Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Kyaa! - magazyn o animacji, mandze i kulturze japońskiej

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

3/10
postaci: 3/10 grafika: 7/10
fabuła: 2/10 muzyka: 9/10

Ocena redakcji

4/10
Głosów: 5 Zobacz jak ocenili
Średnia: 4,40

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 1128
Średnia: 6,74
σ=2,34

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Easnadh)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Kuroshitsuji II

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2010
Czas trwania: 12×25 min
Tytuły alternatywne:
  • Black Butler II
  • 黒執事II
Gatunki: Horror, Komedia
Postaci: Anioły/demony; Miejsce: Europa; Czas: Przeszłość; Inne: Supermoce
zrzutka

Pstra iście sztuki tej intryga — / Każdy ją pomni widz, czyli „Czarny Kamerdyner”, akt drugi. Tylko czy na pewno potrzebny?

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Takasugi

Recenzja / Opis

Drugiemu sezonowi Kuroshitsuji od początku towarzyszyły żywe emocje, co nie powinno dziwić, zważywszy na popularność pierwszej serii. Emocje te jeszcze się zwiększyły – najpierw, gdy twórcy pokazali projekty dwóch nowych i najprawdopodobniej głównych postaci: młodego panicza Aloisa Trancy’ego (nazywanego w dalszej części recenzji Alojzym) i jego kamerdynera Claude’a Faustusa (tak zwanego „Kłodka”, od „kłody”, bo taką też żywotność ów osobnik przejawia), a potem – po wypuszczeniu zwiastuna. Przyznam, że obydwa „zachęcacze” podziałały na mnie nieco inaczej, niż sugeruje ich nazwa, a konkretnie: całkowicie odwrotnie. Ale bycie fanką Kuroshitsuji, zwyczajna ciekawość czy przekonanie, że nie należy tytułu przekreślać z góry, sprawiły, że postanowiłam zignorować intuicję. Obejrzałam dwanaście mrożących krew w żyłach odcinków Kuroshitsuji II. I oto, co z tego wynikło.

Już rok i trzy miesiące mijają od czasu, kiedy to Sebastian zabrał Ciela na wyspę demonów, aby wyssać z niego duszę. Jednakowoż z Cielem czy bez Ciela, życie toczy się dalej, a każdy egzystuje na miarę własnych możliwości. Przykładowo, dzień takiego Alojzego zaczyna się następująco: kamerdyner podaje mu herbatę do łóżka, ubiera, a potem oznajmia plan dnia. Tym razem nasz młody bohater będzie musiał spotkać się z grupką głupich dorosłych: swym wujem i pastorem (oraz hrabią Druitt na doczepkę), po czym elegancko ich spławić. Brzmi znajomo, prawda? Cóż, dokładnie w taki sam sposób rozpocząła się pierwsza seria Kuroshitsuji. Serdecznie dziękuję twórcom za zgrabne nawiązanie, ale czy nie można było zachować klasy pierwowzoru? Co jak co, ale wydłubywanie przy śniadaniu oka pokojówce dla zwykłego kaprysu czy rozrzucanie banknotów z balkonu przy wtórze szaleńczego śmiechu jest dla mnie mało zabawne, niesmaczne oraz w złym guście. No tak, a to dopiero połowa pierwszego odcinka, czeka nas jeszcze więcej niespodzianek. Bo pod wieczór, kiedy na zewnątrz szaleje straszliwa burza z piorunami, Alojzy ma gościa – do drzwi rezydencji puka dzierżący sporą walizę podróżny, okutany w płaszcz, z kołnierzem i cylindrem zasłaniającymi twarz. Wielbicielki głosu Daisuke Ono spostrzegą już po pierwszych wymówionych przez dziwnego osobnika sylabach, innych prawdopodobnie olśni przy kolacji – tylko jedna osoba może oskarżyć kamerdynera o niedbalstwo tylko dlatego, że na brzegu talerza znajduje się maluteńka kropelka sosu psująca kompozycję. Tak, nasz tajemniczy podróżny to Sebastian! Wrócił, ma się dobrze, tylko… Gdzie Ciel?

Ciel też jest. Gdzie, co, jak i dlaczego – nie zdradzę, jako że informacje te są ujawniane stopniowo. I chociaż na początku tworzy to ogromny chaos, to jednak nie uważam tego za całkowicie złe posunięcie – dzięki temu zachowana jest pewna doza napięcia, a widz może sobie powoli kompletować układankę, kawałek po kawałeczku. Poza tym jednak sama fabuła do pewnego momentu sprawia wrażenie, jakby była tworzona „na kolanie” (to jest: scenarzysta wsiadł sobie rano do metra i stwierdził, że ma w sumie godzinę jazdy przed pracą, więc akurat wystarczająco dużo czasu, by coś wymyślić), bo co rusz wyskakujące mniej lub bardziej głupawe niespodzianki potrafią przyprawić o bolesny opad szczęki tudzież nagłe, acz mocne przeczucie, że na trzeźwo to się jednak dalej nie da. I chociaż im bliżej końca, tym wydarzenia stają się trochę bardziej składne (chociaż momentami dalej rozbrajająco idiotyczne), to dla mnie pomimo wszystko fabuła w ogólnym rozrachunku prezentuje się dość bezsensownie. O ile w pierwszym sezonie główny cel był konkretny i zrozumiały, o tyle w drugim wydawał mi się on zdecydowanie naciągany, a seria sprawiała wrażenie bycia nastawionej na czerpanie korzyści z dalszego eksploatowania cieszącego się tak wielką popularnością tytułu i tak atrakcyjnej postaci, jaką jest Sebastian oraz ze zwiększonej dawki fanserwisu, głównie shounen­‑ai i shotaconu (relacje paniczów i kamerdynerów w różnych kombinacjach zostały niestety sprowadzone głównie do tego, ech…), ale nie tylko. Przykre, ale prawdziwe.

Z bohaterami sprawa nie ma się wcale lepiej. Nowi są kompletnie płascy i irytujący, a starzy albo wiele stracili ze swojego uroku, albo też ich czas antenowy to jakaś jedna minuta podzielona pomiędzy kilka odcinków. Widząc, jakie „ochy” i „achy” wywoływała postać Sebastiana, twórcy najwidoczniej doszli do wniosku, że warto sprawić, by był on jeszcze wspanialszy, dlatego też tym razem nasz mroczny lokaj zatrzymuje pociągi jedną ręką i fruwa w powietrzu na oczach zupełnie przypadkowych widzów. Niby w pierwszej serii robił podobne cuda, ale starał się być dyskretniejszy, co było zdecydowanie bardziej zrozumiałe i realistyczne. Przez pewien czas miałam wrażenie, że jedyną postacią, która trzyma klasę, jest Ciel, z czasem jednak okazało się, że im dalej, tym gorzej; co się scenarzyście ubzdurało zrobić z tym biednym chłopcem, to przechodzi najśmielsze pojęcie. Ale nawet to nie umywa się do emocji, jakie wywołały u mnie nowe postaci. Patrząc na Alojzego, Kłodka i Hannah (jednooką pokojówkę) nie wiedziałam: śmiać się, płakać czy skopać i wyrzucić komputer przez okno. Blond­‑paniczyk to mały psychol i sadysta, wyjątkowo niestabilny emocjonalnie, mający niezidentyfikowaną papkę składającą się z niewyleczonych kompleksów i TraumTM zamiast mózgu. Nic oryginalnego. Kłodek sprawia wrażenie kija od szczoty, kompletnie pozbawionego uroku Sebastiana (czy w ogóle jakiegokolwiek uroku), a na dodatek ma on swoje dziwne zboczenia (i nie mam tu na myśli czegoś tak niewinnego jak bycie nieuleczalnym kociarzem). Momentami twórcy starają się coś zmienić, dodać do jego osobowości odrobinę humoru lub niesamowitości (nie potrafię stwierdzić, co dokładnie, bo zwyczajnie nie zrozumiałam ich zamiarów), ale wychodzi im to raczej żałośnie i niezrozumiale, jak na przykład w scenie ze stepowaniem na balustradzie (dawno nie widziałam czegoś tak porażającego). Z kolei wnioskując z openingu od początku jasnym było, że Hannah będzie miała do odegrania jakąś ważniejszą rolę, niestety, przez większość czasu i tak zachowuje się jak absolutnie uległa emo ścierka do podłogi. A cała trójka ma jakąś dziwną obsesję na punkcie lizania i wylizywania. Ach, no tak, wcale często pojawia się także nasz stary znajomy, bóg śmierci Grell, jednak jako że tym razem, jak już wspominałam, twórcy postanowili położyć większy nacisk na podteksty shounen­‑ai, jego umizgi do Sebastiana są o wiele bardziej nachalne i w moim odczuciu bardziej idiotyczne niż zwykle. Ogólnie – bida z nędzą, aż piszczy.

Po obejrzeniu kilku pierwszych odcinków do teorii o pisaniu scenariusza „na kolanie” w metrze mimo woli dorobiłam teorię o braku pieniędzy i sprzątaczkach zatrudnionych dorywczo na miejsce rysowników i animatorów. Owszem, pierwszy odcinek był śliczny. Z kolei drugi – płaski kolorystycznie i koszmarnie krzywy. Trzeci znowu niebrzydki, a czwarty wręcz przeciwnie. Na szczęście, kiedy już pogodziłam się z myślą o nieuchronnym systemie co drugiego ładnego odcinka, grafika zaczęła utrzymywać jedną stałą, niezłą jakość, mniej więcej na poziomie pierwszego sezonu, z potknięciami widocznymi tylko w przypadku postaci znajdujących się na dalszym planie. Cóż, po tak rozbudowanej kampanii reklamowej, stworzeniu dwóch świetnych i wysokiej jakości graficznej openingów oraz zatrudnienia bardzo znanej grupy the GazettE do zaśpiewania piosenki, początkowe wahania „wydać więcej pieniędzy na grafikę albo nie wydać, oto jest pytanie” właściwie nie powinny dziwić. Można tylko się cieszyć, że nie było gorzej.

Co do strony muzycznej: Kuroshitsuji II wykorzystuje wiele utworów ze ścieżki dźwiękowej poprzedniej serii, więc rozwodzić się nad tym jakoś szczególnie nie będę, jako że wiadome jest, iż było tam wiele świetnych kawałków. Skupię się więc na openingu i endingach oraz jednej ciekawostce. Jak już wspomniałam, opening SHIVER wykonywany jest przez the GazettE, co było dla mnie dużym zaskoczeniem, bo nie spodziewałam się, że kiedykolwiek usłyszę tę grupę – bardzo przeze mnie lubianą, nawiasem mówiąc – w jakimkolwiek anime. Utwór sam w sobie jest energiczny, ale dzięki głębokiemu głosowi Rukiego zawiera też w sobie mroczną nutkę, co daje znakomity efekt. Endingi są natomiast dwa: pierwszy to spokojna, melodyjna i bardzo ładna ballada Bird śpiewana przez Yuuyę Matsushitę; drugi (pojawiający się w odcinku ósmym i dwunastym) to także ballada, ale brzmiąca o wiele dramatyczniej – i nie ma się temu co dziwić, skoro utwór Kagayaku Sora no Sijima ni wa wykonywany jest przez grupę Kalafina, która podbiła serca wielu fanów przepiękną Lacrimosą w pierwszej serii. W połączeniu z animacją, opening i endingi tworzą tak naprawdę jedyny godny uwagi element w Kuroshitsuji II. Co do wspominanej przeze mnie ciekawostki: w ostatnim odcinku mamy okazję usłyszeć niezwykle klimatyczną walijską kołysankę Suo Gân, śpiewaną przez Hannah. Jak ma się walijska piosenka do opowieści o angielskim chłopcu, posiadającym na dodatek francuskie imię, tego nie wiem – w wersji optymistycznej jest to przemyślane nawiązanie twórców do pojawiającej się w legendzie arturiańskiej (a więc – walijskiej) łodzi płynącej do Avalonu. W wersji pesymistycznej – kolejny dziki pomysł, stworzony „tak o”. Tym niemniej jest to ładny utwór, zdecydowanie wart przesłuchania w wersji śpiewanej przez nie­‑Japonkę. Do znanej nam z poprzedniego sezonu grupy seiyuu dołączają trzy nowe nabytki, a wszystkie znane i sławne: Takahiro Sakurai (Suzaku Kururugi z Code Geass, Misaki Takahashi z Junjou Romantica) jako Kłodek, Nana Mizuki (Hinata Hyuuga z Naruto, Wrath z Fullmetal Alchemist) jako Alojzy oraz Aya Hirano (Haruhi z Melancholii Haruhi Suzumiyi, Misa Amane z Death Note) jako Hannah.

W większości przypadków Kuroshitsuji II wzbudza skrajne emocje: usatysfakcjonowanie i zadowolenie albo zniesmaczenie. Duża część fanek przygód demonicznego lokaja i jego ponurego młodego pana z pewnością będzie ukontentowana; z przeczytanych do tej pory komentarzy wysnuwam też wniosek, że mocniejszy nacisk na podteksty shounen­‑ai również może mieć w tym swój całkiem spory udział. Nie będę jednak ukrywać (bo i nie ma po co), że niżej podpisana recenzentka należy zdecydowanie do tej drugiej grupy – kontynuację zrobioną na siłę i bez klasy uważa za całkowicie niepotrzebną. I jedyne, co jej zostało, to siąść, załamać ręce, zapłakać (przeklinanie niczym pijany szewc jakoś chyba nie pasuje do konwencji) i zawołać: „Niech ktoś w końcu opuści kurtynę i nigdy już jej nie podnosi!”.

Easnadh, 26 września 2010

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: A-1 Pictures
Autor: Yana Toboso
Projekt: Minako Shiba
Reżyser: Hirofumi Ogura
Scenariusz: Mari Okada
Muzyka: Taku Iwasaki