Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Studio JG

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

7/10
postaci: 7/10 grafika: 6/10
fabuła: 6/10 muzyka: 6/10

Ocena redakcji

6/10
Głosów: 3 Zobacz jak ocenili
Średnia: 5,67

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 32
Średnia: 6,97
σ=1,36

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Sulpice9)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Chiyu Mahou no Machigatta Tsukaikata

Rodzaj produkcji: seria TV (Japonia)
Rok wydania: 2024
Czas trwania: 13×24 min
Tytuły alternatywne:
  • Wrong Way to Use Healing Magic
  • 治癒魔法の間違った使い方
Postaci: Magowie/czarownice; Pierwowzór: Powieść/opowiadanie; Miejsce: Świat alternatywny; Inne: Magia
zrzutka

Od leciutkiego isekaja w klimatach „mundur zrobi z ciebie mężczyznę” do cięższej gatunkowo historii o grozie wojny we wciągającej, choć dość nierównej serii.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Usato to poczciwy licealista cierpiący na typową dla japońskich protagonistów chorobę bycia przeciętniakiem. Choć nie uskarża się na swój los, to marzy o tym, by jego życie nabrało rumieńców. W końcu to życzenie zostaje spełnione – pewnego popołudnia ktoś przypadkiem zabiera jego parasol, gdy na zewnątrz leje jak z cebra. Ku zdumieniu bohatera, pomaga mu dwójka uczniów: niesamowicie popularny Kazuki i jego przyjaciółka, szkolna piękność i prymuska Suzune. Ostatecznie wspólnie opuszczają szkolny gmach, gawędząc w najlepsze, a Usato nie może się nadziwić, że szkolni idole to tacy zwyczajni, sympatyczni ludzie. Jednak to nie koniec niespodzianek tego dnia, bowiem cała trójka zostaje przyzwana do świata magii i miecza, gdzie mają wspomóc królestwo prawości w walce z armią zła (jakżeby inaczej).

Chociaż wszystko wskazuje na to, że Usato został wezwany przypadkiem, nikt nie traktuje go źle, przeciwnie – jeśli magiczny test nie wykryje u niego żadnych specjalnych zdolności, po prostu zostanie w zamku jako gość i towarzysz pozostałej dwójki. O ile Suzune i Kazuki zdradzają imponujące talenty bojowe, o tyle magia protagonisty emanuje dziwną, szmaragdową barwą. Cały dwór wpada w panikę, ale zanim ktokolwiek zdąży cokolwiek wyjaśnić, do sali tronowej wkracza budząca grozę oficer Rose. Po krótkiej komediowej scence rodzajowej Usato zostaje wcielony do jej oddziału – elitarnej jednostki wyspecjalizowanej w magii leczniczej. Na papierze wygląda to całkiem nieźle, sęk w tym, że metody pani kapitan są mocno niestandardowe, zaś trening sklasyfikowano na poziomie „morderczym”. Przed Usato wykańczająca, ale i pouczająca nauka.

Im więcej piszę recenzji, tym częściej dostrzegam skłonność kina azjatyckiego do przekraczania ram gatunkowych. Tam, gdzie zachodnia kinematografia trzyma się wiernie jednej koncepcji i jednego tonu, Azjaci lubią mieszać pozornie nawet najbardziej wykluczające się gatunki. Nie przeszkadza mi to, natomiast często ten synkretyzm prezentuje się dość niespójnie, niezdarnie zmieniając poszczególne wątki lub przesadnie faworyzując jeden z elementów. Tak jest i tu – choć wiele aspektów wypadło nadzwyczaj dobrze, to nie ukrywam, że seria mogłaby być lepsza, gdyby nie zabrakło nieco warsztatu i artystycznej odwagi.

Na szczęście zalety zdecydowanie przeważają. Przede wszystkim, pierwsza część serii (trwająca mniej więcej do szóstego odcinka) to pod wieloma względami świeże podejście do tak wyświechtanego gatunku jak isekaj. Choć wprowadzenie do historii zawiera kilka elementów parodystycznych, dość szybko przechodzimy do sympatycznych okruchów życia z paroma walkami w tle. I dobrze, bo pastisz isekajów to też de facto klisza. Do tego fabuła powoli, acz konsekwentnie postępuje, dbając nie tylko o rozwijanie kolejnych poziomów mocy bohaterów, lecz także coraz dokładniej ich portretując.

Trening również pozytywnie mnie zaskoczył. Spodziewałem się bezsensownego, głupkowato komediowego szkolenia, a dostałem ciekawy i w niewymuszony sposób zabawny kurs. Po pierwsze, Rose rozsądnie zaczyna od wprowadzenia bohatera w symboliczną wiedzę na temat tej krainy i magii leczniczej. Po drugie, zadania rozłożono w czasie, więc nasz protagonista nie robi nie wiadomo jak wielkiego postępu z dnia na dzień. Po trzecie, szkolenie to droga przez mękę, ale ćwiczenia mają sens, przynajmniej w logice świata przedstawionego. Pomysł, by magia uzdrowicieli wspierała również samego maga w natychmiastowym leczeniu i niemalże automatycznie aktywowała się wraz z rozwojem tężyzny fizycznej, uważam za wspaniały w swojej prostocie. Dzięki temu rozumiemy, dlaczego rekruci są zmuszani do pokonywania kolejnych kilometrów, dlaczego robią setki pompek i dlaczego wraz ze wzrostem mocy magicznej dostają kolejne utrudnienia w treningu. Znany z materiałów promocyjnych kadr pokazujący Usato przemierzającego pola z niedźwiedziem na plecach nie jest luźnym żartem bez pointy, a logicznym elementem codziennego treningu – ponieważ jego jednostka specjalizuje się w leczeniu na linii frontu, każdy z jej członków musi być przygotowany na to, że będzie dosłownie zbierać rannych z pola bitwy i biegać z nimi kilka kilometrów do lazaretu. A zatem mamy sensowne szkolenie, jasno wyznaczony cel i ładne rozłożenie zadań w czasie. Po prostym isekaju nie spodziewałbym się tak dobrze zaplanowanego treningu.

Skoro już mówię o kształtowaniu przyszłego bohatera, myślę, że niektórych może zaskoczyć stosunkowo wysoka ocena postaci. Owszem, skłamałbym, i to mocno, gdybym powiedział, że ktokolwiek popełnił tu straszliwy grzech bycia oryginalną figurą (może poza panią kapitan), natomiast są to świetnie wymieszane klisze, którym poza wtórnością nie mam wiele do zarzucenia. Usato to typowy shounenowy bohater, a mimo to nie drażni. Duża w tym zasługa scenarzysty – w pierwszym odcinku prezentacja jego „przeciętniactwa” została skrócona do minimum, a potem szybko przechodzimy do treningu, w czasie którego trudno mu nie współczuć. Do tego zadziwiająco szybko pojmuje, że to dla jego własnego dobra i w zasadzie dostał dokładnie taką okazję, o jakiej marzył. Nie jest to protagonista zaskakujący oryginalnością, ale bardzo sympatyczny i szybko zmieniający się na naszych oczach z przestraszonego młokosa w pewnego siebie, popularnego bohatera.

Tu muszę nadmienić, że mniej więcej w połowie serii Usato zdobywa istotną dla fabuły informację i przez pewien czas rozważa, czy powinien wyjawić ją pozostałym. Jego ostateczna decyzja wzbudziła spore kontrowersje w internetowej społeczności, ale choć sam postąpiłbym inaczej, to rozumiem jego perspektywę. Nawet jeśli była to głupota, powiedziałbym, że jest to „głupota spójna z charakterem postaci”. Aczkolwiek lojalnie uprzedzam, że mamy tu wątek, który nie każdemu przypadnie do gustu.

Najciekawszą postacią w serii jest bez wątpienia kapitan Rose. Przed seansem podejrzewałem, że będzie skrzyżowaniem dwóch stereotypów – bezlitosnego oficera stawiającego na siłę i dyscyplinę (czyli kolejna wersja sierżanta Hartmana z Full Metal Jacket) i zamkniętej w sobie kobiety, obowiązkowo podkochującej się w protagoniście. Takie rzeczy nie w tej serii. Rose może bywa brutalna i nieokrzesana, ale bezwzględnie kieruje się dobrem podopiecznych i królestwa. Bezduszny dowódca z amerykańskiego kina? Bardziej kobiecy odpowiednik Skippera z Pingwinów z Madagaskaru. Jednocześnie jej relacje z Usato są świetnie napisane – bohaterowie zaczynają wychwytywać aluzje, udzielać sobie wsparcia, a nawet sobie dogryzają, choć protagonista nie raz otrzyma cios za to nieuniknione słowo za dużo.

Kolejnym miłym akcentem są relacje trójki licealistów – nie spodziewałem się, że ten tercet będzie tak normalny. Kiedy zostają sprowadzeni do alternatywnego świata, ich stosunki przechodzą określone przetasowanie – to już nie dwójka szkolnych idoli i bezbarwny przeciętniak, a troje przyszłych bohaterów walczących ze złem. Pamiętając, jacy byli mili dla Usato, bałem się, że serial zastosuje jedną z tych modnych, okropnych klisz: zaczną zazdrościć bohaterowi mocy, wzgardzą kolegą z mniej spektakularnym talentem, po czym zginą w pierwszej bitwie, by protagonista miał kogo mścić, albo zostaną wysłani gdzieś daleko, by Usato szukał ich przez cały sezon, wzdychając do wspomnienia ich pierwszego spotkania. Szczęśliwie żadna z tych opcji nie ma miejsca. Owszem, idealni uczniowie zmieniają się pod wpływem okoliczności, ale w absolutnie zrozumiały, budzący sympatię sposób. Suzune nie musi już być uwielbianą uczennicą, więc z radością odsłania swoją nerdowską osobowość, wtapiając się w ten świat niczym otaku, którego marzenia wreszcie się spełniły. Z kolei Kazuki ma zdecydowanie najmniej zaufania do nowej rzeczywistości i z całej trójki to on najchętniej wróciłby do domu. Oboje przestają czuć presję bycia ideałami, jednak pozostają autentycznymi, dobrymi ludźmi.

Choć wokół Usato krąży podejrzanie dużo młodych kobiet, to związek z Suzune jest jedynym, który na razie wchodzi w grę. Ich relacje zmieniają się w ciekawy sposób – w pierwszym odcinku chłopak bez wątpienia coś do niej czuje, ale to typowy dla wielu szkolnych anime bezgraniczny podziw bez większych szans na romantyczny „ciąg dalszy”. Z perspektywy romansu przejście do innego świata pozytywnie wpływa na ich stosunki – perfekcyjny obrazek Suzune się rozpada, ustępując miejsca nieco zwariowanej, jednak wciąż interesującej młodej damie. Z kolei Usato nabiera większej pewności siebie i sam zaczyna udzielać wsparcia innym, stając się zdecydowanie bardziej atrakcyjną partią. Nie jest to może nie wiadomo jak odkrywcza i skomplikowana relacja, ale ładnie prezentuje się na ekranie. Tym bardziej że potrafią też się ze sobą droczyć, co pozwala im uniknąć losu przelukrowanych związków rodem z tanich romansideł.

Także Kazuki nie robi tu za piąte koło u wozu – ani z niego „ten zbędny” do trójkąta romantycznego, ani nie daje się zepchnąć na trzeci plan, ani nie zostaje zredukowany do roli skrzydłowego Usato. Przeciwnie, ma swoje lęki i słabości, stara się utrzymać paczkę w ryzach, a przede wszystkim jego wątek romantyczny rozwija się zadziwiająco żwawo. Warto bowiem dodać, że charyzmatyczny licealista podbija serce księżniczki Celii, która włóczy się za główną trójką, chcąc być traktowana jak równa im przyjaciółka, a nie córka króla. I tak, jest to postać zdecydowanie drugoplanowa, ale kiedy już się odzywa, to zazwyczaj ma coś ciekawego do powiedzenia.

À propos postaci z dalekiego planu, nie mogę pominąć kolegów z wojska Usato. Niestety, panowie dostali skandalicznie mało czasu, choć zasłużyli przynajmniej na odcinek specjalny. Początkowo dokuczają protagoniście aż miło, ale nie ma w tym dręczenia w stylu wojskowej fali – to raczej męskie przekomarzanie się, gdzie bitka jest nie tylko sposobem wyrażenia siły, ale i zrozumiałym przez wszystkim środkiem ekspresji (niczym Gallowie w serii o Asteriksie). Później oczywiście robi się lepiej, a Usato zyskuje nowych, troszkę nieokrzesanych towarzyszy broni. Są zabawni i pocieszni, do tego zostali narysowani i zagrani jak łajdacy z bardziej konwencjonalnego świata fantasy. Świetna ekipa, chcę ich więcej.

Kończąc ten przydługi katalog postaci, muszę opowiedzieć o bardzo prostym zabiegu, który moim zdaniem zaważył o sukcesie serii – ten świat działa. Oczywiście jest oklepany i narysowany tak, że można było zrobić kopiuj­‑wklej z innych japońskich animacji i nikt by pewnie nie zauważył, ale system królestwa funkcjonuje należycie. Król jest człowiekiem porządnym i kompetentnym, jego dworzanie też trafili na szczyt z powodu umiejętności, a nie koneksji, oddział bojowych felczerów działa bez zarzutu, a w mieście również praktykują czarodzieje­‑medycy, którzy w razie wojny są powoływani do pracy na tyłach frontu. Nasi bohaterowie bez wątpienia mogą pomóc temu państwu, ale i bez nich królestwo jakoś by sobie radziło.

Z drobnych niedociągnięć dotyczących bohaterów – demoniczna armia również składa się z samych stereotypów, ale ich nie udało się pokazać w sposób choć odrobinę absorbujący. Tyle dobrze, że nie spędzamy z nimi zbyt wiele czasu. No i wspomniane panny pojawiające się w wątku protagonisty – choć na szczęście nie mieszają tu, by tworzyć wielokąty miłosne z Usato w centrum, to pozostają nudnymi schematami niepotrzebnie rozmywającymi ciekawy drugi plan.

W Chiyu Mahou no Machigatta Tsukaikata nie zawsze jest miło i przyjemnie; mniej więcej w połowie sezonu przechodzimy do bardziej mrocznej serii. Zresztą takie akcenty są wprowadzane zadziwiająco konsekwentnie: Rose stara się wpoić Usato, że wojna to przerażająca rzecz, informacja, którą pozyskuje protagonista, nie napawa optymizmem, a w pewnym momencie dostajemy dużą retrospekcję o losach pewnej postaci. Co do tego ostatniego, to co prawda znaleźli się malkontenci mówiący, że to dwuodcinkowy wypełniacz, lecz według mnie dobrze rozbudował ten świat i przyszykował nas do wejścia w poważniejszą tematykę. Gdy dochodzi do większego starcia, historia uderza w poważniejsze tony – rannych przybywa w takim tempie, że medycy nie nadążają z leczeniem, a rzuceni na front czarodzieje nie tylko muszą liczyć się z dźwiganiem na swoich barkach rannych, ale i są narażeni na ataki, w wyniku których mogą dołączyć do ofiar. Scenarzysta ewidentnie stawia na dynamikę i mnogość wydarzeń, podbijając niepokój i poczucie niepewności. Niestety, ostatecznie isekaj pozostaje isekajem. Gdzieś zabrakło odwagi, by konsekwentnie trzymać się mrocznego klimatu i w pewnym momencie wracamy do dobrze znanych schematów, które w tym momencie pasują jak pięść do oka. Tym samym serial zrobił sobie krzywdę, niejako zniechęcając widownię z dwóch skrajnych skrzydeł – robi się trochę za mrocznie, by miłośnicy leciutkich, wypranych z przemocy serii fantasy czuli się komfortowo, a jednocześnie ci, którzy lubią mroczniejsze klimaty i konsekwentną zmianę tonu, będą rozczarowani zachowawczością fabuły.

Sprawy nie ułatwia oprawa wizualna – jak na lekkie, komediowe fantasy prezentuje się uroczo i przez większą część serii byłem bardzo zadowolony z grafiki. Problem polega na tym, że o ile były tu dobre pomysły na ukazanie starcia, o tyle studiu zabrakło mocy przerobowych, by przedstawić wojnę jako będące w nieustannym ruchu, niebezpieczne wydarzenie. Ataki w formie nieruchomych, przesuwanych kadrów rodem z tanich shounenów nie bardzo spinają się z ambitną wizją scenarzysty. A fakt, że znajdujemy się w bardzo stereotypowym świecie fantasy, potęguje poczucie sztuczności.

Muzyka nie jest może wybitna, za to przyzwoita, na czele z ładną tyłówką. Dodatkowo mamy sporo naprawdę dobrych seiyuu ze szczególnym uwzględnieniem Atsuko Tanaki (Motoko Kusanagi w Ghost in the Shell, Caster w Fate/stay night, Lisa Lisa w Jojo Bizarre Adventure z 2012 roku) brawurowo odgrywającej twardą panią kapitan. Szczerze podziwiam, tym bardziej że brzmi jak harda kobieta w średnim wieku, a nagrała tę rolę, będąc już po sześćdziesiątce.

Ocena liczbowa jest dla mnie problematyczna – serial ma mnóstwo zalet, zwłaszcza jak na dość schematyczne, lekkie fantasy, jednak wspomniane niezdecydowanie, czy historia ma „iść na całość”, czy zostać sympatyczną serią dla wszystkich, nieco przeszkadza. Ostatecznie zawyżam ocenę (powiedzmy, że daję siedem „na szynach”), bo zrobienie ponadprzeciętnego isekaja jednocześnie trzymającego się tak wielu schematów jest sztuką niełatwą. Tym bardziej że tego typu serie mają spory potencjał na przyszłość, jeśli tylko wprowadzono dobrze napisanych bohaterów, zaś główne postacie Chiyu Mahou no Machigatta Tsukaikata zdecydowanie zaskarbiły sobie moją sympatię. Do tego odnoszę wrażenie, że ostatni odcinek stara się naprostować niektóre wpadki (i z mojej perspektywy robi to skutecznie), zatem mam dobre przeczucia co do ewentualnej kontynuacji. Na pewno mogę polecić seans miłośnikom lekkiego fantasy, o ile wybaczą kilka niepotrzebnych schematów i niewielkie problemy z utrzymaniem tonu.

Sulpice9, 12 kwietnia 2024

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Shin-Ei Animation, Studio Add
Autor: Kurokata
Projekt: KeG, Kenji Tanabe
Reżyser: Takahide Ogata
Scenariusz: Shougo Yasukawa
Muzyka: Elements Garden