Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Kyaa! - magazyn o animacji, mandze i kulturze japońskiej

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

8/10
postaci: 7/10 grafika: 9/10
fabuła: 6/10 muzyka: 7/10

Ocena redakcji

8/10
Głosów: 4 Zobacz jak ocenili
Średnia: 7,50

Ocena czytelników

8/10
Głosów: 129
Średnia: 8,05
σ=1,4

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Qualu)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Eiga K-ON!

Rodzaj produkcji: film
Rok wydania: 2011
Czas trwania: 110 min
Tytuły alternatywne:
  • K-ON! The Movie
  • 映画 けいおん!
Postaci: Artyści, Uczniowie/studenci; Pierwowzór: Manga; Miejsce: Europa, Japonia; Czas: Współczesność; Inne: Realizm
zrzutka

Nalot słodyczy na Londyn. Truskawkowa gratka dla fanów serii.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Hunter Killer

Recenzja / Opis

Koniec roku za pasem, lekcje coraz bardziej się ciągną i już niebawem nadejdzie czas rozstań. Yui, Ritsu, Mugi i Mio za parę dni opuszczą liceum i zostawią muzyczny klub w spadku Azusie. Jej i tylko jej, dlatego tak trudno będzie rozstać się z młodszą koleżanką, która zostanie sama w pustej klasie. Na szczęście obyło się bez zbędnych dramatów, a dziewczyny zamiast ryczeć po kątach, zastanawiają się nad prezentem dla przyjaciółki. Ale co można jej dać, skoro to one są dla niej najważniejsze? A gdyby tak zostać jeszcze rok w szkole? Spełniłby się wtedy największy koszmar Azusy, czyli kolejne miesiące niańczenia starszej siostry Ui. W tym czasie inne kluby organizują kilkudniowe wyjazdy dla członkiń, a HTT nie chce być gorszy i też ma chrapkę na pozwiedzanie świata. Gorące źródła, Dubaj, Europa czy może Londyn? Wybór nie jest łatwy, a przekupstwo i fałszowanie wyników czyha na każdym kroku. Największym jednak problemem w podjęciu decyzji może okazać się szokujący fakt, iż stolica Wielkiej Brytanii leży w Europie…

Pomijam realizm. Nie wiem, jak to jest z japońskimi rodzicami i ich funduszami, ale Wielka Brytania to dość daleki cel podróży, a przy tym nietani. Rozwodzić się nad tym jednak nie będę, film może sprawić fanom serii tyle szczęścia, że szybko się zapomina o takich kwiatkach. A recenzentka, nie ukrywam, dała się przekupić ciasteczkom i herbacie już po pierwszych odcinkach pierwszego sezonu, dlatego nie wszystko, co można znaleźć w tym tekście, będzie tylko suchą opinią widza bez zauroczeń i własnych słabości.

Film ma miejsce gdzieś pod koniec drugiego sezonu i zahacza o ostatnie odcinki K­‑On!!, więc teoretycznie przed seansem wypadałoby zapoznać się z obiema seriami. Teoretycznie, bo choć nawiązań jest wiele, głównie poprzez postaci pojawiające się w kontynuacji, to ani fabuła nie jest na tyle zakręcona, aby ktoś miał większy problem z domyśleniem się, o co chodzi, ani akcja nie jest na tyle zabójczo szybka, aby gdzieś się zgubić. Mówiąc szczerze, ten film celuje tylko i wyłącznie w fanów serii, a dla innych osób może być dość… nudny. Humor jest bardzo hermetyczny i osoby, którym serie telewizyjne do gustu nie przypadły, nie mają w zasadzie czego tu szukać.

Uwaga, zdradzę największy sekret produkcji – Houkago Tea Time dały aż pięć koncertów w ciągu filmu. Chwila, moment, to muzyczne anime! – powiedzieliby niektórzy. A ja odpowiem – każdy, kto słyszał o anime K­‑On! wie, że czego jak czego, ale muzyki tam brak. Na naprawdę dobry ending trzeba było czekać prawie trzydzieści odcinków, w ciągu których unikano muzyki jak ognia. Wrócę do starych debat fanów – K­‑On! może być dobrym anime, pod warunkiem, że nie oczekuje się od niego… muzyki właśnie. Mio, Mugi, Ritsu, Yui i Azusa szukają pracy, jeżdżą na wycieczki, uczą się do egzaminów, chadzają na zakupy i pochłaniają absurdalne ilości słodyczy, popijając burżuazyjnymi herbatami, a to wszystko robią w uroczy, ale nie przesłodzony sposób (mam na myśli to, że ilość moé na odcinek nie przekraczała krytycznego stężenia). O dziwo, oglądanie tak prozaicznych czynności może sprawiać radość nie tylko zagorzałym fanom śledzącym poczynania swoich „waifu”. Oczywiste i codzienne, ale jakże oderwane od rzeczywistości i przedstawione wręcz bajkowo życie uczennic znalazło zwolenników również wśród osób, które tytułują się mianem zwykłych śmiertelników, a róż, gwiazdki i tęcza nastrajają ich pozytywnie do własnej codzienności. Po prostu, miło jest pooglądać słodkie wygłupy przeciętnych nastolatek, które może czasem wspomną coś o nastrojeniu swojej gitary, nie czynią jednak z tego powodu swojej egzystencji. Choć na początku serii padały całkiem poważne deklaracje o chęci założenia przez dziewczyny zespołu muzycznego oraz występów przed liczniejszą niż szkolna widownią, widz podświadomie wie, że nigdy nie uda im się tego osiągnąć. K­‑On! traktuje bardziej o wspólnym hobby, które zasklepia przyjaźń, niż o rywalizacji i osiąganiu marzeń na wielkich scenach. Muzykę samą w sobie traktowano od początku po macoszemu i widać to nawet po bohaterkach, u których zapał do gry wyparowywał z każdym kolejnym odcinkiem. Z tego właśnie powodu podczas oglądania filmu, za każdym razem, gdy któraś wyciągała instrument albo zaczynała śpiewać, byłam w szoku. Pozytywnym, tego chyba nie muszę dodawać.

Postaci na szczęście nie uległy żadnym zmianom, Ritsu nadal jest nadaktywną przewodniczącą, która czasem pokazuje swoją drugą słodszą naturę, a także głównym akceleratorem całej pozytywnej energii, jaka zalewa widza przed ekranem. Yui jak zwykle zapomina o wszystkim i pozostaje najczęstszą przyczyną problemów ekipy, ale wrodzony urok osobisty zabrania komukolwiek oskarżyć ją o najmniejsze przewinienie. Mio walczy z nieśmiałością i demonami przeszłości (legendarny występ zahaczający o burleskę i biało­‑niebieskie pasy znane każdemu koneserowi haremówek), a Mugi bardzo stara się zabłysnąć przed koleżankami (biorąc pod uwagę małe rozumki wszystkich postaci, nie jest to takie trudne): w tym przypadku chyba jako jedyna zna więcej niż pięć słów w języku angielskim i stara się ratować resztę drużyny. Choć najmłodsza członkini zespołu gości na ekranie wyjątkowo rzadko w porównaniu z serią telewizyjną, praktycznie każda rozmowa koleżanek prowadzona na osobności prędzej czy później schodzi na temat Azusy i prezentu­‑niespodzianki, jaki jej szykują. Poza główną piątką widzimy także Sawako i jej pierwsze wzloty i upadki w karierze projektantki ubrań, Ui i Jun, wspierające Azusę w opiece nad Yui, a także stare znajome Ritsu.

Mogę jednak śmiało powiedzieć, że najważniejszym bohaterem filmu jest Londyn i jego mieszkańcy. Liczba szczegółów, z jaką miasto zostało oddane, poraża. Podczas seansu faktycznie można trochę pozwiedzać, z tą jednak różnicą, że dziewczyny od Pałacu Westminsterskiego wolą ruchomą taśmę na lotnisku. Cieszy też fakt, że nie wszyscy Brytyjczycy to żyrafowate niebieskookie bestie ziejące ogniem, znajdziemy też niskich szatynów, grubych ciemnoskórych strażników czy Hindusa w barze z sushi.

Ocena grafiki była dla mnie dość problematyczna. Z jednej strony wszechobecne 3D i wręcz prymitywny sposób przedstawienia bohaterów, z drugiej strony… Z drugiej strony mam chyba wszystko to, czego brakuje czy brakowało mi w wielu innych seriach. Ruch w tle – nawet w najbardziej „fajerwerkowatych” filmach kinowych drugi i trzeci plan tak nie gra – jedni skaczą, inni biegną, każdy chodzi swoim tempem, a gdy ktoś w tle rozmawia, gestykuluje i ma zmienną mimikę. Da się odczuć głębię obrazu. Może nie powinnam używać tego porównania, bo jedno anime z drugim nie ma absolutnie nic wspólnego (a nie… muzyka!), ale nawet w tak dopracowanym dziele, jak Macross Frontier ~Sayonara no Tsubasa~ nie było aż tyle dynamiki na dalszym planie, dodam: tej znośnej dynamiki. Proszę nie myśleć, że statyści grają, jakby właśnie występowali w finale jakiegoś filmu rodem z Bollywood. Po prostu tło zachowuje się jak żywe.

Ładne, żywe kolory, zmieniająca się pogoda, wygląd pomieszczeń, to wszystko stanowi jasną stronę filmu. Ale najjaśniejszą są chyba ubrania bohaterek. Mają codziennie inne wdzianka, choć to wcale nie oznacza, że ich szafy są bez dna. Dodam, że jako fanka serii, zauważyłam i potwierdzam domniemane style ubrań każdej z bohaterek. Nie przedstawię ich w pełni, bo chcę zachować choć resztki pozorów normalności i udawać, że takie rzeczy całkowicie mnie nie interesują, ale dodam, że stroje Yui zwykle są krzykliwe i kolorowe, a Mugi prawie zawsze ma na sobie uroczą sukienkę. Mówiąc krótko, ubranie podkreśla charakter postaci. Wiem, że prawie nikt nie zwraca uwagi na takie błahostki, ale jako widz czuję się lepiej, gdy wiem, że studio nie robi z nas bydła i nie daje bohaterowi jednej pary tęczowych spodni na pięćset odcinków walk i wybuchów.

Do tego wszystkiego dochodzi ta płynna, lekko niedbała animacja, tak charakterystyczna dla K­‑On!. Gdy postaci grają na instrumentach, to faktycznie przebierają palcami i ruszają się w takt muzyki, ale nie jest to zasługa niezbyt eleganckich efektów komputerowych. Albo jest, ale bardzo, bardzo dobrych efektów komputerowych, jeśli tak – takie mi absolutnie nie przeszkadzają. W porównaniu z innymi produkcjami Kyoto Animation, Eiga K­‑On! prezentuje tak samo wysoki, dopieszczony poziom wizualny. W żadnej innej cyferkowej ocenie nie mogę tak podkadzić temu filmowi jak w grafice właśnie, dlatego też, choć całokształt zasługuje na mocne osiem, dostanie zawyżone dziewięć. Prezent od fanki.

Napisałam wyżej, że piosenek jest sporo, ale wspomnę tylko o trzech. Tenshi ni fureta yo znają ci, którzy widzieli końcówkę drugiego sezonu, więc nie jest wcale taką nowością (choć muszę przyznać, że jest to jedna z lepszych piosenek i wcale nie narzekałam podczas ponownego odsłuchania jej w filmie). Ichiban Ippai, opening, zwiera się w grupie tych słodkich, superoptymistycznych piosenek Yui, których w sumie da się nawet wysłuchać do końca, ale nie trzeba się nimi zachwycać. Dla odmiany ending utrzymany jest w stylu No, Thank you!, piosenki zamykającej odcinki drugiej serii, zarówno pod względem teledysku, jak i melodii, tak więc patrząc szerzej, Singing! ma sporą szansę spodobać się większej liczbie widzów podobnie, jak poprzedniczka. Reszta ścieżki dźwiękowej była, i tyle o niej napiszę.

Wspomnę jeszcze raz, że choć film jest utrzymany w lekkim tonie serii telewizyjnych i celuje w ich fanów, nic nie stoi na przeszkodzie, aby ktoś niezaznajomiony z cyklem po niego sięgnął. Lojalnie jednak ostrzegam, że jeżeli jest na tyle ambitny, aby kończyć to, co zaczął, radzę obejrzeć jeden, dwa odcinki pierwszego sezonu, a potem może jeszcze jeden losowy z drugiej serii – o wiele łatwiej przerwać oglądanie półgodzinnego odcinka i rzucić serią jak najdalej od siebie niż honorowo cierpieć dwie godziny i słuchać drętwych dowcipów o sposobach jedzenia ciasta. Próchnicy się od tego nie dostanie, ale szkoda marnować czas na coś, co nas zupełnie nie interesuje.

Eiga K­‑On! swój klimat ma i potrafi oczarować, jest więc obowiązkową pozycją do obejrzenia dla fanów i obowiązkową pozycją do omijania przez osoby, które mają uczulenie na moé. Produkcja potrafi naładować pozytywną energią i przyjąć widza bardzo puchato i ciepło. To jak jedzenie waty cukrowej – niby zbędne, ale daje mnóstwo radości i przywołuje same miłe wspomnienia. I jeszcze jedno – w tym filmie bohaterki co chwilę coś jedzą. Nie, one żrą. Pochłaniają. Nawet śpiewają o jedzeniu (trochę to dziwne, wszak Anglia nie słynie ze smacznych dań). Radzę zaopatrzyć się w stertę żelków, paczkę chipsów albo porządny obiad z deserem, inaczej razem z Mio i Yui będzie śpiewać Wasz żołądek.

Qualu, 2 września 2012

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Kyoto Animation
Autor: kakifly
Projekt: Yukiko Horiguchi
Reżyser: Naoko Yamada
Scenariusz: Reiko Yoshida