Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Kyaa! - magazyn o animacji, mandze i kulturze japońskiej

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

6/10
postaci: 5/10 grafika: 6/10
fabuła: 3/10 muzyka: 7/10

Ocena redakcji

4/10
Głosów: 2 Zobacz jak ocenili
Średnia: 3,50

Ocena czytelników

6/10
Głosów: 47
Średnia: 5,51
σ=2,62

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Grisznak)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Queen's Blade: Gyokuza o Tsugu Mono

zrzutka

Turniej Queen’s Blade czas zacząć, czyli kontynuacja najbardziej fanserwiśnego anime 2009 roku.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl

Recenzja / Opis

To jest recenzja, która mogłaby w zasadzie zamknąć się w jednym zdaniu. Brzmiałoby ono „Oto druga seria Queen’s Blade”. I wszystko byłoby dla wszystkich jasne, tak przynajmniej sądzę. Biorąc jednak pod uwagę formułę recenzji na Tanuki, postaram się dodać do tego zdania trochę więcej, aczkolwiek dla wielu będzie ono zapewne wystarczającym opisem stanu rzeczy.

Wszystkie bohaterki przybyły do stolicy, gdzie wkrótce ma rozpocząć się turniej Queen’s Blade. Nawet Nanael, która odbębniła swoje i liczyła na spokojny powrót do Nieba, otrzymała od władz niebiańskich prikaz wzięcia udziału w tym mordo… pardon, biustobiciu. Nie każąc zawodniczkom i widowni czekać, królowa Aldra rozpoczyna cykl pojedynków. W niektórych mamy klasyczne starcie 1:1, ale zdarzają się też walki grupowe. Miejsce starcia i uczestniczki wskazuje królowa, celowo dobierając osoby w jakiś sposób ze sobą powiązane. Sama królowa bowiem jest tu naczelnym knujem, a w zasadzie nie do końca nawet ona sama, co wychodzi niemal na samym starcie. Aby wygrać turniej, zwyciężczyni wszystkich walk będzie musiała ostatecznie stawić czoła jej samej.

Zmian względem pierwszej serii jest niewiele. Każdy odcinek zwykle kończy starcie z poprzedniego i rozpoczyna nowe, z nielicznymi wyjątkami w postaci pierwszych i ostatnich odcinków. Seria bardzo wyraźnie wypycha do przodu grupę bohaterek, do tego stopnia, że możemy z niemal 90% pewnością przewidzieć wyniki większości starć – wygrywają je bowiem dziewoje, których udział w fabule jest bardziej istotny. Dopiero pod koniec, gdy zostają już tylko one, sytuacja ulega zmianie, acz niewielkiej – wszak od początku pierwszej serii wiadomo już, kto będzie zwyciężczynią turnieju. Kwestią jest zatem nie kto, ale jak. Metodyka starć nie zmieniła się ani trochę – nadal są one bojowymi striptizami, a pokonanie przeciwniczki oznacza najczęściej rozebranie jej do naga, a dopiero potem zadanie coup de grâce. Jako że jest to turniej, nie ma już takich pojedynków, jak pamiętne zapasy Reiny z Echidną w oleju. Pod tym względem zrobiło się grzeczniej.

Generalnie Queen’s Blade spowszedniało. Nie ma tu już (może i dobrze…) takich chorych scen, jak finał pierwszego odcinka z biustem Melony górującym nad miastem. Więcej tu walk, mniej humoru, nawet tego niezamierzonego. Oczywiście ten, który się pojawia, balansuje w okolicach oczywistych chyba dla wszystkich części garderoby. Duet humorystyczny tworzą tu Nanael i „Puyo puyo pinku”, jak anielica nazywa Melonę. Co ciekawe, pojawiają się wtręty zupełnie poważne, by nie rzec – dramatyczne, jak wątek Rany, który w trakcie serii otrzymuje od losu dość bolesne ciosy. Momentami to wręcz wydaje się zgrzytać w zestawieniu z wszechobecnymi biustami, wyskakującymi spod zbroi i strojów. Jednakże, choć pewnie dla niektórych zabrzmi to jak herezja, dobrze się to ogląda.

Queen’s Blade: Gyokuza no Tsugumono nazwałbym serią uczciwą. Obiecuje konkretną rzecz – i daje ją widzowi, momentami aż w nadmiarze. Oszczędzono nam lolikonu i innych „kulturowych odmienności” (drażnić może jedynie nienormalne zachowanie Eliny wobec siostrzyczki), które straszą z niektórych tytułów ecchi. Tutaj mamy to, co (normalni) faceci lubią najbardziej – cycki. Jak mówił jeden z braci Valentine w mandze Hellsing, „Cycki dobra rzecz” – i trudno się z nim nie zgodzić. Podziękować autorom należy, że jedyna postać żeńska, która w tej serii nie jest eksploatowana pod kątem fanserwisu, to lolitkowata krasnoludka Ymir, a bohaterki, których gruczoły mleczne mają rozmiar piłek do koszykówki (pani kowal Cattleya i kapłanka Melpha), występują na drugim planie. Więcej miejsca dostały Reina, Elina i Claudette, swoje pięć minut mają też Echidna i Irma, o których dowiemy się nieco więcej. Ciekawie i ciut zaskakująco rozwiązano kwestię Shizuki i Tomoe. Projekty postaci to w większości przypadków robota fachowców i mocna strona tej produkcji.

Nie tylko one zresztą zasługują na pochwałę. O ile w pierwszej serii piosenki po prostu były, tak w tej godne są szczególnej uwagi. Otwierająca całość Ochinai Sora sprawia wrażenia czegoś z zupełnie innej bajki – to po prostu bardzo udana, nastrojowa, ciut dramatyczna ballada i tylko stylizowane na malowidła nagie lub półnagie wizerunki bohaterek przypominają nam, że mamy do czynienia z anime ecchi, a nie z początkiem zupełnie normalnego fantasy à la Record of Lodoss War. Zaś ending… tak, to już czysta esencja Queen’s Blade. O ile w openingu pokazywano bohaterki stojące teoretycznie po jasnej stronie mocy, tak ending należy do trójki sług wiedźmy z bagien. Menace, Melona i Airi śpiewają tę samą piosenkę, o jakże wymownym tytule Buddy­‑body, w której każda z nich zachwala swoje walory fizyczne. Przez pierwszych kilka odcinków uzewnętrznia się Melona, potem pałeczkę przejmują kolejno Menace i Airi. Z całej trójki najlepiej wypada ta pierwsza, rasowo swingując. Airi też radzi sobie nie najgorzej i tylko Menace w refrenie wpada w tony niebezpiecznie bliskie fałszom. Obie piosenki momentalnie wpadają w ucho i zostają w nim na długo. Wspomnieć warto o endingu ostatniego odcinka, z bardzo udanymi grafikami w tle.

Cóż więcej dodać? Finał zgrabnie zamyka opowieść i raczej nie spodziewałbym się na chwilę obecną kontynuacji, acz popularność Queen’s Blade nie maleje, więc kto wie, czy za jakiś czas nie doczekamy się jakiejś OAV czy czegoś w tym typie. Nie byłaby to rzecz, na którą czekałoby się niecierpliwie, ale jestem pewien, że fani byliby zadowoleni. Podobnie jak powinni być zadowoleni z tej serii. Solidna, rzemieślnicza robota. Bez ambicji i udawania, może chwilami nieco groteskowe, bardzo fanserwiśne, ale dające się oglądać anime. W tym gatunku jest masa rzeczy znacznie gorszych.

Grisznak, 19 grudnia 2009

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: ARMS
Autor: Hobby Japan
Projekt: Rin Sin
Reżyser: Kinji Yoshimoto
Scenariusz: Takao Yoshioka
Muzyka: Masaru Yokoyama