Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Kyuu.pl

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

6/10
postaci: 7/10 grafika: 5/10
fabuła: 6/10 muzyka: 5/10

Ocena redakcji

6/10
Głosów: 9 Zobacz jak ocenili
Średnia: 6,00

Ocena czytelników

8/10
Głosów: 537
Średnia: 7,81
σ=1,49

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Piotrek)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Magi

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2012
Czas trwania: 25×24 min
Tytuły alternatywne:
  • マギ
  • Magi - The Labyrinth of Magic
zrzutka

Nowatorskie podejście do gatunku shounen czy może nowe szaty cesarza? W sumie wyszło jakoś tak pomiędzy.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Alibaba Saluja stara się zarobić, jak na kupca przystało. Jak każda przedsiębiorcza osoba, musi znosić opryskliwych klientów, bo inaczej wyleci z interesu, a przy okazji narobi sobie wrogów. Jednak nawet osoba tak zaradna jak on nie jest w stanie przewidzieć dodatkowego balastu w postaci małego chłopca przedstawiającego się jako Alladyn i pochłaniającego zapasy jedzenia z zawrotną prędkością. Widząc jednak, co tak naprawdę potrafi jego nowy znajomy, Alibaba postanawia z jego pomocą zrealizować długo skrywane marzenie – podbić legendarny Loch, zebrać skarby z jego wnętrza i stać się obrzydliwie bogatym. Jednak nic nie idzie po myśli chłopaka, bowiem lokalny despota i szlachcic zarazem pragnie wykorzystać tajemniczego Alladyna do zostania królem, jednak nie poprzez własną siłę a wysługując się swoimi niewolnikami – małomównym Goltasem i niezwykle silną Morgianą. Shounen nie byłby jednak shounenem gdyby to zło tryumfowało, więc psychotyczny władyka zostaje pokonany, nasza filigranowej postury siłaczka wyzwolona a bohaterowie mogą kontynuować swoje przygody.

Magi: The Labyrinth of Magic nie jest typową serią shounen. Tuż obok standardowych dla tego typu anime walk i zyskiwania nowych mocy w ich trakcie, bądź też w efekcie przygód, jakie przeżywają bohaterowie, mamy też wątki dużo poważniejsze, dotyczące niewolnictwa i zapatrywania nań tak poszczególnych postaci, jak i everymanów, prezentujących podejście ogółu społeczeństwa. Nie da się jednak omówić tych wątków oddzielnie, bowiem jedne wynikają logicznie z drugich i stanowią spójną całość. Jest to pierwsza z większych zalet, jakimi mogą pochwalić się świat przedstawiony i seria w ogóle – w przeciwieństwie do innych przygodowych anime (żeby daleko nie szukać, choćby Naruto i Bleacha), gdzie mistycyzm miesza się z technologią w sposób równie płynny, co woda i olej, a zasady wewnętrzne świata istnieją tylko po to, by je łamać, Magi prezentuje wizję jednoznacznie ukierunkowaną na stworzenie świata wiarygodnego i pozbawionego udogodnień życia codziennego (żadnych magicznych rentgenów czy komunikatorów). Magia jak najbardziej istnieje i wpływa na życie ludzi, jednak dzieje się to w ograniczonym stopniu i w zgodzie z zasadami, jakie poznaliśmy wcześniej. Niby nie jest to dużo i zapewne niektórzy wytkną mi, że to nieistotny szczegół, jednak to właśnie takie elementy decydują dla mnie, czy dana seria jest faktycznie przemyślana i ułatwia zagłębienie się w jej świat, czy też rzeczony świat jest stworzony na odwal się, bo gdzieś akcja musi mieć miejsce.

Podobnie prezentuje się fabuła, która posuwa się naprzód wskutek wcześniejszych działań bohaterów i możemy z większą lub mniejszą łatwością prześledzić, co doprowadziło do obecnych wydarzeń. Historia zwyczajnie ma sens i mimo że czasami wydaje się niepotrzebnie zagmatwana, to ostatecznie niemal wcale nie miałem problemu ze zrozumieniem, dlaczego autorzy tak a nie inaczej postanowili ją poprowadzić. Dlaczego niemal? Już wcześniej wspomniałem, że seria ma wątki znacznie poważniejsze niż można by oczekiwać po przedstawicielce tego gatunku, jednak sposób ich przedstawienia (chodzi mi tu zwłaszcza o kwestię niewolnictwa) jest bardzo bezpośredni i momentami przechodzi w nachalne moralizatorstwo, które psuje przyjemność oglądania. Dużo lepiej bym to odbierał, gdyby kwestię zaznaczono subtelniej niż „Niewolnictwo jest złe! Musicie nim pogardzać! Musicie je zlikwidować!” W tym sezonie jeszcze tak tego nie widać, ale późniejsze wydarzenia wręcz tym ociekają (elementy mesjanistyczne też nie pomagają). Ze znacznie większą przyjemnością śledziłem wszelkiego rodzaju intrygi polityczne i negocjacje pomiędzy stronami, stojące na wysokim poziomie i trzymające widza w napięciu. Na pewno pomaga też to, że serii, w których napotykamy wątki intryganctwa czy polityki jest jak kot napłakał (tych dobrych jeszcze mniej). Duża część anime została poświęcona kwestii ojczyzny Alibaby i nie ogranicza się do pokonania wielkiego złego, a tym samym rozwiązania wszystkich problemów niczym za dotknięciem magicznej różdżki. Wprost przeciwnie – jeśli w kraju panuje chaos, to jego opanowanie zajmuje dużo czasu, a efekty pozostają widoczne przez długi czas.

Jednak jak na shounena przystało, nie samymi intrygami człowiek żyje i trochę walk w serii też mamy. Co ciekawe pierwsze skrzypce rzadko kiedy gra w nich Alibaba, bowiem to Morgiana przejmuje rolę ciężkiego wsparcia – blondyn polega bardziej na szybkości i zręczności niż czystej sile i stara się wymanewrować wrogów, by dziabnąć ich w plecy a nie siec po mordach. Sprawia to jednocześnie, że walki ogląda się znacznie przyjemniej, bowiem Alibaba musi myśleć, by wygrać, samo machanie mieczem nie wystarcza. Problem polega jednak na tym, że skoro główny bohater praktycznie nie ma okazji, by popisać się swoją siłą, to mimo wszystko trochę brakowało mi scen, w których mógłby on faktycznie wykazać się na polu bitwy. Niektórzy widzowie mogą z tego powodu uznać Alibabę za popychadło (i nawet im się nie dziwię, zważając na to, jak traktuje go fabuła). Jedynym poważnym zastrzeżeniem, jakie mam względem fabuły, jest poprowadzenie ostatniego wątku, który niestety postanowiono rozwiązać za pomocą oryginalnego, a nie pochodzącego z mangi pomysłu. To było zwyczajnie idiotycznie pomyślane i kłóciło się z tym, co wcześniej mieliśmy okazję zobaczyć. Efekt nie jest co prawda aż tak tragiczny, jak w przypadku Ao no Exorcist, ale to wciąż boli.

Największą zaletą serii są jej bohaterowie. Nie powiedziałbym, że są nietuzinkowi, bo to zdecydowanie byłoby przesadą, jednak nie było przypadku, żebym nie polubił kogoś, bo jest irytujący. Główna trójka to oczywiście Alibaba, Alladyn i Morgiana. Nasz blondwłosy kupiec jest, jak już wspomniałem, osobą inteligentną i stara się przetrwać w nieprzyjaznym świecie. Nie oznacza to jednak, że jest pozbawiony kręgosłupa moralnego, co to to nie. Ma swoje zasady i się ich trzyma, jednak jego problemy z bardzo niską samooceną często przeszkadzają mu w życiu. Nadaje mu to dużo bardziej ludzki charakter, bo jasno pokazuje, że nikt, nawet główny bohater, nie jest idealny, jednak z takim podejściem wiąże się jeden problem. Alibaba bardzo szybko zostaje naczelną ofiarą serii i często obrywa po metaforycznych jajach (jest to też jedna z fanowskich teorii – seria nie skończy się dla niego dobrze, bo jego cierpienie jest zbyt zabawne). Sprawia to, że naprawdę trudno jest go brać na serio i tak naprawdę współczułem mu tym bardziej, im bardziej fabuła nabierała rozpędu. Nie da się go jednak nie lubić, szczególnie że sytuacje, w które sam dość często się pakuje, są autentycznie śmieszne. Jego kumpel, Alladyn, zdecydowanie się od niego różni. Przede wszystkim, za co należy pochwalić go jako postać, zachowuje się jak autentyczne dziecko. Jest naiwny, ufny i chce dla wszystkich dobrze, choć muszę przyznać, że wraz z rozwojem fabuły swojego idealizmu się nie wyzbywa, i trochę to irytuje, gdy widzimy, jak Alladyn chce nawracać zagubione owieczki niezależnie od tego, co rzeczona jagnięcina wcześniej przeskrobała. Trzeba mu jednak przyznać, że jak na dziecko nie jest denerwujący, co więcej, dość szybko się uczy, więc nie zdarza się powtarzanie tego samego problemu.

Wreszcie milcząca piękność i ulubienica fanów, Morgiana, jest osobą niezwykle skrytą. Ponieważ należy do rasy Fanalisów, jest nieprzeciętnie silna, szybka i wytrzymała, co oznacza, że na samym początku to właśnie ona często wydostaje chłopaków z tarapatów. Trudno jednak powiedzieć o niej cokolwiek więcej, bowiem gra drugie skrzypce w porównaniu do Alladyna czy Alibaby (częściowo na własne życzenie, co też wynika z jej wychowania jako niewolnicy). Możemy zaobserwować, że jest niezwykle oddana swoim przyjaciołom, a także nie da się wykluczyć, że pomiędzy nią a Alibabą w przyszłości coś zaiskrzy (choć znając jego szczęście, za bardzo bym na to nie liczył). Ostatnią z istotnych postaci jest Sindbad – pan i władca siedmiu mórz, kobieciarz nieprzyzwoity i taki też pijak. Jest to, jeśli można go tak nazwać, główny dobry serii, pomagający bohaterom w bardzo wielu przypadkach. Szczerze mówiąc, mam co do niego mieszane uczucia. Z jednej strony zawsze gotów jest pomóc swoim sojusznikom i okazuje się niemal idealny we wszystkim, co robi (jednocześnie sprawia to, że jest dość irytujący), a z drugiej nie mogę się oprzeć wrażeniu, że mimo wszystko ma on w tym wszystkim jakiś ukryty interes, który na razie pozostaje tajemnicą. Cóż, czas pokaże, jednak mimo wszystko nie nazwałbym go na razie udaną postacią.

Pod względem grafiki Magi waha się niemalże w granicach ekstremum – sceny walki potrafią mieć bardzo płynną animację, choć w większości przypadków ogranicza się ona do sekundy, góra dwóch, po których zostaje zastąpiona ujęciami w zwolnionym tempie, co ma niby nadać scenie więcej wyrazu, ale tak naprawdę jest tylko sprytną formą oszczędzenia budżetu. Drugi koniec spektrum zaś rysuje się w koszmarnie czarnych barwach. Wystarczy popatrzeć na twarze w oddaleniu czy animację ruchu w mniej kluczowych scenach, jak choćby podczas przyjęcia w Sindrii, gdy Alladyn i spółka wchodzą po schodach, co wygląda bardziej jak teatrzyk kukiełkowy poruszający papierowymi wycinkami w kształtach postaci, albo scena tańca Morgiany w tym samym odcinku (moment, na który czekali niemal wszyscy fani mangi), której najbliżej było do ataku padaczki z udziałem kilku bardzo nieprzyjemnie połamanych kości. Właśnie w takich chwilach miałem ochotę rzucić czymś ciężkim w monitor i kląć twórców wniebogłosy. Owszem, nie zawsze mamy do czynienia z tak koszmarną różnicą poziomów, ale takie wpadki bardzo obniżają końcowe wrażenia, a tym samym ocenę. Czas jednak powiedzieć co nieco o grafice w oderwaniu od animacji, tym bardziej że tutaj mogę pochwalić serię za parę rzeczy. Zacznijmy od tego, że anime, w którym bohaterowie podróżowaliby po Bliskim Wschodzie albo jego fantastycznym odpowiedniku, jest niewiele, a Magi udało się doskonale uchwycić klimat tego rejonu (to, że większość pracy wykonała autorka mangi, to szczegół). Także stroje, choć ograniczające się do szat, pasują do całości, nie odnosiło się też wrażenia, że ktoś tylko zerknął na architekturę arabską z okresu złotego wieku (przypadającego mniej więcej na nasze średniowiecze) i wepchnął ją do serii „bo tak będzie fajnie”.

Słuchając ścieżki dźwiękowej, nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że gdzieś już słyszałem ten styl (było to jeszcze zanim spojrzałem na listę twórców). Chórki, które śpiewają w pokracznym angielskim i nijak nie pasują do klimatu Bliskiego Wschodu, czy jeden porządny utwór na kilkanaście, który pasuje jako tło dla wydarzeń – niestety Shirou Sagisu ma chyba lata świetności dawno za sobą. Nawet dobór utworów do openingów i endingów jest mocno taki sobie. Zarówno V.I.P., jak i Matataku Hoshi no Shita de w czołówce nie brzmią szczególnie porywająco – ot, kolejne utwory o sile przyjaźni i zdobywaniu świata za jej pomocą, jakich tysiąc i jeden zdążyłem się nasłuchać podczas oglądania innych serii tego typu. Podobnie prezentują się piosenki zamykające każdy odcinek – są skoczne, czuć bijącą z nich pozytywną energię i kompletnie mi nie odpowiadały. Nieco lepiej prezentuje się drugi ending The Bravery w wykonaniu supercell, ale to wciąż nie to (daleko temu chociażby do obłędnych utworów z Guilty Crown). Dużo lepiej spisują się aktorzy podkładający głosy bohaterom, jednak i tu mam parę zastrzeżeń. Możecie uznać to za czepialstwo z mojej strony, jednak nie mogę do końca pojąć, dlaczego głosy mężczyznom, czy chłopakom zdrowo po wieku, w którym przechodzi się mutację, brzmią jakby dopiero co przekroczyli dziesiąty rok życia. Jest to wyjątkowo wyraźnie słyszalne za każdym razem, gdy Alibaba otwiera usta, i mimo wszystko niezbyt miłe dla uszu. Do reszty nie mam zarzutu, zwłaszcza Sindbad ma typowo uwodzicielski głos, który doskonale do niego pasuje, a jest zasługą Daisukego Ono. Podobny poziom prezentują postaci kobiece, choć trzeba przyznać, że Haruka Tomatsu, podkładająca głos Morgianie, nie miała zbyt wielu okazji do popisania się swoimi umiejętnościami.

Magi: The Labyrinth of Magic to seria nierówna, głównie ze względu na wpadki techniczne, choć znajdzie się też parę fabularnych. Nie wiem, czy powinienem rekomendować tę serię fanom bitewnych shounenów, ze względu na ilość intryg i poruszanie naprawdę mało rozrywkowych tematów, takich jak rasizm i niewolnictwo. Z drugiej strony zostały one potraktowane dość pobieżnie i momentami nieco nieudolnie, więc trudno mi też zapewniać, że fani śledzenia politycznych zawirowań i tym podobnych intryg będą zadowoleni. Nie pozostaje mi nic innego, jak poradzić sprawdzoną metodę trzech odcinków – jak się spodoba, a ma szansę, to oglądajcie, jak nie, to nie.

Altramertes, 9 marca 2014

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: A-1 Pictures
Autor: Shinobu Ootaka
Projekt: Shiho Takeuchi, Toshifumi Akai
Reżyser: Kouji Masunari
Scenariusz: Hiroyuki Yoshino
Muzyka: Shirou Sagisu