoce „wersji skróconych” i fanów domagających się tylko tego, co istotne, to niemodny pogląd, ale bawiłabym się znacznie lepiej, gdyby odcinków było dwa razy więcej, a istotne kulminacje zostały przedzielone mniej ważnymi epizodami z życia bohatera i jego znajomych. Fabuła przeskakuje sprawnie od jednego istotnego momentu do następnego, co paradoksalnie odbiera im sporo siły. Ostatecznie skoro co i raz oglądamy śmiertelne zagrożenia, zaczynamy się do nich przyzwyczajać, a zwiększanie skali niestety w tym przypadku nie pomaga.

Nie pomaga także to, że historia okazuje się nie aż tak głupia, jak wynika z jej założeń wstępnych, ale jednak raczej głupia. Można oczywiście zacząć od pastwienia się nad założeniami gry – na czele z narzucaną graczowi bronią oraz handikapem powodującym, że śmierć gracza zmusza go do wylogowania się na kilka godzin. Bardzo szybko jednak scenariusz podsuwa na łopacie sugestie, że świat Infinite Dendrogram przynajmniej do pewnego stopnia stanowi twór niezależny, co może tłumaczyć dziwaczne zasady (acz nie tłumaczy popularności rozrywki opartej na takich zasadach). Nie każdemu jednak będzie odpowiadać takie mieszanie mechaniki RPG z konwencją zwykłej serii przygodowej – zdarzają się momenty, kiedy jedno drugiemu zaczyna wyraźnie przeszkadzać. Największą wadą wrodzoną scenariusza jest jednak coś innego. Otóż opiera się on mocno na historiach poszczególnych postaci (przede wszystkim graczy) – ich przeszłość motywuje obecne wybory i wpływa na podejmowane przez nich działania oraz inicjatywy. Skoro jednak mamy do czynienia z fantastycznym, pełnym magii światem będącym miejscem akcji, „rzeczywistość” powinna z nim w jakiś sposób kontrastować. Tymczasem powiedzieć o historiach bohaterów, że są przekombinowane, to nic nie powiedzieć. Absolutnie każda ważniejsza postać okazuje się ciągnąć za sobą bagaż zupełnie nieprawdopodobnych przeżyć i okoliczności życiowych. Znowu – zastosowane raz (np. w przypadku antagonisty) nie robiłoby wrażenia, ale kolejna bombastyczna retrospekcja kolejnego bohatera zaczyna budzić niezamierzoną wesołość. Że już nie wspomnę o samym umiejscowieniu tych retrospekcji, będących przydługimi epizodami wciskanymi pomiędzy wspomniane wyżej dramatyczne kulminacje (a często pojawiającymi się w ich trakcie).

Szkoda o tyle, że akurat postacie w tej serii są całkiem udane. Ray to dość przyzwoity bohater – nie olśniewa osobowością, ale ma jej na tyle, żeby nie być kompletnym popychadłem; nie jest też wrzaskliwy ani nadmiernie porywczy. Trudno mu z całego serca kibicować czy przejmować się jego problemami, ale sprawdza się w swojej roli. Drażnił mnie tylko jeden detal – autor oryginału postanowił przydzielić Rayowi charakterystyczną frazę, którą powtarza przy wielu okazjach. O ile raz czy dwa nie zwracałoby uwagi, o tyle nadużywane sprawia wrażenie wyreżyserowanej odzywki, niepasującej do chłopaka, którego głównymi cechami mają być naturalność i bezpretensjonalność. Przyjemne jest także to, że Ray nie tworzy wokół siebie haremu (choć proporcja pań w obsadzie mocno wskazuje na hołdowanie przez autora obecnej modzie w tym zakresie), zaś jego Embryo, czyli Nemesis, to dziewczyna rzeczowa i kompetentna, która faktycznie go wspiera, a nie tylko zagrzewa do walki i czyni cuda w razie potrzeby. Udanymi postaciami są także nowy znajomy Raya, Rook Holmes, oraz jego Embryo, Babylon – acz byli zdecydowanie lepsi, dopóki autor nie ujawnił historii Rooka, cierpiącej na przekombinowanie do kwadratu. Dobrze wypadają starsi, bardziej doświadczeni gracze, tacy jak brat Raya, czyli Shuu Starling, czy też Figaro. Słabiej natomiast prezentują się miejscowi – skoro chodziło o udowodnienie, iż NPC też człowiek, można byłoby oczekiwać czegoś więcej niż standardowych słodkich panienek oraz tłumu nijakich statystów. Najsłabiej wypada zaś antagonista. Dopóki nie wiemy o nim niczego, jest jeszcze znośny, ale z każdym ujawnionym faktem nasila się efekt komiczny chyba jednak odwrotny do zamierzonego. Nie wspomniałam tutaj o wszystkich postaciach, ponieważ w niektórych przypadkach samo wymienienie ich z imienia nie ma sensu, zaś omówienie wymagałoby zdradzenia zbyt istotnych informacji. Wystarczy więc powiedzieć, że są i dają się lubić, tym bardziej że autor wyposażył je w jakieś prywatne cele i dążenia.

W projektach postaci najbardziej rzuca się w oczy ta charakterystyczna przeciętność wynikająca z prób uczynienia ich jak najbardziej niepowtarzalnymi. W rezultacie, o ile ich kreacje świetnie nadają się na figurki i cosplaye, o tyle ogólny styl wizualny jest dokładnie taki sam jak w setkach innych tytułów, zaś najistotniejszym elementem oryginalnym wydają się cieniowane włosy Nemesis. Proszę wybaczyć te złośliwości – seria jest kolorowa i przyjemna dla oka, ale jestem więcej niż pewna, że po paru miesiącach dowolną postać z niej zakwalifikuję jako „gdzieś to widziałam, ale gdzie?”. Poza tym jest raczej przeciętnie – nawet spektakularne sceny są animowane dość oszczędnie i mocno polegają na efektach w rodzaju dramatycznych zbliżeń, zatrzymanych kadrów czy znikania postaci symbolizującego ruch zbyt szybki dla ludzkiego oka. Odniosłam też wrażenie, że walki są stosunkowo sztywne, za dużo w nich statycznie pokazywanych ciosów, a za mało faktycznej choreografii, która nie tylko byłaby atrakcyjniejsza wizualnie, ale i podniosła napięcie potyczki. Do tego doliczmy jeszcze puste i sterylne tła oraz liczne zaklęcia typu rozbłyski światła, a otrzymamy rzecz niewyróżniającą się na tle podobnych produkcji ani na plus, ani na minus. Podobnie można by napisać o oprawie muzycznej, acz jak dla mnie piosenki towarzyszące czołówce i napisom końcowym (odpowiednio Unbreakable śpiewane przez Aoi Yuuki i Reverb w wykonaniu Ayi Uchidy) były rzeczywiście udane i słuchałam ich z przyjemnością. Warto wspomnieć o tym, że Nemesis gra stosunkowo mało doświadczona Yuuko Oono, która bardzo dobrze radzi sobie z tą rolą, przede wszystkim dlatego, że nie próbuje bohaterki na siłę udziecinniać i dosładzać. Reszta seiyuu jest na poziomie, ale nie ma też specjalnie czym się wykazywać.

Powiedziałabym, że głównym sukcesem Infinite Dendrogram było to, że zdołało mnie zatrzymać przy seansie. Zawdzięcza to głównie fabule, która – dopóki nie ugrzęźnie w końcówce w retrospekcjach – jest prowadzona w miarę sprawnie, a co ważniejsze, nie polega na obłaskawianiu i ratowaniu kolejnych haremetek. Nie zmienia to faktu, że dla (być może sporej) części widzów przedstawione tu założenia i rozwiązania będą zbyt głupie nawet jak na przygodówkę. Nie powiedziałabym, że czas na oglądanie uważam za zmarnowany, acz seansu nie zamierzam powtarzać. Ot, seria na raz.

Avellana, 31 maja 2020

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: NAZ
Autor: Sakon Kaidou
Projekt: Taiki
Reżyser: Tomoki Kobayashi
Scenariusz: Yuuichirou Momose
Muzyka: Kenji Hiramatsu