Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Yatta.pl

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

8/10
postaci: 8/10 grafika: 9/10
fabuła: 7/10 muzyka: 8/10

Ocena redakcji

7/10
Głosów: 4 Zobacz jak ocenili
Średnia: 7,25

Ocena czytelników

6/10
Głosów: 51
Średnia: 5,9
σ=2,05

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Gamer2002)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Heroman

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2010
Czas trwania: 26×24 min
Tytuły alternatywne:
  • ヒーローマン
Gatunki: Przygodowe
Widownia: Shounen; Postaci: Obcy, Uczniowie/studenci; Pierwowzór: Manga; Miejsce: Ameryka; Czas: Współczesność; Inne: Supermoce
zrzutka

Historia o przyjaźni trzynastoletniego chłopca i robota. Znacie? Znacie. To posłuchajcie, jest dużo kawy.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: fm

Recenzja / Opis

Joey Jones, trzynastoletni amerykański chłopak (powinno się to zaznaczyć…), mieszka w Central City (zupełnie nie Los Angeles, Kalifornia) i razem z babcią zarabia na ich wspólne utrzymanie. Akceptuje fakt, że nie jest nikim znaczącym ani szanowanym w szkole (pomaga mu, że jest dość lubiany w pracy) oraz to, że jest pomiatany przez Willa, starszego brata jego koleżanki czirliderki Liny. Potrafi jednak docenić dary losu i gdy kolega Willa, Nick, psuje i wyrzuca swą najnowszą i najdroższą zabawkę, Joey bierze ją i razem ze swym kalekim najlepszym przyjacielem Psy’em naprawia. Nadaje też „przygarniętej” zabawce imię Heroman.

Następne wydarzenia obejmują: sukces szkolnego nauczyciela Matthew Dentona w nawiązaniu kontaktu z Obcymi akurat, gdy ci zniszczyli poprzednią planetę, jaką raczyli odwiedzić; uderzenie pioruna w pozostawionego przy otwartym oknie Heromana, logicznie (jak ugryzienie napromieniowanego pająka dające pajęcze moce) powiększające go i czyniące żywym robotem; wypadek samochodowy z udziałem Liny; natychmiastową akcję ratowniczą w wykonaniu tajemniczego robota, a także rozpoczęcie inwazji Obcych na Stany Zjednoczone Ameryki oraz resztę świata.

Tak zaczyna się Heroman, seria studia BONES przy współpracy ze Stanem Lee, jednym z ojców komiksów o superbohaterach – jest to jego drugie podejście do japońskich środków ekspresji po mandze Ultimo. To, czy rzeczona współpraca nie ograniczała się tylko do tego, że Stan powiedział: „Jest chłopak o imieniu Joey, ma zabawkę, uderza w nią piorun, czyniąc ją żywym robotem i razem walczą z Obcymi. A ja lubię kawuśkę!” jest zupełnie nieistotne.

Jeszcze przed emisją serii towarzyszył jej niemały szum. Stan Lee i BONES, cóż z tego mogło powstać? Ludzie głośno spekulowali oraz liczyli na czystą fuzję świata mangi oraz świata amerykańskiego komiksu. Osobiście nie brałem udziału w tym całym zamieszaniu wokół serii (byłem trochę sceptyczny) i szczerze mnie dziwi, że ludzie chcieli, by scalono ze sobą zboczoną erotykę dla japońskiej starszyzny z brutalnym mordobiciem dla amerykańskiej młodzieży. Oczywiście inni mieli wyższe standardy i oczekiwali połączenia dwóch światów, w którym lepsze rzeczy z jednego wymazałyby cały ten nieznośny syf z drugiego, nielubianego. Tak czy inaczej, to musiało być coś niesamowitego, coś niezwykłego, coś niepowtarzalnego, coś… Odpowiedź studia Bones i Stana Lee brzmiała: Przygodowa seria dziecięca z konceptem prostym jak drut i to wałkowanym po wielokroć. In America.

Ludzie mogli już zacząć wyliczankę: 26 odcinków jednej inwazji, z czego połowa to filery; pojedyncze potwory co tydzień atakujące jedno miasto, a szef Obcych będzie się dziwił, czemu to nie działa; główny bohater, który napuszcza robota i nic nie robi; przyjaciele snujący gadki o mocy przyjaźni i nic poza tym; wątek romantyczny ruszy się dopiero w dwóch­‑trzech ostatnich odcinkach; dorośli będą bezużyteczni; dzieciak będzie się wygłupiał ze swoją mocą, poza tym jego rodzice się zgubili, więc będzie truł o swoim nieszczęśliwym dzieciństwie… Spoiler: nic z tego nie następuje. I tak, to nadal przygodowa seria dziecięca z konceptem prostym jak drut i to wałkowanym po wielokroć. Dobra seria. BONES udowadnia, że prostota historii ani trochę nie wpływa na jakość sposobu jej opowiedzenia. Uczciwa prostota jest nawet jej siłą, gdyż Heroman nie marnuje energii, by wstydliwie zakryć to, czym jest, jakąś pseudogłęboką czy pseudodorosłą otoczką, dodaną na siłę i w efekcie rzadko kiedy przekonującą. Zamiast tego siły twórcze zostały skupione na tym, na czym być powinny, na zapewnieniu, by to wszystko było dobrze wykonane.

Główną siłą Heromana jest sensowność fabuły poprowadzonej według rzetelnego scenariusza, przy pogodzeniu się z prostotą wynikającą wprost z wymogów gatunku. Kwestia inwazji Obcych Skruggów posuwa się z odcinka na odcinek, zaczyna się od rekonesansu w celu odnalezienia źródła sygnału, który ich sprowadził na Ziemię, potem następuje atak piechoty i nim bohaterowie zdążą powiedzieć „kontruderzenie”, ochrona miasta przed Obcymi przestaje być jakimkolwiek problemem. Trzeba za to umożliwić ludziom ewakuację z niego. Standardowo wojsko nic nie może Obcym zrobić, ale Skruggowie, w nieco głupi, acz skuteczny sposób, znajdują im zajęcie. A jedyna nadzieja ludzkości, czyli młody chłopiec, jego robot, kaleki przyjaciel, czirliderka oraz ich nauczyciel, który ściągnął tę całą inwazję, muszą stosować taktykę partyzancką, by w ogóle przetrwać, gdyż Koggor, przywódca Skruggów, nie pozwala sobie w kalkulacjach na dopuszczenie, by jakiś robot biegał po okolicy i psuł jego plany. Inwazja nie jest jedyną rzeczą, jaką Heroman ma do zaoferowania: stanowi ona tylko pierwszy wątek, którego reperkusje będą się ciągnęły po sam koniec. Rząd USA zechce się dowiedzieć, kto był w stanie oprzeć się Obcym, wobec których sam nic nie mógł zrobić. Tego samego będą też chcieli ci, którzy liczyli na zysk związany z inwazją. I również ich działania będą się posuwać z odcinka na odcinek.

Drugą, równie wielką, jeśli nie większą, siłą Heromana są postacie. Choć w większości rola wszystkich jest oczywista i się jej trzymają, brak też zawiłości psychologicznych, relacje między bohaterami są rzetelnie zrobione i szalenie sympatyczne. Twórcy, poza paroma wyjątkami, nie postawili na rozwijanie się postaci w nieoczekiwanym kierunku, tylko na poznawanie ich i obserwacje ich wzajemnych interakcji. W trakcie trwania serii najbardziej zmienia się, pozytywnie mnie przy tym zaskakując, główny bohater. Joey, o którym można żartem powiedzieć, że wygląda jak dziewczynka (jest to po części usprawiedliwione tym, że powierzchowność odziedziczył po matce, co w jego wieku jest szczególnie widoczne), początkowo nie może się odnaleźć w roli właściciela potężnego robota, wykonującego jego polecenia. Czasem brakuje mu pewności siebie, co objawia się nie tylko w postaci pasywności wobec Willa, ale także poczucia, że nie jest godzien Heromana i poszukiwania rady u innych ludzi, co ma ze swoim robotem zrobić. Jednak już od drugiego­‑trzeciego odcinka zaczyna rozumieć, na czym polega jego rola, i rusza niespieszny, ale systematyczny proces ewolucji jego charakteru. Nie dokonuje żadnego skoku, zmieniającego go w zupełnie nową postać, pozostaje zawsze sobą, tylko z jego cech negatywnych wykształcają się pozytywne. Początkowa pasywność wynika z łagodnego i spokojnego usposobienia, zagubienie związane z posiadaniem Heromana i niepewność, czy powinien go w ogóle mieć, pochodzą z nienarzucającej się, ale widocznej praworządności oraz skromności. Tym, czego mu naprawdę brakowało, były pewność siebie oraz samodzielność, które to cechy zyskał w czasie przeżywanych przygód. Warto też zaznaczyć, że Joey bierze coraz bardziej aktywny udział w walkach i nie ogranicza się tylko do wydawania (niejednokrotnie zresztą pomysłowych) komend Heromanowi. Młodzieniec wspiera swojego mechanicznego przyjaciela za pomocą energetycznej bariery oraz supermocy, której użycie można zauważyć już w drugim odcinku.

Bohater, któremu rodzice zniknęli, jest standardem dla anime i klasycznego wątku traumy z dzieciństwa. Taki bohater musi na początku powtarzać, jak ciężko mu jest bez rodziny, jakby jego sytuacja była jedyna w swym rodzaju i nikt nie potrafił go zrozumieć. Jednakże w Heromanie wątek rodziców Joeya jest inny, ponieważ został potraktowany niezwykle subtelnie. Do późnego odcinka, który został temu poświęcony, Joey nie powie ani słowa na temat tego, co się stało z jego rodzicami, i będzie radził sobie w życiu normalnie, w pełni przystosowany do swojej sytuacji. Zobaczymy jedynie, jak czasem spojrzy na zdjęcie rodziców, jak traktowany jest hełm górniczy po jego ojcu, a z rzadka inne postacie wspomną o sprawach mających związek z rodzicami chłopaka. A kiedy w końcu zostanie podjęta ta kwestia, powodem poruszenia jej nie będzie zastanawianie się nad nieszczęściem dzieciństwa Joeya, i nawet wtedy najsmutniejsza część, pokazana data, nie będzie przez nikogo wspomniana.

Jeżeli zaś chodzi o tytułową postać, Heroman jest ożywioną zabawką zmieniającą się w dużego robota. Zajmuje się on biciem rzeczy, czasem kopaniem i ogólnie patrzeniem na ludzi z góry. Pomimo że Heroman nigdy się nie odzywa, a jego mimika zazwyczaj ogranicza się do stałego wyrażania obojętnego spokoju lub tego, że ma przerąbane, czasami kąt, światło oraz sytuacja sprawiają, że widać na jego twarzy konkretne emocje. Poza tym warto też czasem zwrócić uwagę na jego język ciała i reakcje, zwłaszcza na początku, gdy na kontrolerce Joeya pojawiają się komendy, które akurat by się przydały w danej sytuacji. Bardziej niż posłuszny Heroman od początku sprawiał wrażenie oddanego Joeyowi, z wzajemnym oddaniem ze strony chłopaka, który nie miał zamiaru traktować go jak zużywalne narzędzie do walki. Jeszcze jedną uroczą rzeczą w Heromanie jest to, że wszyscy (bohaterowie pozytywni przynajmniej) traktują robota jak żywą osobę, z którą można się zaprzyjaźnić. Standard dla tego typu historii, ale zawsze miły. Lubię też projekt Heromana. Ludzie mogą narzekać na kiczowate skrzyżowania Kapitana Ameryki z robotem z powodu paru gwiazdek na niebieskim, ale cóż, o to właśnie chodziło. To amerykański superbohater­‑robot, więc wygląda jak amerykański superbohater­‑robot a nie meksykański hydraulik­‑mutant.

Kolejną postacią, której opis warto rozwinąć, poruszając przy tym kwestię wątku romantycznego, jest Lina. Chociaż przepaść społeczna między nią a Joeyem jest spora, a jej starszy brat Will gardzi chłopakiem, Lina lubi go. Nie jest przy tym kolejną tsundere, zresztą próżno w Heromanie szukać postaci o psychice dającej się określić jednym słowem. Lina jest najmniej aktywną w boju członkinią głównej drużyny, gdyż zgodnie z filozofią Stana Lee, w takich sytuacjach niewiasty najlepiej przydają się do podnoszenia morale mężczyzn. Idzie to również w parze z ogólną filozofią gatunku shounen i pasuje do tego, że przez większość czasu widzimy dziewczynę w stroju czirliderki (choć jednocześnie jest ona postacią z najbardziej rozbudowaną garderobą). Mimo to trafiają się momenty, w których i ona potrafi wiele zaryzykować.

Związek Joey­‑Lina jest jedynym pokazanym w Heromanie wątkiem romantycznym (choć został też zasugerowany inny), który ciągnie się przez całą serię, rozwijając uczucie między młodymi bohaterami. Tak, rozwijając, etap oficjalnego chodzenia ze sobą na randki zaczyna się już w pierwszej połowie serii. Wątek ten stanowi miłą odmianę dla gatunku, nawet jeżeli jest ciut wyidealizowany, z bogatą i aktywnie dążącą do związku dziewczyną oraz biednym chłopakiem, starającym się spokojnie to ułożyć, a także zbyt platoniczny na mój gust. Mimo wszystko przyjemnie się ogląda ich wzajemne relacje.

Pozostałymi członkami grupy są Psy, przyjaciel Joeya z okaleczoną nogą (oraz fryzurą Spike’a z Cowboya Beboba po 10 kilogramach nawozu), oraz profesor Denton, zwariowany nauczyciel, który czasem bywa mniej dojrzały niż jego trzynastoletni przyjaciele. Podobnie jak i reszty obsady, po prostu nie da się ich nie lubić, zwłaszcza Dentona, który obok doktora Minamiego oraz Holly jest jedną z moich ulubionych postaci z Heromana. Jest coś urzekającego w nauczycielu­‑szalonym naukowcu, który chwilami zachowuje się jak duże dziecko, ale jednocześnie przejawia silne poczucie odpowiedzialności. Poza tym jest on głównym dostarczycielem informacji naukowych na poziomie podstawówki, które doskonale się wpasowują do serii. Psy jest też całkowicie w porządku. Nie tylko prezentuje standardowy typ przyjaciela­‑starszego brata (pochodzi przy tym z próżni, nigdy nie poznajemy jego rodziców), zdobywa też sympatię staraniami o przezwyciężenie ograniczeń związanych z niesprawną nogą, choć niejednokrotnie pewne rzeczy są poza jego możliwościami. Jedną z rzeczy, która w Heromanie najbardziej mi się podobała, był dynamizm głównej drużyny i wsparcie udzielane przez przyjaciół. Oczywiście walkami głównie zajmują się Heroman i Joey, ale to jest właśnie ich rola. Denton dostarcza szalonych (bardziej) lub zdroworozsądkowych (mniej) planów, Psy udziela pomocy, na jaką tylko go stać, Lina zaś, jak wspominałem, ogranicza się głównie do moralnego wsparcia. Często jest też trzymana z dala od niebezpieczeństw, jednakże widać, że jest gotowa angażować się, jak tylko może, co stanowi wspólną cechę całej drużyny.

Po inne postacie twórcy Heromana woleli sięgać dopiero wtedy, kiedy było to niezbędne dla fabuły, by potem odsunąć je z powrotem na dalszy plan. Warto jednak jeszcze wspomnieć o Willu oraz Holly. Will odegrał najmniej spodziewaną rolę, gdyż z własnej winy został ciężko doświadczony przez los. Holly, której powiązań rodzinnych nie będę tu zdradzać, też okazała się inna, niż początkowo ją ukazywano, przy tym pozostając cały czas naprawdę fajną postacią, jako zwariowana amerykańska nastolatka. Szkoda jednak, że nie do końca wykorzystano jej potencjał – mogła przydawać się w drużynie w podobnym stopniu jak Psy, ostatecznie jednak musiała ograniczyć się do roli wsparcia moralnego. Złoczyńcy w tej serii są prości i raczej jednowymiarowi, choć wynika to z wymogów gatunku. Nie można odmówić złemu Obcemu, Koggorowi, bezwzględności, gdy nie patyczkuje się z wrogami, a podkręcający wąs doktor Minami potrafi dostarczać rozrywki swym zachowaniem. Dobrze rozpisaną postacią jest też agent NIA Hughes, będący najbardziej kompetentną postacią dorosłą.

Klimatycznie Heroman ma idealistyczne podejście do świata. Ukazuje ludzi jako generalnie dobrych i skłonnych do bohaterstwa: armię osłaniającą ewakuację cywilów, albo zwykłych ludzi, odbudowujących miasto. Idealizm serii jest jej stałym elementem, jest ona wręcz listem miłosnym adresowanym do historii o prostych i czystych superbohaterach. Pomimo tego fabuła potrafi zawierać elementy całkiem poważne, jak to, z czym muszą się zmierzyć bohaterowie po inwazji, a także mroczne, jak w finale serii. Jeżeli miałbym się wypowiedzieć na temat finału, uważam, że seria rzeczywiście mogłaby mieć bardziej spektakularne zakończenie (choć tego nie brakowało): jest ono typu „a przygoda trwa dalej” i minusem jest, że nie do końca przesądzony został ostateczny los pewnej postaci. Jednakże uważam, że zakończenie Heromana jest w pełni odpowiednie. Morał jest zgodny z tym, co pokazano w serii, a przy tym całkiem zgrabny i bardzo podobał mi się ostatni odcinek oraz jego kluczowa scena, gdzie seria podkreśliła, czym chce zawsze być. Zakończenie otwarte, które poza sprawą jednej postaci może stanowić dobre zamknięcie serii, pasuje do sposobu, w jaki historia została opowiedziana, do jej komiksowej struktury fabularnej. Na początku mamy wstęp, pojawienie się superbohatera, potem następuje pierwszy kryzys, któremu musi sprostać. Po kryzysie ma miejsce reakcja świata oraz związane z nią problemy herosa. Później zaś bohater musi stawić czoła kolejnym, mniejszym wyzwaniom, aż w końcu pojawi się nowy kryzys, jeszcze groźniejszy niż poprzedni. A potem? A potem przygoda trwa dalej. Może po prostu uległem magii Stana Lee, który samym nazwiskiem nasuwa takie skojarzenia, ale myślę, że takie określenie jest trafne.

Wizualnie jest to produkt studia BONES i jak zawsze ich dzieło zostało pod tym względem dopieszczone. Styl, w jakim są narysowane postacie, jest prosty, jednak ma swój urok. Postacie są animowane poprawnie i pomyślano odpowiednio o ich ruchach oraz mimice. Tła także są dopracowane i szczegółowe, a umieszczenie Central City na pogodnym Zachodnim Wybrzeżu oraz użycie jasnych kolorów współgra z lekkim klimatem serii. Walki również są dobrze pokazane – szczególnie warto zwrócić uwagę na intensywne, trwające półtora odcinka starcie z doktorem Minamim. Co prawda czasem animacje ulegają recyklingowi (głównie pokaz aktywacji mocy Heromana), zaś podstawowym atakiem Heromana jest cios pięścią, jednakże zmienność otoczenia i jego wpływ na choreografię walk, a także pomysły związane z jego wykorzystaniem przy nierzadkich strategicznych problemach, dostarczają różnorodności, co pomaga przy średnim zróżnicowaniu przeciwników. Jest co prawda zauważalny spadek animacji w ostatnich pięciu odcinkach przy mniej ważnych scenach z postaciami oraz w pomniejszych starciach finałowej bitwy, ale to krótkie oraz wyjątkowe sytuacje. Przez zdecydowaną część czasu animacja stoi na równym wysokim poziomie, nigdy nie zawodząc przy żadnej ważnej scenie.

Od strony muzycznej też jest dobrze. Co prawda ścieżka dźwiękowa nie zawiera epickich pieśni (poza użytym w finale Advent), jednakże jest dobrze przygotowana i pasuje do tego, co się dzieje. Ma też amerykańskie „czucie”, jak w ostrym, rockowym Insolence, towarzyszącym Holly, przesympatycznym i radosnym gitarowym Hope czy energetycznym rockowym Friend. Są też utwory z anglojęzycznym wokalem, jak Joey and Heroman, używane podczas zwycięskiego kopania tyłków, Fun w słodszych momentach, czy wykorzystywane w części walk You Are My Hero (akurat ten kawałek za bardzo w moje gusta nie trafiał), oraz ogólny podkład pod Skruggi (który byłby dość monotonny, gdyby właśnie nie świetny wokal). Niji no Fumoto jest jedynym utworem niebędącym openingiem czy endingiem, a śpiewanym po japońsku, ale ma też Zachodnie brzmienie i jest idealnie dobrany przy drugim wykorzystaniu: szkoda że nie jest długi. Świetnym utworem jest też przepiękny Combat, będący połączeniem syntezatorów, pianina i chórów, używany w najdramatyczniejszych momentach. Inne kawałki też są dobrze dobrane i pasują do postaci, którym towarzyszą, jak na przykład Madness w przypadku doktora Minamiego.

Co do openingów (których świetne animacje spoilerują, choć trzeba zwracać uwagę na szczegóły): pierwszy, Roulette, nie jest najwyższych lotów, jeżeli chodzi o wokal, ale nie można odmówić mu niesamowicie amerykańsko­‑superbohatersko­‑radosnego klimatu. Drugi opening, Missing w wykonaniu Kylee, jest zaś po prostu dobry, emocjonalnie przechodząc między fragmentami smutnymi a bardziej radosnymi. Jeśli chodzi o endingi, Calling z animowanym komiksem ze scenami prosto ze starych historii o chłopcu i robocie jest równie klimatyczny, jak pierwszy opening i dla mnie wokalnie lepszy od niego. Boku no Te wa Kimi no Tame ni też mi się podobał z powodu połączenia animacji postaci oraz zdjęć, a w wykonaniu muzycznym był całkiem spokojnie sympatyczny. Choć muzycznie wszystko jest dobrze lub doskonale dopasowane do tego, co się dzieje na ekranie, wadą ścieżki dźwiękowej jest jej krótkość. Z kolekcji 31 utworów aż 11 trwa poniżej dwóch minut, chociaż tylko jeden był krótszy niż półtorej minuty.

Podkładający głos Dentona Chou był świetnie dopasowany do postaci zwariowanego nauczyciela, tak samo dobrze spisał się Yasunori Matsumoto jako doktor Minami, a Hiroki Touchi rzetelnie wcielił się w rolę Hughesa. Poza tym warto też wymienić Unshou Ishizukę jako Koggora oraz z mniej ważnych ról Naomi Shindou (nauczycielka Vera), znaną między innymi jako Cagalli z Gundam SEED, oraz Koujiego Ishiiego (ojciec Liny), którego możemy pamiętać jako Kotarou Taigę z GaoGaiGar. Interesujące jest to, że role głównych bohaterów zostały powierzone debiutantkom. Mikako Komatsu wcieliła się w Joeya, a Mayu Obata w Linę.

Jeśli chodzi o wady, jak wspomniałem, seria jest prosta i widać to chociażby w tym, że Joey bez problemu utrzymuje przed swą rodziną swój sekret, okazyjnie ocierając się o chwyty na miarę mistrzowskiego kamuflażu Clarka Kenta w postaci okularów na nosie. Także historia jest prosta i przewidywalna (choć miewa zaskakujące elementy), a w założeniach jest dość wtórna. Według mnie jednak twórcy chcieli stworzyć oldschoolową serię ze współczesną narracją, co się im udało. To, że seria jest uczciwie prosta, co stawia ją nad seriami prostymi, ale udającymi, że tak nie jest, faktu prostoty nie zmienia. Dlatego może się nie podobać osobom, które wolą skomplikowane historie. Ponieważ jednak jest to produkcja wyraźnie kierowana do młodszych widzów, nie uznaję tego za wadę, tylko za element przyjętej konwencji. Nie można w końcu winić trójkąta za to, że nie jest kołem. Można też narzekać na brak trudnych wyzwań dla bohaterów w pierwszych trzech odcinkach: początek serii jest jej najsłabszą częścią, choć nie wypada źle. Po prostu skupiono się bardziej na wprowadzeniu postaci oraz zapoczątkowaniu rozwoju Joeya, który przez pierwsze odcinki nie sprawiał wrażenia porządnego głównego bohatera. Jeśli chodzi o takie stałe elementy gatunku, jak nowe moce znikąd, to poza trzema­‑czterema pierwszymi odcinkami, które w końcu są po to, aby zaprezentować posiadany wachlarz możliwości, tylko dwie zostały wyciągnięte bez wcześniejszego uprzedzenia. Pierwszy przypadek został wykorzystany do osiągnięcia ważnego efektu w walce, w drugim było to związane z rozwojem postaci. W finale skorzystano z innej typowej zagrywki shounenów, chociaż mnie pasowało jej użycie, pozwalające na osiągnięcie zamierzonego efektu.

Warto też zadać pytanie, w jakim stopniu Heroman jest połączeniem świata Zachodniego z japońskim. Historia o chłopcu i jego robocie (czy czymkolwiek innym) przewijała się na Zachodzie i Wschodzie, więc jest to cecha wspólna. Struktura fabuły przypomina, jak mówiłem, komiksową, a seria jest lekko stylizowana na kreskówki z lat 90., takie jak Spider­‑man (Joeya pewne cechy łączą z Peterem Parkerem). Ze współczesnych produkcji Zachodnich kojarzy mi się ona najbardziej z Ben 10 (choć Ben 10 ma epizodyczną strukturę z potworem tygodnia) oraz, głównie na początku, z Robotboyem (na zasadzie „to jest jak Robotboy, tylko że nie jest żałośnie beznadziejną kichą”). Napis „To Be Continued” przypomina ten z Powrotu do przyszłości, a Denton kojarzy się nieco z Docem Brownem, zresztą seria zawiera liczne nawiązania do zachodnich produkcji, zwłaszcza tych spod znaku Marvela. Heroman zrezygnował z części elementów typowych dla tego rodzaju produkcji w wykonaniu Japończyków (ma zbyt optymistyczne nastawienie, zbyt wyidealizowaną wizję świata, brak za to niepotrzebnego melodramatyzmu, ograniczono umowne przerysowania przy emocjach, a także fanserwis) oraz Zachodnich (brak epizodyczności, praworządny dobry główny bohater jest obecnie rzadko spotykany, ugrzecznione poczucie humoru oraz japoński styl grafiki i animacji). Nie było przy tym jednak żadnych niesamowitych objawień w ekspresji twórczej, po prostu starano się zrobić familijną produkcję, łączącą to co dobre i wspólne z dwóch różnych stylów. Wszystko to wyszło Heromanowi na dobre i żałuję, że seria nie odniosła komercyjnego sukcesu w Japonii.

Ostatecznie wystawiam tej serii 8/10. Nie jest to tytuł, który trzeba koniecznie obejrzeć i nie jest to najlepsze możliwe połączenie amerykańskiego komiksu i anime, ale Heroman urzekł mnie swoją uwspółcześnioną „oldschoolowatością”. Uważam go za porządnie zrobioną serię familijną z dobrze opowiedzianą fabułą i przesympatycznymi postaciami, z niezłym podkładem muzycznym oraz świetną animacją studia BONES. Dzięki rzetelnemu wykonaniu Heroman w pełni zasługuje na uznanie jako to, czym w końcu jest. Ci, którzy nie lubią prostych produkcji dla dzieci, mogą odjąć sobie od oceny jedno oczko, a jeśli nie lubi się ogólnie historii o superbohaterach, można kolejne. Heroman jest produkcją lekką, przyjemną i przystępną, uczciwie prostą oraz obdarzoną urokiem. Jest to dobra seria do obejrzenia z młodszym rodzeństwem lub gdy szuka się czegoś relaksująco­‑optymistycznego i radosnego w tematyce superbohaterów.

Gamer2002, 23 stycznia 2011

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: BONES
Autor: Stan Lee, Tamon Oota
Projekt: Shigeto Koyama
Reżyser: Hitoshi Nanba
Scenariusz: Akatsuki Yamatoya