Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Kyuu.pl

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

8/10
postaci: 9/10 grafika: 7/10
fabuła: 8/10 muzyka: 8/10

Ocena redakcji

8/10
Głosów: 13 Zobacz jak ocenili
Średnia: 7,85

Ocena czytelników

9/10
Głosów: 856
Średnia: 8,82
σ=1,28

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Piotrek)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Steins;Gate

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2011
Czas trwania: 24×24 min
Tytuły alternatywne:
  • シュタインズ ゲート, シュタインズ・ゲート
Pierwowzór: Gra (bishoujo); Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność
zrzutka

Samozwańczy szalony naukowiec i jego równie ekscentryczna grupka asystentów przypadkiem konstruują wehikuł czasu. Czy jednak nie spowoduje to nieprzewidzianych konsekwencji i nie przyciągnie pożądliwych spojrzeń smutnych panów w czarnych garniturach?

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Motyw podróży w czasie należy do powszechnie wykorzystywanych schematów fabularnych obecnych w każdym możliwym medium. W odniesieniu do anime szersza publiczność kojarzy go zapewne z rozlicznych stricte przygodowych wariacji na temat przenoszenia uczniów do ery szlachetnych samurajów, względnie z bardziej klasycznego i dość ciepło przyjętego przez widzów oraz krytyków filmu O dziewczynie skaczącej przez czas. Trudno jednak z pełnym przekonaniem rzec, aby Japończycy wyjątkowo rozpieszczali zróżnicowaniem tak ujętych historii, dlatego też ukazanie się na horyzoncie Steins;Gate można było potraktować jako obiecującą perspektywę na wniesienie kilku świeżych rozwiązań do gatunku. Nadzieje te były całkiem powszechne i to mimo znanych zawczasu założeń, dość jednoznacznie wskazujących na inspirację wieloma klasycznymi pozycjami, zarówno książkowymi, jak i filmowymi.

Na wstępie warto więc przynajmniej częściowo sprecyzować przynależność gatunkową recenzowanego serialu, tak aby rozwiać wszelkie wątpliwości. Wbrew pozorom nie jest to podążająca za najbardziej popularnymi trendami opowieść moralizatorska, ostrzegająca przed próbą zmiany losu za wszelką cenę, ani też przyciężkie od technicznego żargonu science­‑fiction. Da się co prawda dostrzec oba te elementy, ale jedynie jako składowe szerzej zakrojonego projektu, będącego bardziej zabawą dotychczasową konwencją niż próbą stworzenia czegoś całkowicie nowego. Wynika to po części z rodowodu produkcji, gdyż jest to adaptacja visual novel stworzonej przez dość znane w branży studio Nitroplus. Autorzy anime mieli więc do dyspozycji niemal stuprocentowo gotowy scenariusz, który wystarczyło przełożyć na język animacji, ale też musieli liczyć się z bagażem cech charakterystycznych dla tych interaktywnych opowieści komputerowych, jak choćby dominującej grupy odbiorców, złożonej z w miarę jeszcze młodych osobników płci męskiej.

W związku z powyższym nie powinno nikogo dziwić, iż do głównego bohatera w mniejszym lub większym stopniu klei się cała masa żeńskich postaci, a początkowe sekwencje swym momentami beztrosko nonszalanckim klimatem i natężeniem popkulturowych motywów mogą przyprawiać o istny mętlik w głowie. I choć w późniejszym czasie wydarzenia trafiają na zgoła odmienne tory, nabierając odpowiedniej powagi znakomicie kontrastującej z ekstrawaganckim początkiem, to jednak znajdzie się grupa widzów, którzy stwierdzą, że rozwiązania typowe dla haremówek w ogóle nie powinny mieć miejsca. Pozostaje mi tylko zapewnić, że mimo ewentualnych wątpliwości na początku seansu warto jednak wytrwać, gdyż anime rozkręca się z odcinka na odcinek, w sposób spójny i zrozumiały rozprawiając się z tematyką podróży w czasie.

Wszystko zaczyna się w momencie, gdy Rintarou Okabe, cudaczny typ podający się za szalonego naukowca, wraz z dwójką nieformalnych asystentów oddający się konstruowaniu równie dziwnych co bezużytecznych wynalazków, przypadkowo składa urządzenie pozwalające na wysyłanie e­‑maili w przeszłość. Zaintrygowani bohaterowie postanawiają poznać zasadę działania swego zaskakującego wynalazku, ale poza czystą ciekawością nie mają bliżej określonych planów co do jego wykorzystania. Sprawy komplikują się jednak w momencie, gdy w poszukiwaniu dalszych informacji grupka postanawia włamać się na stronę organizacji SERN (dla nieorientujących się w temacie – aluzja do Europejskiej Organizacji Badań Jądrowych), która jak wieść niesie, także zajmuje się podróżami w czasie. Informacje, na które natrafiają, okazują się równie szokujące, co niebezpieczne.

Rozwój wypadków jest uporządkowany, logiczny i przekonująco rozprawia się z technicznymi niuansami. Idea funkcjonowania wehikułu czasu, a także wszelkie związane z tym szczegóły nie wykazują luk w rozumowaniu autorów. Wręcz przeciwnie, pokazują bogactwo nawiązań oraz fakt, że scenarzyści oryginalnej visual novel wykazali się szeroką znajomością filmów, literatury i ciekawostek obejmujących temat (jak choćby wykorzystanie postaci Johna Titora, samozwańczego przybysza z przyszłości, który swego czasu udzielał się w internecie). Także twórcy anime udowodnili zrozumienie treści wyjściowego materiału i nie pogubili się po drodze, unikając zauważalnych wpadek w adaptacji fabuły. Jedynie co do idei powstania wehikułu przez czysty przypadek z dostępnych na co dzień urządzeń (m.in. telefon komórkowy i mikrofalówka) można by się przyczepić, ale jest to element konwencji. Szczerze powiedziawszy, lepiej, że pewne kwestie pozostawiono niewyjaśnione niż miano by się silić na udziwnione do granic możliwości teorie i pseudonaukowe, albo co gorsza nadprzyrodzone wątki. Równie istotny jest fakt, iż nie można narzekać na brak zróżnicowanych zwrotów akcji, sensownie podzielonych na całkowicie nieprzewidywalne i zaskakujące, ale po chwili namysłu dobrze wpasowujące się w fabułę, i te bardziej oczywiste, które uważny widz może bez większego trudu odgadnąć, odczuwając przy okazji satysfakcję ze swych mniej lub bardziej imponujących zdolności dedukcyjnych.

Minimalnie gorzej wypada na tym tle praca reżysera, Hiroshiego Hamasakiego, któremu nie udało się całkowicie uniknąć przesadnej teatralności kilku poważniejszych scen. Ze względu na osobowości bohaterów i grę seiyuu nieuniknione były co prawda momenty na granicy przerysowania, ale zdarzyło się parę razy, że lekkie przyhamowanie i złagodzenie ekspresyjnych zapędów ekipy wyszłoby anime na dobre. Takowych hamulców nie stosowano za to, gdy na pierwszy plan wysuwały się wspomniane wcześniej popkulturowe naleciałości. I całe szczęście! Dawno nie miałem okazji oglądać tytułu obfitującego w równie rubaszny, ale nieprzekraczający rozsądnych granic humor. Dowcip nie osiąga może szczytów finezji, ale zdecydowanie zapada w pamięć (zapewniam, że już nigdy nie spojrzycie takim samym wzrokiem na banany). Co istotne, wszelkie lżejsze sceny wynikają bezpośrednio z osobowości postaci, nie zaś z widzimisie autorów.

Bohaterowie stanowią zresztą najmocniejszy atut tytułu, będąc w stanie przekonać do siebie nawet tych widzów, którzy pozostali sceptyczni wobec naukowego wątku opowieści. Prym w laboratoryjnej szajce wiedzie jej przywódca, Rintarou Okabe (czy też Hououin Kyouma, jak sam uprasza, by go nazywać) – osobnik na pierwszy rzut oka sprawiający wrażenie zdziecinniałego i niezbyt zdrowego na umyśle. Nieustannie przekonany o śledzących go tajnych organizacjach, gadający od rzeczy do wyłączonego telefonu komórkowego i planujący przejęcie władzy nad światem z iście obłąkańczym śmiechem (oklaski na stojąco za rolę dla Mamoru Miyano, który wyróżnia się nawet w obliczu faktu, że reszta seiyuu także doskonale się spisuje). Tak naprawdę okazuje się jednak rozsądnym człowiekiem z dużymi zapasami empatii, dbającym o swych współpracowników. Wśród nich znajdziemy otyłego hakera-otaku, którego bezcenne wprost kwestie wprowadzają masę humoru (i mogłyby go spokojnie zaprowadzić przed sąd za molestowanie seksualne) oraz wykształconą za granicą Kurisu, często na siłę szufladkowaną jako typowa bohaterka tsundere tylko ze względu na połączenie wrodzonej wyniosłości i wrażliwości. Nie sposób pominąć także trochę oderwanej od rzeczywistości Mayuri – dziewczyny będącej „zakładniczką” szalonego naukowca i potrafiącej wypowiedzieć swe charakterystyczne „Tutturu!” w sposób, który jednych zachwyci, a innym zamieni zawartość czaszki w budyń. Do tego doliczyć należy całą masę dodatkowych postaci pojawiających się w różnych momentach historii i niejednokrotnie odgrywających w niej zaskakujące role. Tak to jednak bywa, gdy grzebiąc przy czasie, zmienia się rzeczywistość.

Relacje między bohaterami są złożone, i to nie tylko ze względu na zatrzęsienie dziwactw, jakimi charakteryzuje się każda osoba. Sporo miejsca, zwłaszcza z początku, poświęcono rzeczom pozornie przyziemnym, które mogą być postrzegane jako błahe „rozmowy o pogodzie”, ale dobrze pokazują, jak pośród spraw z pozoru nieistotnych tworzą się więzi przyjaźni. Trochę paradoksalnie, ów dobrze przygotowany aspekt serialu w praktyce nie służy kreowaniu rozbudowanego wątku obyczajowego, a jedynie przydaje realizmu wydarzeniom. Łatwiej jest zaakceptować decyzje (nawet te z pozoru dziwne), gdy wiadomo, że przemawiają za nimi konkretne i udokumentowane stosunki międzyludzkie. Jest to zresztą kolejna z pozostałości po komputerowym rodowodzie scenariusza, którą to twórcy zdecydowali się zachować zamiast ograniczać , podejmując przy tym trafną decyzję.

Kolejną zaletą Steins;Gate jest jakość wykonania. Rysunek pozostaje w dużym stopniu wierny stylistyce oryginału, przyjemny dla oka i w miarę szczegółowy. Trzeba odrobiny czasu, by przyzwyczaić się do charakterystycznego sposobu operowania oświetleniem i doboru barw przy tworzeniu tła, ale ogólne wrażenia są jak najbardziej pozytywne. Nie zabrakło także miejsca na kilka niekonwencjonalnych rozwiązań graficznych, z rzadka pojawiających się bez wcześniejszego uprzedzenia. Jedynymi potencjalnymi mankamentami są nieco zbyt oszczędna animacja i słaba jakość tych modeli postaci, które w poszczególnych scenach rysowano na drugim planie (lepsza jakość, jak zawsze w takich przypadkach, tylko w wydaniu BD). Świetnie natomiast sprawdzają się opening i ending, które przygotowano z wyczuciem. Zarówno charakterystyczne dla czołówki obracające się koła zębate, jak i pokazana na koniec scalająca się z odłamków szkła klepsydra, pasują do wątków związanych z podróżami w czasie, a w połączeniu z niezłymi utworami muzycznymi udanie budują z lekka chaotyczną, niepokojącą atmosferę. Reszta ścieżki dźwiękowej jest oszczędna, ale bardzo zróżnicowana i dostosowana do zmiennego nastroju poszczególnych scen.

W miarę jak mijały kolejne odcinki Steins;Gate, niejednokrotnie stawałem w obliczu wątpliwości, jak jednoznacznie ocenić to, co zaserwowali autorzy. Z jednej strony nie otrzymujemy niczego przełomowego dla gatunku i oczekując bezbłędnego hitu przecierającego ścieżki, możemy się mocno zawieść (a takowe nadzieje towarzyszyły premierze). Jednakże gdy spojrzeć na tytuł jako na produkt czysto rozrywkowy, bawiący się konwencją i mający wciągnąć na dłuższy czas, trudno postawić jakiekolwiek sensowne zarzuty. Zwłaszcza gdy zna się już zakończenie, tak odmienne od tego, co zazwyczaj oferuje japońska animacja, bo kompletne, pozbawione niedopowiedzeń i stuprocentowo satysfakcjonujące. W zalewie półproduktów, których autorzy w połowie stracili koncepcję i wenę, to przyjemna odmiana. Tak więc z czystym sumieniem polecam. Do zobaczenia w linii beta!

Tassadar, 17 grudnia 2011

Recenzje alternatywne

  • Costly - 30 listopada 2011
    Ocena: 7/10

    Podróże w czasie za pomocą mikrofalówki, retrokomputer przyczyną zagłady świata… Czyli seria równie dziwna, co dobra. więcej >>>

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: WHITE FOX
Autor: 5pb., Nitroplus
Projekt: Kyuuta Sakai
Reżyser: Hiroshi Hamasaki, Takuya Satou
Scenariusz: Jukki Hanada
Muzyka: Takeshi Abo