Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Komikslandia

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

8/10
postaci: 9/10 grafika: 9/10
fabuła: 7/10 muzyka: 8/10

Ocena redakcji

9/10
Głosów: 19 Zobacz jak ocenili
Średnia: 8,68

Ocena czytelników

8/10
Głosów: 763
Średnia: 8,42
σ=1,32

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Piotrek)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Fate/Zero

zrzutka

Zmagania magów oraz przywołanych przez nich sług, rekrutowanych spośród wielkich postaci znanych mniej lub bardziej z kart podręczników historii. Widowiskowe i ambitne w założeniach anime, niepozbawione jednak kilku drobnych wad.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

W mieście Fuyuki po raz czwarty w historii zbierają się magowie, by wziąć udział w zmaganiach o artefakt zwany Świętym Graalem (wbrew nazwie niewiele mającym wspólnego z pierwowzorem) i skorzystać z jego niewyobrażalnie wielkiej mocy. Zasady konfrontacji są proste – triumfator może być tylko jeden i choć nad wszystkim czuwa wyznaczony przedstawiciel Kościoła, niemalże wszystkie chwyty są dozwolone. Zamieszanie szykuje się tym większe, że oprócz posługiwania się własną magią do unicestwienia przeciwników, każdy z siedmiu uczestników otrzymuje do dyspozycji słynnego bohatera z dziejów ludzkości, który ma za zadanie wspierać swego rzucającego zaklęcia pana.

Wśród czytelników z pewnością znajdują się osoby, które ów opis, podobnie jak tytuł anime, dobrze kojarzą. Fate/Zero jest bowiem prequelem znanego serialu Fate stay/night, będącego z kolei adaptacją visual novel studia Type­‑Moon. Tym razem jednak, poza osadzeniem w tej samej rzeczywistości i istnieniem kilku wspólnych bohaterów, rodowód produkcji jest zgoła odmienny. Za oryginał w postaci light novel odpowiada Gen Urobuchi, pisarz i scenarzysta udzielający się wszechstronnie zarówno w środowisku twórców anime, książek, jak i gier komputerowych. Jest to zmiana z miejsca odczuwalna dla każdego, kto poprzednio z Fate stay/night miał do czynienia, a także powód, dla którego recenzowany serial wzbudzał od początku tak wielkie nadzieje wśród fanów oryginału. Poważniejsza atmosfera, bardziej dojrzali bohaterowie i całkowita zmiana ekipy odpowiedzialnej za przygotowanie adaptacji miały świadczyć o przygotowaniach do projektu o wiele ambitniejszego.

Autorzy anime nie zdecydowali się jednak od razu rzucać widza na głęboką wodę i wzięli pod uwagę szersze grono odbiorców, tak zaczynając swoje dzieło, aby cierpliwie przekazać podstawowe informacje. Począwszy od pierwszego odcinka, fakty podawane są w sposób uporządkowany i przejrzysty, w związku z czym cel wojny o Graala oraz obowiązujące w niej zasady powinny błyskawicznie stać się zrozumiałe dla każdego. Oczywiście zarówno czytelnicy książki, jak i widzowie starszej serii dostrzegą więcej, ale osoby rozpoczynające dopiero swoją przygodę z uniwersum Fate nie poczują się pokrzywdzone.

Nie bez znaczenia jest przy tym fakt, że rozwój wydarzeń jako taki nie stanowi najważniejszego elementu anime. Fabuła posuwa się do przodu sprawnie i bez komplikacji, ale jej rdzeń zbudowano wokół stosunkowo klasycznych i sprawdzonych założeń. Siedem frakcji walczących o potężną moc to pomysł sam w sobie nieskomplikowany i dopiero zagłębiając się w osobowości bohaterów, odkrywając ich słabostki i motywacje, natrafia się na prawdziwie wciągające historie. Tu miejsca na kreatywność i popis umiejętności twórców zarówno oryginału jak i adaptacji nie zabrakło tym bardziej, że w przeciwieństwie do znakomitej większości wydawanych anime, bohaterami Fate/Zero są poza kilkoma nielicznymi wyjątkami ludzie dorośli. Jak miło wreszcie trafić na zbiór postaci kierujących się bardziej skomplikowanymi postanowieniami niż odwieczne „Ochronię moich przyjaciół!”, a także pozbawionymi licznych rozterek czasu dorastania. Znamienny jest zresztą fakt, że nawet wśród tych paru nastoletnich bohaterów serialu ujawniają się postacie o nietuzinkowych osobowościach.

Ważnym aspektem kreowania realistycznych portretów bohaterów staje się także podporządkowanie każdego z nich indywidualnym słabościom i błędom, jakie w wyniku nich popełniają. Nie każdy bierze udział w wojnie z własnej woli, a dla sporej części uczestników etyka i zasady są tylko kulą u nogi (choć pomijając dwoje całkowicie obłąkanych bohaterów, trudno wskazać kogoś jednoznacznie będącego czarnym charakterem). Ponadto tak siódemka magów, jak i towarzyszący im słudzy, to ludzie z krwi i kości, mogący popełniać błędy w osądzie i czynach, a co więcej, błyskawicznie ponoszący tego konsekwencje. Choć nie brakuje postaci przebiegłych (najlepszym przykładem jest Kiritsugu Emiya który w walce z innymi magami nad ogniste kule preferuje karabiny snajperskie i ładunki wybuchowe), nie ma nieomylnych – z dobrym skutkiem dla wiarygodności wydarzeń. Każdy ma też swe opinie, niekoniecznie zgodne, układające się w skomplikowaną, ale sensowną sieć wzajemnych przyjaźni, sojuszy oraz animozji.

Ciekawość może z pewnością wzbudzić sposób wykorzystania wielu typowo ludzkich przypadłości, który w połączeniu z dość swobodnym podejściem autora do sylwetek postaci historycznych (król Artur była kobietą…) jest chwilami pretekstem do egzystencjalnych rozważań, na szczęście bez popadania w filozoficzną przesadę i zbędnego meandrowania. I choć paradoksalnie w stosunku do light novel wątki te uproszczono, a jej zadeklarowani fani na forach internetowych nieraz wyrażali głosy niezadowolenia, to jednak w dalszym ciągu na tle zazwyczaj nieudolnych prób wprowadzenia do anime nieco ambitniejszej tematyki, wypadają one zgrabnie. Wystarczy wspomnieć odcinek, w którym trójka byłych monarchów przy winie dyskutuje o istocie bycia władcą absolutnym, albo też dialog między sługą Archerem a jednym z magów na temat poszukiwania i definicji przyjemności w życiu.

Kolejnym plusem konstrukcji serialu jest brak jednoznacznie wyszczególnionych głównych bohaterów. Co prawda niektóre postaci rezerwują dla siebie więcej czasu ekranowego niż pozostałe, ale z punktu widzenia scenariusza każda jest tak samo istotna. Widz ma całkowitą dowolność w wyborze swoich ulubieńców i o ile nie zapoznał się wcześniej z treścią oryginału, nie ma raczej szans domyślić się, komu uda się zachować życie i kto z konfrontacji wyjdzie zwycięsko – o ile w ogóle takie zakończenie będzie brane pod uwagę, ponieważ pierwsze trzynaście odcinków to zaledwie połowa anime, którego dopiero kolejny sezon przyniesie jakiekolwiek istotniejsze rozstrzygnięcia. Zdecydowanie szkoda tej przypadłości, wymuszonej przez uroki emisji w japońskiej telewizji, ale przynajmniej dłuższa przerwa pozwala na solidne przygotowanie dalszego ciągu, w tym dopieszczenia oprawy audiowizualnej, która jest tu zdecydowanie najwyższej próby.

Odpowiedzialne za Fate/ Zero ufotable znane było do tej pory z efektownie nakręconych anime, ale tym razem i tak zostałem pozytywnie zaskoczony. Tak pełne najdrobniejszych detali tła, spektakularne efekty specjalne i dynamiczna animacja były do tej pory raczej domeną filmów kinowych dysponujących o wiele większym budżetem i czasem na przygotowanie. I choć akcja przez zdecydowaną większość czasu toczy się w nocy, nie sposób zarzucić animatorom, że był to krok mający na celu oszczędności poprzez objęcie wszystkiego wszechobecną czernią. Nawet pojedynki przy świetle księżyca zachwycają mnogością barw i dopracowaniem każdego fragmentu kadrów. O doskonałości nie można mówić choćby ze względu na nieco zbyt statyczne sceny dialogów i chwilami uproszczony rysunek postaci, ale i tak ze świecą szukać lepiej wyglądającego animowanego serialu telewizyjnego wśród tytułów wydanych wcześniej.

W ślad za spektakularną jakością animacji poszli muzycy pod kierunkiem notorycznie pojawiającej się ostatnio przy adaptacjach ufotable Yuki Kajiury. Ścieżka dźwiękowa jest odpowiednio monumentalna, ale potrafi też przybrać spokojniejsze brzmienie, gdy zachodzi taka potrzeba. Da się co prawda zauważyć, że styl utworów wpasowuje się w dobrze znane i charakterystyczne dla kompozytorki rytmy, ale o ewentualnej wtórności mogą mówić tylko zadeklarowani przeciwnicy jej twórczości lub najbardziej wymagający audiofile.

Patrząc z szerszej perspektywy, zarówno warstwa audiowizualna, jak i scenariusz składają się na wyjątkowo sugestywny klimat całości. Miasto Fuyuki, gdzie rozgrywa się akcja, mimo bycia tętniącą życiem metropolią, w nocnych scenach sprawia wrażenie wyludnionego pustkowia, w którym strach opuścić bezpieczne cztery ściany. Udało się też ukazać magię w sposób daleki od tego, co zazwyczaj serwuje japońska animacja, czyli bez wielobarwnych światełek towarzyszących wykrzykiwaniu absurdalnych nazw zaklęć i specjalnych zdolności (pomijając jedną scenę ale tyle można wybaczyć). Zarówno towarzyszące czarom efekty, jak i inkantacje (znalazło się w nich choćby miejsce dla samego Cthulhu Lovecrafta) wpasowują się w niemal gotyckie, mroczne wyobrażenie okultyzmu, a proporcje widowiskowości do umiaru dobrano tak, by rzucane zaklęcia czy też krwawe sceny nie ocierały się o śmieszność.

Drugi biegun stanowią niemałe pokłady zdrowego poczucia humoru, jakie wprowadzają przede wszystkim wylewny sługa Rider i jego młodociany, dość strachliwy pan. Ich perypetie i rozmowy rozluźniają poważniejsze chwile i choć momentami niebezpiecznie zbliżają się do granicy wyznaczającej zwyczajne błaznowanie, to jednak nigdy jej nie przekraczają. Dzięki temu poszczególne odcinki nie stają się nużące, nawet jeśli obfitują we wspomniane już bardziej ambitne wątki – zawsze znajdzie się bowiem chwila dla widza na złapanie oddechu i uspokojenie szarych komórek.

Niestety w niemalże każdej beczce miodu znajdzie się łyżka dziegciu. Także w Fate/Zero nie udało się całkowicie uniknąć wpadek. Na czoło wysuwa się ukłon ekipy w stronę fanatycznych wielbicieli Rin (jednej z głównych bohaterek chronologicznej kontynuacji, Fate stay/night), która tu jeszcze smarkatym dziecięciem będąc, wyrusza w jednym z odcinków na samotną eskapadę w poszukiwaniu przyjaciółki i staje na drodze obłąkanemu mordercy. Pomijam już absolutny brak realizmu w zaprezentowanych tam scenach, ale taka zmiana treści oryginału tylko w celu przypodobania się wąskiej grupie publiczności autorom po prostu nie przystoi. Równie irytująca okazała się tendencja do ewidentnego przycinania pewnych scen i nierównomiernego rozłożenia proporcji. Aż prosiłoby się rozwinąć najbardziej istotne momenty ukazujące dokładniej sylwetki postaci, nawet kosztem tych bardziej widowiskowych potyczek. Pragnę przy tym zaznaczyć, że nawet ja, osoba niemająca wcześniejszej styczności z książkowym pierwowzorem, odczuwałem momentami, że ze scenariusza wycięto coś istotnego. Na szczęście zawsze można też zwyczajnie potraktować anime jako preludium do zapoznania się z książką, która jako medium ma tę przewagę, że mieści o wiele więcej treści. Sądząc po jakości serialu i pochlebnych opiniach na temat light novel, nie powinna to być decyzja, której będzie się żałować.

W ostatecznym rozrachunku Fate/Zero udało się stać pozycją zdecydowanie wyróżniającą się na tle bezpośredniej konkurencji w podobnym gatunku i na rynku anime w ogóle. Do pełni szczęścia zabrakło mi jednak przeświadczenia, że oto autorzy z pełną konsekwencją realizowali z góry założony projekt. Pojedyncze sytuacje, takie jak ów nieszczęsny odcinek z Rin, dowodzą, że nie udało się stuprocentowo trzymać poważnej i utrzymanej w realistycznym tonie atmosfery opowieści. We znaki daje się też przerwanie emisji w połowie i pozostawienie reszty wydarzeń na kolejny sezon, ale to akurat wada, która w momencie powstania kontynuacji przestanie mieć jakiekolwiek znaczenie. Mogę więc bez wahania stwierdzić, że czas poświęcony Fate/Zero nie będzie czasem straconym i po kontynuację większość sięgnie z nieukrywanym zadowoleniem.

Tassadar, 31 grudnia 2011

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Ufotable
Autor: Gen Urobuchi, Type-Moon
Projekt: Takashi Takeuchi, Tomonori Sudou
Reżyser: Ei Aoki
Muzyka: Yuki Kajiura