Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Otaku.pl

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

9/10
postaci: 10/10 grafika: 9/10
fabuła: 7/10 muzyka: 7/10

Ocena redakcji

8/10
Głosów: 48 Zobacz jak ocenili
Średnia: 8,42

Ocena czytelników

9/10
Głosów: 1368
Średnia: 8,77
σ=1,19

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Loko)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Ruchomy zamek Hauru

Rodzaj produkcji: film
Rok wydania: 2004
Czas trwania: 120 min
Tytuły alternatywne:
  • Hauru no Ugoku Shiro
  • Howl's Moving Castle
  • ハウルの動く城
Gatunki: Przygodowe
Postaci: Magowie/czarownice; Pierwowzór: Powieść/opowiadanie; Miejsce: Świat alternatywny; Inne: Magia
zrzutka

Miyazaki stworzył w oparciu o brytyjską powieść japoński film dla amerykańskiej widowni. To się nie mogło obyć bez kontrowersji…

Dodaj do: Wykop Wykop.pl

Recenzja / Opis

Jeżeli miałbym wskazać film studia Ghibli, którego scenariusza nie da się rozdzielić z jego genezą, byłby to bez wątpienia Ruchomy zamek Hauru. Tym razem zamiast japońskiej fantastyki/obyczajówki otrzymaliśmy adaptację zachodnioeuropejskiej książki fantasy. Mało tego, film nie uniknął kilku schematów zupełnie niepasujących do Hayao Miyazakiego, a zakończenie wywołało ostre protesty miłośników anime. Zresztą, film zyskał liczne grono zarówno entuzjastów, jak i zaciekłych wrogów.

Dobrze, zacznijmy od początku. Dla tych, którzy nie wiedzą, czym jest steampunk – mówiąc najprościej, to rodzaj fantastyki, gdzie uniwersum przypominające XIX­‑wieczną Europę nierzadko przeplata się z tradycyjnym światem magii, pełnym czarodziejów, artefaktów i przerażających potworów. No i przede wszystkim, bohaterowie żyją w czasach rewolucji przemysłowej, w wieku pary (steam, ang. – para). Co wcale nie znaczy, że uniwersum ograniczone jest wyłącznie do wynalazków znanych nam z podręczników do historii! Wśród najbardziej znanych pisarzy warto wymienić Martę Wells, Jamesa Blaylocka, czy Williama Gibsona i Bruce’a Sterlinga (twórców słynnej Maszyny różnicowej). W książce Diany Wynne Jones świat przedstawiony przywodzi na myśl wiktoriańską Wielką Brytanię z elementami celtyckimi, z dodatkiem magów, wiedźm i demonów.

W takiej właśnie steampunkowej rzeczywistości rozpoczyna się nasza historia. Osiemnastoletnia Sophie prowadzi skromny sklep z kapeluszami, należący niegdyś do jej zmarłego ojca. Pewnego dnia spotyka przystojnego dżentelmena, łamacza niewieścich serc. Skołowana, choć niezbyt skłonna do zmian, żegna się z nim w dziwnych okolicznościach i wraca do pracowni. Sytuacja się komplikuje, gdy zazdrosna o względy młodzieńca Wiedźma z Pustkowia zamienia ją w dziewięćdziesięcioletnią staruszkę. Pozbawiona perspektyw i wsparcia rodziny Sophie wyrusza na poszukiwanie słynnego ruchomego zamku, należącego do tajemniczego Hauru…

A więc jakie problemy z tym filmem mają miłośnicy anime – w końcu Ruchomy zamek Hauru był nominowany do Oscara, sama Diana Jones się nim zachwycała, nie mówiąc już o gigantycznym sukcesie finansowym i komercyjnym. Poza tym przyznam się bez bicia, że to mój ulubiony film studia Ghibli. Myślę, że można wskazać co najmniej trzy przyczyny. Po pierwsze i najprostsze – Ruchomy zamek Hauru ma rzeczywiście kilka niedociągnięć (ale o tym za chwilę). Po drugie – wielu widzów oczekiwało po studiu Ghibli równie doskonałego dzieła, co podróż małej Chihiro do krainy bogów. No i, jak już wcześniej wspomniałem, nie możemy pominąć daty i okoliczności powstania. Podobnie jak disnejowski Dzwonnik z Notre Dame, jest to film, w którym Miyazaki chciał wprowadzić coś nowego, by jego dalsza kariera nie ograniczyła się do odcinania kuponów od Spirited Away. Zmiany nie muszą się wszystkim podobać, zwłaszcza że film w kilku miejscach pozostał niepotrzebnie „miyazakowski”.

Zarzucano Miyazakiemu brak wierności literackiemu pierwowzorowi. I słusznie, wypadałoby doszlifować kilka wątków drugoplanowych (np. dotyczący rodziny głównej bohaterki), do tego świat przedstawiony przypomina raczej mieszankę Austro­‑Węgier i Alzacji (co mi akurat nie przeszkadza). Inaczej też rozłożono akcenty i nawet kilka ważnych wątków zostało zmienionych (m. in. historia Wiedźmy z Pustkowia). Czy jednak z tego powodu film jest gorszy? Moim zdaniem nie – zwłaszcza że scenariusz otrzymał błogosławieństwo samej autorki. Właściwie jedyna bardzo duża wada filmu wynika stąd, że Miyazaki (jak wspomniałem w poprzednim akapicie) usiłował wprowadzić sporo nowości, ale jednocześnie za bardzo chciał pozostać wierny swojej konwencji. Dlatego, nie licząc kilku niedopowiedzeń na drugim planie, większość widzów słusznie irytuje wątek wojenny – niepotrzebnie rozwinięty, prowadzący donikąd i kończący się… najpiękniejszym żartem studia Ghibli do czwartej ściany, jaki kiedykolwiek widziałem. Przyznam szczerze – o ile sam wątek mnie denerwował, o tyle jego zakończenie dosłownie zwaliło mnie z nóg. I dziwi mnie tylko, że tak wielu widzów potraktowało go jako coś innego niż jawną kpinę z Hollywood…

No i trzeci mankament – muzyka. Nie chodzi o to, że jest zła: ładnie wtapia się w tło, motyw przewodni udowadnia, że Japończyków zazdrość zżera o naszych kompozytorów, a końcowa piosenka na pewno się wam spodoba, o ile potraktujecie zakończenie z lekkim przymrużeniem oka. Większym dla mnie problemem jest zmarnowany potencjał – skoro Miyazaki tworzy państwo przypominające w dużej mierze Austro­‑Węgry, spodziewałem się licznych nawiązań do Haydna, Mozarta, Beethovena, Schuberta, Schumanna, Dworzaka, Mahlera, Brucknera, Liszta i jeszcze kilkunastu innych kompozytorów. W rzeczywistości dostaliśmy przyzwoitą dawkę utworów rodem z neoromantyzmu, ale po obejrzeniu filmu aż się chciało powiedzieć: „Naprawdę? Mając taki potencjał, stać was tylko na to?” Jednak nawet osłabiony mistrz wciąż pozostaje mistrzem i utwory Joego Hisaishiego wypadają dobrze, zwłaszcza na tle filmów i seriali spoza studia.

Dobrze, trochę sobie ponarzekałem, teraz skupmy się na tym, co mnie oczarowało – w końcu wspomniałem, że to mój ulubiony film studia Ghibli, a to nie lada wyróżnienie. Zacznijmy od fabuły – nie licząc wspomnianych mankamentów, pozostałe wątki zostały znakomicie poprowadzone. Relacje pomiędzy Sophie i Hauru są psychologicznie prawdopodobne, a nawet jeśli w książce mieliśmy więcej głębi, nie zapominajmy o ograniczonych możliwościach filmu! W dodatku pozostaje wciąż otwarta kwestia, jak działa zaklęcie Wiedźmy z Pustkowia. Nikt nigdy nie powiedział wprost, że czarownica rzuciła na bohaterkę klątwę postarzającą. Jeśli będziecie obserwować film pod takim kątem (lub obejrzycie go jeszcze raz, analizując ten wątek), dostrzeżecie bardzo wyraźne drugie dno, dzięki któremu tak fabuła, jak i postacie nabierają głębi godnej Spirited Away czy Księżniczki Mononoke.

Prócz tego, jak zwykle jest czym nacieszyć oko. I nie mówię tu tylko o kolorach, szczegółach na drugim planie czy cudownych pejzażach (czasem trochę aż za kiczowatych – za co odjąłem punkt). Uwielbiam patrzeć na świat Miyazakiego (w którym, nie ukrywam, chciałbym żyć) – na jego kreatywność, zabawę czarodziejskimi sztuczkami, wystrój pałacowych wnętrz, nie mówiąc o magicznej sypialni głównego bohatera. Oczywiście wiem, że jest to adaptacja książki, jednak budowanie wizji świata na ekranie wciąż leży w gestii pracowników studia.

Jednak siłą napędową filmu są bez wątpienia bohaterowie. Zaznaczam, nie cierpię komentarzy typu „ten film jest tak dobry, że nie mieści się w skali”, czy „100/10!!!!!!!!!!!”. Jednak w przypadku bohaterów sam chętnie wstawiłbym jedenaście punktów na dziesięć możliwych. Sophie to silna, milcząca i raczej ugodowa heroina (typowa dla Miyazakiego), lecz lekcja, której doświadcza, zmusi ją do przejęcia inicjatywy. W ten sposób roztoczy przed nami wachlarz emocji, jakiego nie znajdziemy we współczesnym kinie. Z kolei Hauru jest niczym Bella z Pięknej i Bestii, choć (na szczęście!) pozbawiony został perfekcji baśniowej panny. Paradoksalnie jego zblazowany i miejscami zdziecinniały charakter to efekt lęku przed światem, dokładnie takiego samego jak ten, który prześladuje Sophie. Swoją drogą, zwróćcie uwagę na wędrówkę jej kapelusza – podobnie jak przekazywany parasol w Moim sąsiedzie Totoro, i ten element odzieży jest istotnym symbolem.

Jakby tego było mało, w filmie jest aż pięciu fantastycznych bohaterów pierwszoplanowych! Demon Kalcyfer, którego relacje z Hauru przypominają konflikty w starym, wiecznie skłóconym małżeństwie – Miyazaki po raz kolejny udowadnia, że można zbudować niepozbawioną głębi zabawną postać. I to bez popadania w tanią slapstickową komedię. Nawet Mark, który początkowo mnie irytował, zyskał w moich oczach, gdy obejrzałem film po raz drugi. Zauważcie, że przez większość filmu niewiele mówi, jednak siła gestów, budowanie relacji z Sophie i stosunek do otoczenia – wszystko to składa się na trójwymiarowego bohatera, którego sami musimy rozgryźć.

Na zakończenie zostawiłem najsmakowitszy kąsek – Wiedźmę z Pustkowia, czyli zmianę wobec książki z wyraźną korzyścią dla filmu. O ile pozostali bohaterowie są „tylko” świetni, tu możemy śmiało mówić o genialności. Ewolucja jej postaci przebiega w sposób nierównomierny, dzięki czemu zyskuje na autentyczności (w końcu każdy z nas niechętnie poddaje się zmianom). Na początku, kiedy jest tylko czarnym charakterem, przedstawiono ją nie jak straszydło rodem z horroru, a jedynie samotnego zrozpaczonego człowieka, filmowy odpowiednik Kościelnichy z Jenufy Janacka. Jednak nawet gdy jej postać schodzi na dalszy plan, nie można się opędzić od wieloznaczności – każdy jej gest, fragment rozmowy z poszczególnymi bohaterami i fantastyczny komizm postaci (bardziej hrabalowski niż orientalny) tworzą świetnie nakreślony portret kobiety, która chyba wymknęła się Miyazakiemu spod kontroli. Cóż, taki los rewelacyjnie napisanych bohaterów.

Ruchomy zamek Hauru nie jest filmem dla każdego – fani anime, poszukujący przede wszystkim wschodnich inspiracji, będą rozczarowani, tak samo jak puryści, którzy z niesmakiem wytkną wszelkie niedociągnięcia. Natomiast jest to lektura obowiązkowa dla miłośników fantastyki i romansów, chociaż każdy, kto jest w stanie przełknąć kilka nieścisłości scenariusza, znajdzie tu coś dla siebie.

Moje osobiste odczucia? Nie dbam o to, że ma wady. To, co w filmie działa, trzyma niebotycznie wysoki poziom, a pasja, z jaką Miyazaki usiłował (choć nie zawsze skutecznie) odciąć się od dawnego porządku, budzi mój najszczerszy podziw. Na koniec ostatnia zaleta filmu – ze względu na europejską tematykę i klimat to doskonała pozycja dla początkujących. Jeśli macie w domu kogoś, kto nazywa anime tanią chińską bajką, pokażcie mu Ruchomy zamek Hauru. Gdy obejrzałem ten film z człowiekiem gardzącym anime, po projekcji przyznał, że od teraz nie będzie myślał o nich wyłącznie w kategorii Pokémonów czy innych naparzanek. Myślę, że trudno o lepszą rekomendację.

Sulpice9, 9 października 2012

Recenzje alternatywne

  • Mizuumi - 12 czerwca 2005
    Ocena: 8/10

    Miyazaki­‑sensei znów wyczarował baśniowy świat, który wciągnie nas bez reszty. Panie i panowie, oto Ruchomy zamek Hauru, na postawie opowiadania Diany Wynne Jones. więcej >>>

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Studio Ghibli
Autor: Diana Wynne Jones
Reżyser: Hayao Miyazaki
Scenariusz: Hayao Miyazaki
Muzyka: Joe Hisaishi

Wydane w Polsce

Nr Tytuł Wydawca Rok
1 Ruchomy zamek Hauru Monolith Video 2006
1 Ruchomy zamek Hauru Monolith Video 2007

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
Hauru no Ugoku Shiro — recenzja na Anime Forever Nieoficjalny pl
Ruchomy zamek Hauru - artykuł na Wikipedii Nieoficjalny pl