Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Yatta.pl

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

2/10
postaci: 4/10 grafika: 4/10
fabuła: 2/10 muzyka: 7/10

Ocena redakcji

4/10
Głosów: 9 Zobacz jak ocenili
Średnia: 3,56

Ocena czytelników

6/10
Głosów: 285
Średnia: 5,8
σ=2,24

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Piotrek, Slova)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Hidan no Aria

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2011
Czas trwania: 12×24 min
Tytuły alternatywne:
  • Aria the Scarlet Ammo
  • 緋弾のアリア
Gatunki: Sensacja
zrzutka

Esencja głupoty, kiczu, Rie Kugimiyi, braku reżyserskiej wizji i nieumiejętności adaptacji książek, czyli serial sensacyjny po japońsku.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Zwierzę Wam się z czegoś – ostatnio obejrzałem fenomenalne anime. Było tak niezwykłe, że aż zachwiało moją równowagą psychiczną i wywołało nieokiełznaną chęć kreacji. Z tej chęci powstała właśnie niniejsza recenzja i od razu mówię – nie będę dbał o poprawność polityczną, odczucia innych widzów i obiektywizm. Hidan no Aria na żadną z tych rzeczy nie zasługuje.

Głównym miejscem akcji jest mieszcząca się w Tokio elitarna szkoła dla butei – wykwalifikowanych najemników, od najmłodszych lat przyuczanych do zawodu. Butei cieszą się przywilejami, jakie nie przysługują nawet policjantom, powszechnym zaufaniem i mogą (a wręcz muszą) nosić broń również „po służbie”, czyli po skończonych zajęciach. Do ich zadań należy łapanie przestępców i rozwiązywanie zleconych przez różne osoby spraw. I oczywiście nie byłoby to anime, gdyby butei nie byli licealistami. Jednym z nich jest Kinji, który spóźnia się na autobus, przez co musi pojechać do szkoły rowerem. Jak się po chwili okazuje, pod siodełkiem została podłożona bomba, która wybuchnie, jeżeli chłopak będzie jechał z prędkością niższą od wymaganej. Scena jak ze Speeda? Owszem, jednak różnica polega na tym, że człowiek może się opierać prędkości, ale nogi lubią odmówić posłuszeństwa. Wtem ni stąd ni zowąd przybywa ratunek. Niewyglądająca zbyt dorośle wybawicielka rzuca się na spadochronie z dachu wieżowca i nie zważając na niebezpieczeństwo ratuje Kinjiego. Tak oto zaczyna się wielka przygoda. Chciałbym dodać, że pozytywnie zakręcona, ale sumienie mi na to nie pozwala.

Nie trzeba być dociekliwym czytelnikiem, by stwierdzić, że nie mam pozytywnej opinii o tym anime. Od razu też zaznaczę, że na Hidan no Aria nie mam zamiaru pozostawić suchej nitki, wylewając nań najszczersze żale. Niestety, w wielu przypadkach w celu poparcia argumentów będę musiał sięgnąć do wydarzeń z późniejszych odcinków, więc od razu przestrzegam osoby, które serii nie widziały, a jeszcze mają nadzieję na dobrą rozrywkę – ta recenzja zawiera poważne spoilery. Chociaż sami autorzy potrafią nieźle popsuć zabawę – kilka razy umieścili w openingu ujęcia postaci, które miały się dopiero pojawić i to w niespodziewany sposób. Cóż, może po prostu reżyser sam nie wierzył w to, że zdoła kogokolwiek zaskoczyć.

Ogólnie koncepcja anime jest dobra – mamy typowego dla serii haremowych bohatera, który ulega presji wywieranej przez swoją wybawicielkę – tytułową Arię. A Aria (strach się przyznać, ale tak zdrobniale mówię do młodszej siostry…) to najczystszej krwi lolitka o charakterze tsundere, w celu zamaskowania swojej niedojrzałości nosząca o rozmiar większy stanik typu push­‑up. To jeszcze wcale nie brzmi źle – taka wrząca krew może być dobrym motorem napędowym całego anime, co zostało dowiedzione już nie raz (chociażby Taiga z Toradora). Poza tym wokół niej kręci się cała historia, a charyzmatyczne postaci to zawsze dodatkowy atut. Szkoda tylko, że Aria nie jest charyzmatyczna – jakby się nie starała, jej zachowanie do bólu mieści się w kanonie nadpobudliwej, nadgorliwej, zaborczej i samolubnej, niedojrzałej emocjonalnie dziewczynki. Tak, bo Aria swojej fizycznej dziecinności wcale nie nadrabia charakterem, tym bardziej że na dźwięk słowa „pocałunek” rumieni się jak burak, a pomimo uczęszczania do liceum wymaga kompleksowych korepetycji z zakresu przysposobienia do życia w rodzinie. Chociaż na to może być dla niej jeszcze za wcześnie…

W każdym razie nie wiem, co w niej widzi główny bohater. Nie dość, że Aria mianuje go swoim niewolnikiem (dosłownie tak to ujęła), to jeszcze bez pytania wprasza się do jego lokalu w internacie. A Kinji nie oponuje, bo i po co? Przecież wiecznie naburmuszona arcyhrabianka sama nie przygotuje sobie obiadu, nie posprząta po sobie, nie wniesie żadnego wkładu w prace domowe – dwa razy więcej roboty to dla ucznia cierpiącego na nadmiar wolnego czasu istne zbawienie! Nie, przepraszam, nie kupuję tego. Jeżeli ktoś się panoszy i rządzi w moim domu, a nie należy do rodziny, to go zwyczajnie wypraszam i daję do zrozumienia, że nie jest tu mile widziany. I naprawdę nie obchodzą mnie problemy rodzinne tego kogoś (a dla dodania dramaturgii… w zamierzeniu dla dodania dramaturgii Aria takowe posiada), po prostu życie w społeczeństwie niesie ze sobą pewne wymagania i trzeba ich przestrzegać, żeby nie zostać z danej społeczności wykluczonym. Tak, proszę państwa, tytułowa bohaterka irytowała mnie do tego stopnia, że gdyby nagle zawitała u moich drzwi, bez mrugnięcia okiem i bez względu na to, że jest kobietą, sprzedałbym jej prawego prostego. Tolerancja ma swoje granice, a im dalsze (a ja uważam, że jestem tolerancyjny), tym po ich przekroczeniu bliżej do nienawiści. Aria już na samym początku definitywnie wyczerpała wszelkie pokłady zrozumienia dla swojej osoby i do końca anime nie zyskała mojej sympatii.

Jakby na powyższe nie spojrzeć – Kinji ma problem, ponieważ oprócz tytułowej heroiny przyczepiła się do niego yandere o nazwisku Shirayuki Hotogi. W przeciwieństwie do Arii Hotogi jest miła, uczynna i zachowuje się jak wzorowa żona (z punktu widzenia mężczyzny oczywiście, bez urazy drogie panie), ale jest równie niedojrzała emocjonalnie, tylko w zupełnie innym kierunku. A poza tym jest urodziwa, ma kobiece ciało i umie zająć się domem. To wszystko jednak na nic – dziewczyna może dwoić się i troić, a Kinji i tak nie wykazuje względem niej żadnego zainteresowania… Ba, on ją raz wyprosił z domu, a Arii ani razu. No ja proszę, Shirayuki nawet nie kryje przed nim swoich uczuć (momentami jest wręcz tak uległa, że wystarczyłoby hasło „zdejmuj majtki, będziem się całować”, by nagle zmienić konwencję na hentai), a mimo to główny bohater zachowuje się jak cham bez serca i nawet jej nie powie, że nie jest zainteresowany… Oczywiście Hotogi także nie pozostaje bez winy. Jak już wspomniałem, to osoba niedojrzała emocjonalnie w równym stopniu, co Aria. Shirayuki nie akceptuje innych dziewczyn w otoczeniu Kinjiego, a każdą konkurencję najchętniej skróciłaby o głowę (czego nieraz próbuje dokonać). Nieważne, jakiej zdrady dopuściłby się wybranek serca, tłumaczenie się powtarza – został oszukany przez inną, to nie jego wina, zrozumienie i przebaczenie na sto procent. Mimo wszystko Shirayuki Hotogi i tak jest bardziej sympatyczną postacią od Arii H. Kanzaki, przede wszystkim dlatego, że nie miauczy. (Tak, Aria miauczy. Naprawdę. To boli.)

Kolejną i w zasadzie ostatnią istotną bohaterką anime jest Riko Mine. Właściwie to ta osobniczka od początku wydawała mi się podejrzana. Jeszcze bardziej urodziwa od poprzedniej damulki blondynka z okazałymi atrybutami kobiecości, podkreślająca urodę masą krawieckich dodatków do szkolnego mundurku (ponoć taki styl nazywa się Elegant Lolita). Nie wymieniałbym jej z osobna, gdyby nie była kolejną dziewczyną zabiegającą o względy głównego bohatera. W odróżnieniu od poprzednich dwóch adoratorek (Arię także należy uznać za takową, po prostu swoje uczucia okazuje w bardzo osobliwy sposób), Riko jest odważna, nie waha się przed niczym i umie w śmiały sposób wykorzystać swój wdzięk. W efekcie jej spotkanie na osobności z Kinjim o mały włos nie zakończyło się sceną łóżkową. Dlaczego ostatecznie do niczego między nimi nie doszło (pomijając fakt, że docelowa grupa odbiorców na wstępie eliminuje zawarcie w tym anime scen erotycznych) – o tym za chwilę. Szczerze powiedziawszy, nie lubię tego typu postaci, zwłaszcza że Riko to jeszcze licealistka, a już jej głowa jest pełna kosmatych myśli (no dobra, ja wiem, o czym myślą wszyscy nastolatkowie i nastolatki, ale wyjście za sferę wyobraźni w wielu przypadkach bywa niebezpieczne). Jednak w przeciwieństwie do pozostałej dwójki dziewcząt, zachowanie Riko Mine ma wyraźny cel, tak samo jak chęć przeciągnięcia głównego bohatera na swoją stronę.

I teraz pytanie, co robi Kinji Tooyama dosłownie obskakiwany przez tę całą menażerię? Nic. Zaprawdę podziwiam wstrzemięźliwość tego pana, ja bym nie wytrzymał. Ale nie, zaraz, kobiece wdzięki wywierają na Kinjim jakieś wrażenie, problem polega na tym, że trudno je zdefiniować. Przy bliższym kontakcie z odsłoniętym fragmentem dziewczęcego ciała (właściwie każdym, od uda aż po usta) Tooyama wpada w „Hysteria Mode” – stan, w którym polepszają się jego predyspozycje fizyczne, a myśli są klarowne niezależnie od sytuacji. Zmianie na lepsze ulegają także zachowanie i autoprezentacja. W skrócie – Kinji Tooyama po bliższym kontakcie z kobiecym ciałem zmienia się w rasowego bishounena, tylko po co? Z pewnością nie w celu zaimponowania koleżance – za każdym razem w tego typu sytuacji brał sprawy w swoje ręce niczym typowy samiec alfa z manierami angielskiego dżentelmena, ale po kilku słowach odstawiał na bok (kilka razy dosłownie) zauroczoną do granic możliwości dziewczynę i tracił nią zainteresowanie. Ja wiem, że to nie hentai, ale sceny łóżkowe można ukazać w wystarczająco wymowny sposób bez pokazywania seksu bezpośrednio (jak chociażby w Pany&Stocking with Gartelbelt), tak jak ma to miejsce w wielu filmach sensacyjnych. Mimo tych wszystkich mankamentów Kinji jest sensownym męskim bohaterem, a jego sposób bycia i załatwiania większości spraw jest, delikatnie mówiąc, subtelny, ale trafny i skuteczny. Poza tym imponuje tym, że umie wytrzymać z Arią pod jednym dachem. Wie też, w którym momencie uciekać, co doskonale pokazuje przy konfrontacjach tytułowej bohaterki i Shirayuki. Balkon nad wodą to niewątpliwy atut każdego apartamentu na wybrzeżu.

Hidan no Aria niewątpliwie pretenduje do miana serii sensacyjnej. Owszem – ilość dynamicznej akcji jest zadowalająca, są pościgi samochodowe, strzelaniny, porwania samolotów, gra o ludzkie życie. Problemem tego anime jest jednak paradoksalnie to, że stworzyli je Japończycy, w efekcie czego zmarnowano cały sensacyjny potencjał. Amerykańskie filmy podobają się głównie dlatego, że mają ciekawych (chociaż sztampowych) i charyzmatycznych bohaterów. Nikt nie ma wątpliwości, że John Rambo jest żołnierzem z krwi i kości i z ojca i matki, a Terminator to zaprogramowana maszyna do zabijania. Sam wygląd tych panów daje wyraźnie do zrozumienia, że lepiej z nimi nie zadzierać. Tymczasem w anime mamy krzykliwą licealistkę, do której jakakolwiek broń pasuje jak wół do karety czy, bardziej obrazowo, lufa do mercedesa. Czego by Aria nie zrobiła, nie budzi podziwu. Może gdyby zamiast miauczenia sypała kąśliwymi komentarzami niczym Duke Nukem, całość wyglądałaby bardziej pociągająco? I wcale nie chodzi mi o to, że tytułowa heroina jest dziewczyną, ponieważ autorzy Black Lagoon doskonale pokazali, że płeć piękna może stanowić punkt główny filmu sensacyjnego i siać zniszczenie w widowiskowym stylu.

Kolejną bolączką serii jest rozwój fabuły, która zaczyna się od szkolnych perypetii z dreszczykiem i zaraz zamienia się w… no właśnie, w co? W walkę z tajemniczym wrogiem wszystkich butei, jakim jest rozbudowana organizacja nazwana skrótowo EU (ok, to brzmi groźnie)? A może chodzi o uniewinnienie niesłusznie odbywającej wyrok mamy Arii? Rozwiązywanie zagadek? Uczniowskie życie? Romans? Z pewnością mógłbym wypisać jeszcze kilka wątków, ale tyle wystarczy, by stwierdzić, że jest ich po prostu za dużo, a żaden nie wygląda na główny, przez co cała fabuła chybocze się na boki jak domek z kart, do którego cały czas scenarzyści dokładają kolejne elementy. A przecież można było wolniej, po kolei, łącząc wszystkie wątki w spójną całość, która dokądś zmierza. Niestety kolejny raz okazało się, że lepiej jest napakować ile się tylko da w jedno anime, żeby zadowolić jak najwięcej fanów. Zupełnie tak, jakby jakość się nie sprzedawała. Dodatkowo podczas seansu, zwłaszcza w trakcie finału pierwszej historii, miałem nieodparte wrażenie, że wszelkie wydarzenia są nieistotne i liczy się tylko pokazanie w akcji tytułowej bohaterki. Nieważne, jak ma do tego dojść i czy zdarzenia po drodze ku temu mają sens – Aria jest najważniejsza, resztą nie warto zaprzątać sobie głowy. Szkoda tylko, że nie każdemu zarozumiała lolitka przypadnie do gustu. No i co wtedy? Tego autorzy najwyraźniej nie przewidzieli.

Ważnym elementem dobrego kina sensacyjnego są zwroty akcji, które w Hidan no Aria nie zaskakują, a raczej szokują pomysłowością twórców (a właściwie to autora książek – Chuugaku Akamatsu). Szok taki wcale nie wbija w fotel i nie zapiera tchu w piersiach, raczej śmieszy. Przynajmniej taka była moja reakcja, gdy na jaw wyszło, że Aria to potomek Sherlocka Holmesa, a przodkiem Riko był Arsène Lupin, który, wedle autorów anime, był odwiecznym wrogiem słynnego detektywa. To bardzo ciekawe, szkoda tylko, że zupełnie nic nie wnosi do fabuły, a mniej lub bardziej odległych potomków sławnych osób przybywa.

Trochę pogdybam, ale bardzo boli mnie potraktowanie po macoszemu szkoły, która jest jedynie miejscem akcji i właściwie nic o niej nie wiadomo – istnieje chyba tylko po to, żeby główni bohaterowie mogli być uczniami. Dobrze, jakieś tam urywki z zajęć pokazano, ale to niewiele. Interakcja między postaciami na etapie klasy została zupełnie zaprzepaszczona, a przez to kuleje obraz butei jako wspólnoty. Tymczasem wiadomo, że uczniowie łączą się w zespoły razem podejmujące się zleconych zadań i właśnie taki zespół chciała stworzyć Aria. Tutaj również skończyło się na wspomnieniu, że taka inicjatywa istnieje, a tytułowa bohaterka pod swoją komendą ma tylko Kinjiego. Najwyraźniej autorzy sami nie wiedzieli, jaki cel chcą osiągnąć, więc wrzucali do anime wszystko, co im przyszło do głowy. I to właśnie motyw łączenia się studentów w zespoły uważam za najbardziej zmarnowany – zachowanie Arii by tak nie żenowało, gdyby na okrągło ktoś je równoważył (w tym przypadku Kinji jest zbyt uległy) i gdyby rozkładało się na zespół ludzi, a nie spadało na głowę jednego chłopaka. Poza tym ekipa na kształt Drużyny A miałaby więcej do zaprezentowania widzowi niż sama główna bohaterka.

Jeżeli ktokolwiek uważa, że do tej pory byłem ostry przy ocenianiu Hidan no Aria, jest mu przykro z powodu skrytykowania tak wybitnego tytułu lub po prostu uważa, że jedynie wylewam swoje żale, to polecam natychmiastowe przerwanie czytania na tym etapie albo zapięcie pasów. Uprzedzam, będzie ostro.

Jeszcze o tym nie pisałem, ale w szerokiej gamie moich zainteresowań znajdują się także militaria, a ponadto, co powtarzam za każdym razem pisząc recenzje tego typu seriali, w anime cenię realizm tam, gdzie powinien być. Do samego Hidan no Aria podszedłem zaś z nastawieniem, że obejrzę dobre kino akcji, może niezbyt wymagające, ale satysfakcjonujące. Oprócz wszystkich aspektów anime, które skrytykowałem powyżej, mam w zanadrzu jeszcze kilka zarzutów. Nie lubię tezy, że do oglądania niektórych anime należy wyłączyć myślenie. NIE! Cogito ergo sum! Poza tym nie dam sobie wciskać ciemnoty, a autorzy chyba mieli nadzieję, że nie zauważę ilości głupoty wsypanej do całej serii wywrotką. O co się tak pluję?

Przede wszystkim uzbrojenie. Ja wiem, że Colt 1911 to kultowy pistolet, w tym roku obchodził setne urodziny, pojawił się w setkach filmów, seriali i gier, ma opinię niezawodnego i sprawdzonego, ale… To zdecydowanie nie broń dla kobiety, zwłaszcza o tak drobnej posturze jak Aria, która dodatkowo używa dwóch naraz! Nie, to po prostu niemożliwe, żeby dziewczynka (mam tu na myśli jej wygląd i budowę) sprawnie posługiwała się tym pistoletem. Nie umiem tego zaakceptować, tym bardziej że jest cała masa bardziej eleganckich „klamek” – lżejszych, mniejszych, z pojemniejszym magazynkiem i w dodatku dostosowanych do noszenia w damskiej torebce. Druga sprawa jest taka, że Aria ukrywa za plecami pod mundurkiem dwa skrócone miecze, które przy jej wzroście i tak wydają się nad wyraz długie (a po dobyciu jeszcze wydłużają się – ostrze teleskopowe?). Już nie chodzi o to, że taki arsenał skutecznie utrudnia poruszanie się (za to na pewno zapobiega garbieniu), ale tytułowa bohaterka wykonuje niestworzone figury akrobatyczne z tym ostrym żelastwem przytkniętym do pleców! Ciarki mnie przechodzą, gdy myślę o jej (i autorów) bezmyślności. A to jeszcze nic, ponieważ wyczytałem, że w szóstym tomie książkowego pierwowzoru Kinji używa pistoletu Desert Eagle zmodyfikowanego do strzelania seriami i ogniem ciągłym… Nie wiem, jak u innych, ale moje oczy krwawią od czytania takich bzdur. Ten przypadek daje jednak do myślenia – Hidan no Aria najprawdopodobniej było słabe już na etapie książkowym, anime jedynie powiela błędy, acz mogę się mylić, zważywszy na to, że na kartkach autor ma nielimitowaną możliwość wyjaśnienia zawiłości fabuły, czego nie udało się dokonać w dwunastu odcinkach serialu.

Powyższe możecie uznać za czepialstwo i nie będę się bronił, bo mniej dociekliwy widz może takie detale (dla mnie to poważne mankamenty) przeoczyć, a na kuloodporne uniformy szkolne (pies tańcował z uniformami, wszyscy butei zdają się odporni na pociski – plot armour, jak to trafnie stwierdziła Avellana) po prostu przymknę oko, ale już znikające z odcinka na odcinek rany postrzałowe (nie otarcia, głębokie rany w klatce piersiowej) to szczyt wszystkiego, który doskonale świadczy o tym, że autorzy po prostu albo mieli widzów za idiotów, albo sami byli głupi, mając nadzieję, że nikt nie zauważy.

Następny mankament – sposób pokazania walk. Jakby to ująć, one są po prostu… nieciekawe? Albo ja tego nie kupuję. Nieważne. Faktem jest, że często bohaterowie zamiast działać, toczą „głębokie” dysputy ze swoim przeciwnikiem. Oczywiście „najlepsza” w tym przypadku była walka finałowa – komiczny śmiech głównego złego, który rozgaduje się, jaki to on nie jest najlepszy, zamiast z miejsca pozabijać wrogów, gdy ci jeszcze nic mu nie mogą zrobić. A jakież było moje zdziwienie, gdy wyszło na jaw, kim w rzeczywistości jest Mr. Najgorszy. Zero oryginalności. Z E R O. NUL. Chociaż nie – jedna z walk w środku serialu była całkiem ciekawa, dynamiczna i porywająca. Ale cóż, jedna jaskółka wiosny nie czyni.

Faktem jest też, że Hidan no Aria nie trzyma niskiego pułapu przez cały czas – od drugiej połowy serii do przedostatniego odcinka włącznie robi się całkiem znośnie. Przede wszystkim dlatego, że zamiast na wiekopomnych (wcale nie pozytywnie) działaniach Arii akcja skupia się na relacjach między bohaterami do tego stopnia, że całość można by sklasyfikować jako komedię szkolną z motywami romansowymi i ciekawym wątkiem przewodnim. Dużo typowych dla anime haremowych gagów i walka dziewczyn o głównego samca dodaje całości uroku i jest miłą odskocznią od kawalkady idiotyzmów z początkowych odcinków. Nigdy nie myślałem, że to powiem, ale Hidan no Aria fabuła wybitnie nie służy, tym bardziej że powraca w ostatnim odcinku, ostatecznie grzebiąc całe anime na dnie Rowu Mariańskiego.

Dziw bierze, że w tej całej konserwie zmarnowanych pomysłów znalazło się jeszcze miejsce na fanserwis, chociaż jest on dość specyficzny. Całość wygląda tak, jakby autorzy chcieli, a nie mogli, pokazać majtki głównej bohaterki. Nie, mi wcale na tym nie zależało, jednak nachalność kamery była irytująca, gdy niemal wciskała się Arii pod spódniczkę, która zresztą, niezależnie od sytuacji, siły wiatru i grawitacji, zasłaniała, co trzeba. Autocenzura? Być może, zwłaszcza że w kilku scenach „zamglono” stanik głównej bohaterki. Gdyby jeszcze było co ukrywać… Wszystkie tego typu ujęcia były do bólu nienaturalne, zważywszy na to, że heroiny często pokazywano w dwuznacznych pozycjach, niekomfortowych sytuacjach i z perspektywy, jakiej nie powstydziłby się reżyser filmów erotycznych. Nie zabrakło również zmian strojów – fani czirliderek i pokojówek będą zadowoleni. Nie wiem jak reszta, bo fanserwis w tym anime w moim mniemaniu był zupełnie zbędny. Chociaż z drugiej strony sceny mające na celu zaspokojenie wymagań bardziej fanatycznych fanów prezentują wyższy poziom niż inne aspekty serialu.

Być może Hidan no Aria byłoby łatwiejsze w odbiorze, gdyby słabą fabułę zrekompensowano staranną animacją. Niestety przygody Arii graficznie znajdują się poniżej przeciętnej – to oczywiście wizja optymistyczna. Prawda jest taka, że to anime po prostu wygląda brzydko. Owszem, projekty postaci są przyjemne dla oka, ale niestety tylko podczas statycznych ujęć. Czar pryska, gdy dochodzi do jakiegokolwiek ruchu – wtedy animacja po prostu przeskakuje z klatki na klatkę i to widać nawet w openingu. Masa graniczących z karykaturalną deformacją uproszczeń w rysunkach, lazy animation i mocno przeciętne efekty komputerowe dobijają całe anime do tego stopnia, że niektóre sceny akcji wyglądają śmiesznie właśnie z powodu grafiki. Nie omieszkam wypomnieć również projektów uzbrojenia, obecnego w każdym odcinku. Muszę przyznać, że z początku byłem nimi mile zaskoczony – każdy pistolet wyglądał zadowalająco nawet dla takiego miłośnika militariów jak ja. Niestety tylko pierwsze wrażenie było pozytywne – wszystkie późniejsze ujęcia broni kłuły w oczy niedopracowaniem. Nie ukrywam, że sam jestem w szoku w związku z tym, co piszę. Ostatnim anime studia J.C. Staff, jakie obejrzałem, było Toaru Majutsu no Index II, po którym mam bardzo dobre wspomnienia, jeżeli chodzi o animację. Hidan no Aria to zupełnie inna „jakość”. Owszem, winę można zrzucić na niski budżet tej produkcji, ale to wcale wszystkiego nie wyjaśnia – za Puella Magi Madoka Magica i Kore wa Zombie Desuka? także nie stały wysokie nakłady finansowe, a mimo to obydwie te serie wyglądały zadowalająco. Uważam więc, że 4/10 to odpowiednia ocena wyglądu w Hidan no Aria.

Nieco lepiej prezentuje się oprawa muzyczna serii. Zaczynając od openingu – usłyszeć w nim można utwór Scarlet Ballet w wykonaniu May`n. Piosenka jest energiczna i doskonale wprowadza widza w każdy nowy odcinek. Niestety grafika psuje lwią część pozytywnego wrażenia, ale o tym już pisałem – chociaż muszę przyznać, że pokazane w sekwencji otwierającej ulice Londynu wyglądają bajecznie. Jeszcze lepiej prezentuje się ending, głównie za sprawą piosenki Camellia no Hitomi autorstwa Aiko Nakano. Czysty kobiecy śpiew w połączeniu z nieźle brzmiącą gitarą pobudzają emocje, tym bardziej że wizualnie animacja zamykająca jest najlepszym elementem całego Hidan no Aria, zrealizowanym z pomysłem i polotem. Można by rzec, że skutecznie zachęca do obejrzenia następnego odcinka, ale wtedy trzeba by nakręcić całość anime od nowa, by dorównało endingowi. Chciałbym równie dużo napisać o reszcie ścieżki dźwiękowej, ale… szczerze powiedziawszy, nie pamiętam ani jednego utworu towarzyszącego scenom z anime. Albo muzyka jest tak idealna, że perfekcyjnie komponuje się z obrazem, albo po prostu tak nijaka, że nie chciało mi się na nią zwracać uwagi. To chyba wszystko, co mogę w tej sytuacji napisać, acz przypomina mi się moment, gdy Kinji zajrzał do szuflady Shirayuki. Kto dotrwa do tej sceny, ten zrozumie, o czym piszę.

W Hidan no Aria powraca znany od czasów Toradory i przez wielu lubiany duet aktorów głosowych – mowa oczywiście o Junjim Majimie i Rie Kugimiyi, którzy wcielili się odpowiednio w Kinjiego i Arię. Dlaczego przy tej okazji wspominam anime tego samego studia z 2008 roku? Ponieważ również tam Majima i Kugimiya użyczyli głosów parze głównych bohaterów. I tutaj znowu powtarza się ta sama sytuacja – głos Rie można kochać albo nienawidzić. Nie spotkałem się jeszcze z pośrednimi opiniami, po prostu jej gra jest tak charakterystyczna, że widz z miejsca wyrabia sobie opinię. Ja nie będę ukrywał, że zarówno na moje negatywne postrzeganie Taigi z Toradora, jak i Arii, wpłynęła właśnie Rie Kugimiya, której głos mnie drażni i jest wprost odpychający. Owszem, to może być urocze i rozumiem jej fanów – drugiej takiej seiyuu próżno szukać, ale ja mówię stanowcze pas. Junji Majima – tego pana z kolei dobrze pamiętam z Kore wa Zombie Desuka? (rola Ayumu Aikawy), które również recenzowałem. Jego głos dziwnie kojarzy mi się z Kyonem, głównym bohaterem Melancholii Haruhi Suzumiyi (granym przez Tomokazu Sugitę), głównie z powodu spokoju, jaki przemawia przez obdarzonych nim bohaterów. To właśnie to opanowanie skutecznie balansuje porywczość i krzykliwość postaci Kugimiyi, a jednocześnie świetnie pasuje do Kinjiego, który sprawia wrażenie osoby robiącej więcej niż by chciał. Pozostali seiyuu również spisali się na medal (Rie Kugimiyi także należy się nagroda, bo z pewnością trafiła w gusta swoich zagorzałych fanów). Mariya Ise (przez wielu pamiętana jako Stocking z Panty & Stocking with Garterbelt) wypadła doskonale w roli przebiegłej i nieco lubieżnej Riko i to pewnie dzięki jej głosowi ta postać po prostu żyje na ekranie. Podobnie rzecz ma się w przypadku Shirayuki, zagranej przez Mikako Takahashi. Troska i ciepło, ale też i niebezpieczna zazdrość bijące od tej persony, udzielają się widzowi.

Jeżeli kogoś nie udało mi się zniechęcić do zapoznania się z Hidan no Aria, to niech Bóg ma go w opiece. Liczę na to, że każdy odważny ma wystarczająco wiele wytrzymałości psychicznej, by wyjść z tego bez szwanku. Można zadać pytanie – po co oglądałem to do końca, skoro seans tak mnie denerwował? Odpowiedź jest prosta – chciałem sprawdzić, gdzie autorzy wyznaczyli sobie granicę własnej głupoty. Poza tym miałem nadzieję, że będzie lepiej i ta nadzieja zaczęła się spełniać w drugiej połowie serii, o czym już wspominałem. Niestety końcówka była niczym cios w plecy i „fatality” zarazem. Zniesmaczyła mnie do tego stopnia, że zamiast zamierzonego 3/10, a w drugiej połowie anime nawet 4/10, zdecydowałem się nie mieć skrupułów i całość oceniłem adekwatnie do ilości szacunku, jaki autorzy mieli dla odbiorcy.

I jeszcze na koniec apel do japońskich widzów – nie kupujcie edycji DVD i Blu­‑ray Hidan no Aria, a oszczędzicie wszystkim męczarni z drugim sezonem – jego powstanie zależy od sprzedaży wersji na nośnikach płytowych.

Slova, 10 lipca 2011

Recenzje alternatywne

  • Diablo - 31 stycznia 2013
    Ocena: 7/10

    Realizm? Nie ma. Logika działań? Gdzieś się zgubiła. Zgrabne psychologicznie postaci? Ależ skąd. Więc co jest? Sporo radosnej głupawki! więcej >>>

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: J.C.STAFF
Autor: Chuugaku Akamatsu
Projekt: Kazunori Iwakura
Reżyser: Takashi Watanabe
Scenariusz: Hideki Shirane
Muzyka: Takumi Ozawa