Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Gakkon 4 - konwent

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

6/10
postaci: 5/10 grafika: 8/10
fabuła: 5/10 muzyka: 8/10

Ocena redakcji

5/10
Głosów: 3 Zobacz jak ocenili
Średnia: 5,00

Ocena czytelników

6/10
Głosów: 144
Średnia: 6,39
σ=1,84

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Mitsurugi)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Kurokami: The Animation

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2008
Czas trwania: 23×25 min
Tytuły alternatywne:
  • Black God
  • 黒神 The Animation
Widownia: Shounen; Pierwowzór: Manga; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność; Inne: Supermoce
zrzutka

Walki, walki i pojedynki. Czyli to, co tygrysy lubią najbardziej. Niestety, w ferworze widowiskowych starć i popisów animacji zagubiła nam się oryginalność i fabuła.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl

Recenzja / Opis

Shounen to gatunek mający swoje prawa i zasady, które były, są i będą, jak długo istnieć będzie Japonia. Są lepsze i gorsze serie, niemniej w prawie każdej z nich miłośnicy tego gatunku znajdują to, co lubią i czego oczekują. Być może oprócz wybrednego recenzenta, który jednak po każdym głośno zapowiadanym tytule, który teoretycznie zaliczać się ma do czołówki danego sezonu, oczekuje jednak czegoś więcej, pewnej oryginalności i inwencji twórczej. Widać, jeśli chodzi o shouneny, to jeszcze trochę poczekam.

Keita Ibuki jest licealistą, mieszkającym samotnie. Jest zamknięty w sobie i nie wykazuje chęci zawierania bliższych znajomości z innymi ludźmi. Jedyną bliską mu osobą jest jego przyjaciółka z dzieciństwa, Akane, która pomaga mu i stara się nim opiekować w miarę swoich możliwości. Osobowość głównego bohatera wykształciła się z powodu tragicznego przeżycia, jakim była śmierć jego matki, kiedy był jeszcze małym chłopcem. Pewnego dnia matka Keity spotkała na ulicy identycznie wyglądającą kobietę i krótko po tym wydarzeniu zginęła. Tego typu dziwne zjawiska, czyli istnienie ludzkich sobowtórów, nie dają spokoju naszemu protagoniście. Od tamtej pory Keita spędza czas w samotności, unikając bliższych relacji jak ognia. Któregoś wieczora głodny Ibuki zatrzymuje się na porcję dobrego, japońskiego ramenu. Wtedy właśnie poznaje dziewczynę, Kuro, która zmęczona i głodna, chciała zjeść porządny posiłek. Pech chciał, że jej stan finansowy był wprost nieproporcjonalny do wielkości jej apetytu. Problem rozwiązuje główny bohater, fundując jej posiłek. Okazuje się, że owa dziewczyna zaskakująco dużo wie na temat dziwnych przypadków spotykania przez ludzi ich idealnych sobowtórów i definiuje to zjawisko jako „Doppleliner System” (system trójkowy). Rozmowa zostaje jednak przerwana w chwili, w której Kuro obrywa w głowę kijem baseballowym od nieznajomego mężczyzny. Ciosu takiego z pewnością nie przeżyłby nawet Schwarzenegger, niemniej jednak Kuro podnosi się i przystępuje do zaciętej walki z przeciwnikiem. Po wygranym pojedynku (i zmarnowanej porcji ramenu), dziewczyna wyjaśnia Ibukiemu, że jest kimś zwanym mototsumitamą, a następnie żegna bohatera i ucieka, dodając na odchodnym, że jest tutaj, by zabić swego brata. Niedługo potem zjawia się policja, zaś oszołomiony Keita wraca do domu. Jednak nie tylko owe niezwykłe wydarzenia dręczą naszego bohatera. Jego koleżanka z klasy, a także mała dziewczynka z sąsiedniego mieszkania, giną w podobnych okolicznościach, jak jego matka, to znaczy spotykając wcześniej swoje identyczne kopie. Na miejscu jednego z wypadków Keita ponownie spotyka Kuro, która po raz kolejny udziela mu mglistych wyjaśnień. A to dopiero początek tej przygody…

Na początek króciutki opis świata przedstawionego i zasad nim rządzących. Otóż cały nasz świat przenika tajemnicza i potężna energia, zwana Terra. Naturalnie taka energia usprawiedliwia wszelkiego rodzaju supermoce, jakimi władają postacie. Większość ludzi nie jest świadoma jej istnienia, jednakże pewne istoty, czyli właśnie mototsumitamy, stoją na straży równowagi Terry. Światem i ludźmi rządzą osobliwe systemy, między innymi wymieniony wyżej Doppleliner System. Nie będę go tutaj opisywał, to pozostawiam już do samodzielnego odkrycia w anime. Powiem tylko, że sam pomysł wydawał mi się dość ciekawy, no ale cóż, mieć pomysł, a umieć go zrealizować, to dwie różne rzeczy. Zaznaczam również, że z mangą, na której seria się opiera, styczności nie miałem, więc opisuję to jedynie z perspektywy widza anime.

Tak więc po pierwszym odcinku naszła mnie pozytywna myśl, że oto, być może, mam przed sobą shounena, który dysponuje pewnym potencjałem, by stać się oryginalną, choć nie porażającą historią, która wyróżni się na tle innych tytułów z tej samej beczki. Owo pozytywne wrażenie pozostało ze mną jeszcze przez kilka odcinków, by w ostateczności umrzeć śmiercią naturalną przed dojściem chociażby do połowy serii. Ktoś kiedyś powiedział, że nie samą walką człowiek żyje. Ale tutaj fabuła żyje właściwie tylko dzięki niej. Każdy odcinek prowadzi nas do coraz to nowych pojedynków z coraz to potężniejszymi przeciwnikami, którzy czasem pojawiają się dosłownie znikąd, z niewyjaśnionych powodów, aby tylko stoczyć kolejną widowiskową walkę. Mimo dobrego pierwszego wrażenia, wątek fabularny okazał się prosty, liniowy i schematyczny. Ale najgorsze jest to, że na dłuższą metę okazał się po prostu nudny. Historia w ogóle mnie nie zaciekawiła, nie przykuła do ekranu i nie wciągnęła. Zabrakło widać pomysłów na rozwinięcie początkowych interesujących koncepcji. Zdarzają się odcinki zdecydowanie lepsze pod względem konstrukcji fabularnej i klimatu (mam tutaj na myśli kilka pierwszych i kilka ostatnich), ale jedynym ciekawym zwrotem akcji było ukazanie w finale prawdziwych motywów brata Kuro, głównego antagonisty, Reishina. Było to dość przyjemnym zaskoczeniem i dzięki temu chociaż końcówka okazała się interesująca. Widać fabuła była dla twórców tylko wymówką, by móc pokazywać coraz więcej potyczek, zapewne po to, żeby popisać się budżetem i zaawansowaną oprawą wizualną. Ale jeśli ktoś w artystycznej gorączce zapomina, że anime to nie tylko grafika, ale także, przede wszystkim, fabuła, klimat i bohaterowie, to niestety, hitu i przeboju to on nie stworzy. Nieraz odnosiłem wrażenie, że fabuła została kompletnie niezaplanowana. Wydarzenia czasami były kompletnie chaotyczne i pozbawione elementarnej logiki. Szkoda. Były ciekawe pomysły, był budżet, była szansa. Zabrakło wykorzystania i oryginalności.

Anime nie uniknęło również pewnych, rażących wręcz swoim przesadnym patosem (nawet jak na shounena) lub głupotą, scen. Pozwolę sobie przytoczyć taki przykład. Otóż w pewnym momencie nauczyciel naszego protagonisty okazuje się postacią nie do końca pozytywną, albowiem wybrał służbę Ciemnej Stronie. Wywiązuje się walka między profesorem a Kuro, w wyniku której dziewczyna ląduje w korytarzu na plecach, profesor zaś na niej, i z radością oraz niebywałą wprawą, okłada ją pięściami po twarzy. A co robi nasz dzielny bohater? Ano powoli wychodzi sobie z klasy, staje skołowany za plecami swojego profesora i pyta go tonem wielce zdziwionym: „Sensei, o co chodzi?” (patrząc jak przyjaciółka obrywa po ślicznej buźce). Profesor rześkim tonem udziela mu wyjaśnień, no bo w końcu celem pracy nauczyciela jest rozwiewanie wątpliwości krnąbrnych uczniów i próba odpowiedzi na ich dociekliwe pytania. Pogawędka nie przeszkadza mu jednak cały czas bić dziewczynę po twarzy, ale, na szczęście, Keita, z łaski swojej, po uzyskaniu stosownych wyjaśnień udziela jej pomocy. Scena jest dosłownie powalająca głupotą. Gdyby jeszcze była krótka, ale trwa dobre pół minuty, jak nie dłużej… Widząc to, nie wiedziałem, czy mam się śmiać, płakać, czy zareagować słusznym gniewem. Tego typu rozterki emocjonalne jeszcze parę razy pojawią się podczas seansu. Nadmienię, że anime zawiera także poboczny, ale przynajmniej ładnie zakończony, wątek romantyczny, dzięki któremu miałem jeden z nielicznych powodów, by czekać na zakończenie.

Osobny akapit pragnę poświęcić walkom, czyli głównemu atutowi i elementowi serii. Są naprawdę widowiskowe, znakomicie zaprojektowane, ułożone i zrealizowane. Ciosy, uniki i ruchy postaci są żywe, dynamiczne i cieszą oko. Pojedynki to zdecydowanie znak firmowy serii i twórcy naprawdę się tutaj popisali. Niestety nie ustrzegli się od wtórności i schematyczności, charakterystycznej dla gatunku. Walki robią wrażenie, a niektóre, jak pojedynek Reishina i Kuro, są wręcz epickie. Niemniej zasada większości walk jest prosta – kto uderza większym i bardziej jaskrawym światłem, ten wygrywa. Niektóre walki są wręcz tak kolorowe, że tęcza zawstydziłaby się swej skąpej gamy barw. Do tego przebieg walk również pozostaje cały czas bez zmian. Czyli na początku nasi bohaterowie dostają ostry łomot od zdecydowanie silniejszego przeciwnika i kiedy cała nadzieja wydaje się już przepadać, budzi się w nich nowa moc, czasem poprzedzona patetycznymi, ogranymi tekstami typu „będę cię chronił” itd. Ale skąd ten nagły skok mocy? Otóż nasi bohaterowie posiadają niezwykłą zdolność, zwaną synchronizacją. Owa zdolność, kiedy była aktywowana, swoimi efektami przypominała mi sztampowe filmy z serii Power Rangers i produkcje z gatunku magical girls. Kolorki i patos osiągają niebywałe apogeum, zaś kategoria wiekowa serii spada do lat dziesięciu. Po aktywowaniu tej zdolności, co zresztą następuje w prawie każdej walce (irytujący aspekt), bohaterowie dostają znanego nam wszystkim „power­‑upa”, po którym ich moc przytłacza przeciwnika, zaś ich mordercze, świetliste ataki mogą się spokojnie równać z bronią masowego rażenia. Nie zrozumcie mnie źle, nie wszystkie walki są takie schematyczne i całość ogólnie prezentuje się nadzwyczaj dobrze. Niekiedy mamy pewne zróżnicowanie w technikach, a najważniejsze walki są doprawdy świetne, ale naprawdę, deczko mniejsza liczba pojedynków i bardziej zróżnicowany przebieg z pewnością wyszedłby serii na zdrowie.

Czy można powiedzieć coś niezwykłego o bohaterach? Pochwalić ich lub zbesztać? Szczerze mówiąc, nie wydaje mi się, by byli na tyle niezwykli w pozytywnym lub negatywnym sensie tego słowa, abym podejmował takie próby. Schemat goni schemat, charaktery są proste, nieskomplikowane, a osobowości zamknięte w kilku znanych wzorach. Wszystkie dobre postacie stają z poświęceniem i odwagą w sercu przeciwko siłom ciemności, gotowi poświęcić się jedno dla drugiego i we wzajemnej obronie swych żyć uzyskać dostęp do nowych sił. Keita – szary licealista z traumą, ale o sercu, które swą wielkością przytłoczy szerokie grono antagonistów. Akane – starsza przyjaciółka, wcielenie troskliwości i życzliwości, uosobienie niewinności i główny podmiot działań ratunkowych bohatera. Charakter postaci zmienia się trochę pod koniec serii, ale w niewielkim stopniu. Reishin – zły, pewny siebie, silny jak nikt inny, ale, dzięki Bogu, jego działania okazują się bardziej skomplikowane, niż mogłoby się na początku wydawać. Kuro – no cóż, chyba jedyna bohaterka, która mogła wzbudzić sympatię widza. Oryginalnej osobowości to dziewczyna nie miała, niemniej jej zachowanie i kontrast między bezwzględną wojowniczką a słodką dziewczynką w czasie wolnym od pojedynków, robił dobre wrażenie. Dodatkowo posiadała małego moé pieska, Puni­‑Puni, czyli tak zwany słodziutki akcent serii. Podsumowując, kadra bohaterów prezentuje się przeciętnie i we wszelkich skalach plasuje się mniej więcej w połowie.

Grafika oczywiście prezentuje, jak przystało na współczesną produkcję, wysoki poziom. Oprawa wizualna jest równa, śliczna i szczegółowa. Świetnie wyglądają efekty świetlne, wybuchy, rozbłyski czy refleksy słoneczne i gra kolorów. Pewnych błędów nie uniknięto, w postaci czasami skąpego tła lub braku szczegółowości w otoczeniu, ale są to pojedyncze przypadki. Inną wadą oprawy graficznej jest przyciemnianie obrazu w niektórych scenach. Zapewne miało to nadać odpowiedni mroczny klimat, ale mnie tylko nastręczyło trudności w próbie dojrzenia, co też dzieje się na ekranie. Niekiedy tła w takich scenach to był dosłownie mrok w ciemnościach. Projekty postaci są dobre i odpowiednio zróżnicowane. Animacja jest wręcz doskonała, co chyba już wynikało z akapitu poświęconego walkom. Płynna i dynamiczna, przemawia na korzyść twórców.

Także oprawa muzyczna prezentuje ponadprzeciętny poziom. W walkach towarzyszy nam dobra muzyka rockowa, bardzo klimatyczna i adekwatna do ostrych pojedynków. Niemniej jednak, na dłuższą metę, puszczanie do każdej prawie walki tego samego utworu może być odrobinkę irytujące, ale to już może ja się czepiam jako recenzent. Openingi i endingi są miłe dla ucha, a ich klimat nieraz przewyższa to, co prezentuje samo anime. W szczególności utwór tRANCE, będący drugim kawałkiem otwierającym serię, zapisał się wielce pozytywnie w mojej pamięci. Wszelka muzyka towarzysząca nam poza walkami wpasowuje się w charakter wydarzeń i jest odpowiednio dobrana. Tak więc ścieżki dźwiękowej wszech czasów tutaj nie znajdziemy, ale nikt nie powinien być zawiedziony.

Kurokami: The Animation to kolejne głośno reklamowane i zapowiadane anime, które okazało się zmarnowanym potencjałem. Braki fabularne próbowano załatać zaawansowaną oprawą graficzną i widowiskowymi walkami, ale całość historii okazała się nieciekawa, żeby nie powiedzieć, płytka. Jest to przede wszystkim anime, którego prawdziwą esencją jest dynamiczna akcja, oscylująca przede wszystkim wokół efektownych pojedynków. Polecam widzom, którzy uwielbiają właśnie takie serie, zaś elementy takie jak porywająca fabuła, klimat czy skomplikowani bohaterowie, traktują jako drugorzędne. Odradzam wszystkim tym, którzy poszukują w anime głębi, oryginalności, intensywnej dawki emocji i wciągającej historii. Fani gatunku i pierwowzoru mangowego mogą spokojnie podnieść ocenę o jedno oczko, tak samo jak ci, którzy poszukują nieskomplikowanej serii o wysokim stężeniu widowiskowej akcji. Osobiście zawiodłem się na Kurokami: The Animation, choć nie było na tyle tragicznie, bym żałował poświęconego jej czasu. Widać, że przyjdzie mi jeszcze poczekać na shounena, który wybije się ponad przeciętność w gatunku i wyznaczy nowe horyzonty. Wniosek ostateczny – przeciętniaczek.

Mitsurugi, 5 września 2009

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Sunrise
Autor: Dall Young Lim, Sung-woo Park
Projekt: Hiroyuki Nishimura
Reżyser: Tsuneo Kobayashi
Scenariusz: Reiko Yoshida
Muzyka: Hiromi Kikuta