Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Otaku.pl

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

7/10
postaci: 7/10 grafika: 4/10
fabuła: 7/10 muzyka: 6/10

Ocena redakcji

5/10
Głosów: 6 Zobacz jak ocenili
Średnia: 5,17

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 259
Średnia: 7,41
σ=1,5

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Kysz)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Tokyo Ravens

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2013
Czas trwania: 24×24 min
Tytuły alternatywne:
  • 東京レイヴンズ
Tytuły powiązane:
Gatunki: Przygodowe, Romans
zrzutka

Opowieść o magii w shounenowych klimatach – niby nic nowego, a jednak wciąga!

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Gdybyście należeli do jednego z najpotężniejszych rodów onmyouji, logiczne byłoby, iż sami kontynuowalibyście rodzinną tradycję, idąc w ślady znakomitych przodków, prawda? Cóż… Harutora Tsuchimikado ma na ten temat inne zdanie. Przede wszystkim chciałby on miło i przyjemnie spędzać czas z przyjaciółmi, trzymając się z dala do wszelkich kłopotów związanych z magią. Możliwe, że jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy jest fakt, że po prostu nie widzi on duchowej energii, co stanowi przecież podstawę pracy onmyouji. Mimo wszystko Harutora nie czuje się z tym szczególnie źle i prowadzi spokojne życie gdzieś na prowincji. Gdyby jednak taki stan rzeczy miał się utrzymać dłużej, nie byłoby tego anime. Pewnego dnia zatem pojawia się w jego miejscowości tajemnicza dziewczyna, pragnąca przeprowadzić śmiertelnie niebezpieczny (i zakazany) rytuał magiczny. Do tego celu potrzebuje jednak mocy należącej do reinkarnacji legendarnego onmyouji Yakou Tsuchimikado, czyli – jak wszyscy podejrzewają – do Natsume Tsuchimikado, będącej kuzynką i koleżanką z dzieciństwa głównego bohatera, a także główną spadkobierczynią rodu. Niestety Suzuka Dairenji, bo tak nazywa się owa tajemnicza osoba, popełnia w zasadzie największy możliwy błąd – wciąga w to wszystko bogu ducha winnego Harutorę, który z pewnych powodów nie może pozostać obojętnym na jej działania. Wraz z Natsume udaje mu się zażegnać niebezpieczeństwo, lecz oznacza to równocześnie koniec jego spokojnego, niemagicznego życia. I tak oto ląduje on w szkole onmyouji, w samym sercu trwającej od lat waśni pomiędzy różnymi frakcjami magów.

Seria właściwie nie wprowadza do gatunku niczego nowego – znowu mamy na głównym planie nastolatków z nadnaturalnymi mocami, którzy walczą ze złem niewiadomego pochodzenia. Od tego typu serii jednak nie wymaga się cudów. Teoretycznie powinno wystarczyć, by bohaterowie odpowiednio dużo sobie powalczyli, umacniając przy tym przyjaźń pomiędzy sobą, odkrywając miłość, a przy okazji zbawiając świat. Mniej więcej to dostajemy także w tym przypadku z tą różnicą, że ratowanie świata nie stoi tutaj na pierwszym planie. Owszem, zadaniem onmyouji jest oczyszczanie Ziemi z różnych groźnych duchowych bytów, jednak twórcy przynajmniej w tym przypadku pomyśleli i doszli do logicznego wniosku, iż zatrudnianie do tego niedoświadczonych uczniów jest nie do końca dobrym pomysłem, a walkę lepiej zostawić zahartowanym w boju zawodowcom. Nie oznacza to bynajmniej, że nie zobaczymy naszych bohaterów w akcji, jednakże trzeba oddać im sprawiedliwość, że nie pchają się oni do niej z własnej woli.

„Hola, hola, zły człowieku” – zakrzykniecie pewnie w tym momencie z oburzenia – „wygląda to jak kolejna sztampowa produkcja o magach, czemuż zatem otrzymała aż tak wysoką ocenę?”. Już spieszę z wyjaśnieniem. Otóż od wielu anime opartych na podobnym schemacie, odróżnia ją niesamowicie dobrze przemyślane tło fabularne. Jak się bowiem okazuje, posługiwanie się magią to coś o wiele bardziej skomplikowanego niż wypowiedzenie zaklęcia czy rozrzucenie od czasu do czasu talizmanów. I niestety nie każdy jest zgodny co do tego, do czego właściwie powinna ona służyć i w jaki sposób należałoby ją rozwijać. Przy czym ów brak zrozumienia nie prowadzi automatycznie do otwartej wojny, bo ta byłaby jednak zbyt niebezpieczna, zwłaszcza zważywszy na konsekwencję stosowania niektórych czarów. Prowadzi to zatem do pozornej stabilizacji, w której każda ze stron dąży do osiągnięcia swoich celów nieco mniej oficjalnymi drogami. Co najważniejsze, nie da się w tym wszystkim wyróżnić frakcji definitywnie złych czy dobrych, co przejawia się chociażby w tym, że koegzystują one na świecie dość poprawnie i wzajemnie się uzupełniają. Oczywiście fanatycy znajdą się wszędzie, zatem i tutaj takich nie brakuje, ale jeśli ich pominąć, naprawdę trudno zarzucić coś jakiejkolwiek z owych grup, nawet jeśli w toku wydarzeń okaże się, że ich interesy są sprzeczne z działaniami głównych bohaterów.

Należy w tym miejscu nadmienić również, iż poszczególne zdarzenia, które obserwujemy na ekranie, nie są tylko dziełem przypadku, a za tym wszystkim kryje się bardzo bogata historia. Odniosłam nawet wrażenie, że nieco zbyt bogata jak na taką liczbę odcinków. Część wątków aż prosi się o rozbudowanie, bo trzeba przyznać, że nakreślone tutaj konflikty przedstawiają się nadzwyczaj intrygująco. Na szczęście brak owych wyjaśnień nie przeszkadza w zrozumieniu całości, acz umniejsza nieco przyjemność z oglądania.

Jak w tym wszystkim odnajdują się nasi bohaterowie? Z grubsza rzecz biorąc – nijak. Niestety w ich przypadku wyraźnie widać, że od niektórych schematów po prostu nie da się odejść, a shounen to nie miejsce na bardziej skomplikowane osobowości. Harutora Tsuchimikado to zatem klasyczny przypadek sympatycznego głównego bohatera. Specjalnie uzdolniony to on nie jest, jednak nie przeszkadza mu to w podejmowaniu prób pomagania wszystkim wokoło – nawet jeśli miałoby to narazić jego samego na niebezpieczeństwo. Nie należy on również do zbytnio rozgarniętych, jeśli chodzi o sferę uczuciową, zresztą także jego spostrzegawczość pozostawia sporo do życzenia. Nie od parady dostał więc przezwisko „Bakatora” (Baka = głupek), bo w zasadzie opisuje to dość dobrze jego zachowanie przez większość serii. Na pierwszym planie partneruje mu Natsume Tsuchimikado, będąca (przynajmniej w teorii) wybitnie uzdolnioną onmyouji, która z powodu rodzinnej tradycji ukrywa się w przebraniu chłopaka (wszystkich zaniepokojonych informuję, że nie jest to zagranie fanserwisowe, ale mające ścisły związek z fabułą). Nikogo nie zdziwi zapewne fakt, że dziewczyna od dziecka podkochuje się w koledze, ale jest zwyczajnie zbyt nieśmiała, by mu to wyznać. Ileż już tego typu duetów dane nam było oglądać w anime! Na szczęście w tym przypadku kwestie romantyczne nie dominują całości, dzięki czemu nie jesteśmy zdani na śledzenie monologów wewnętrznych bohaterki przez ¾ serii.

Bliższą znajomość przyjdzie nam też zawrzeć z Kyouko Kurahashi, czyli dziewczyną żyjącą jedną mało istotną obietnicą z dzieciństwa. Choć z początku kreuje się ją na osobę niezwykle utalentowaną magicznie, z biegiem czasu wychodzi na jaw, że nie jest ona tak przydatna w walce, jak być powinna. Najbardziej charyzmatyczną postacią w tej grupce okazuje się natomiast Touji Ato. To właśnie dzięki jego celnym, acz niepozbawionym ironii uwagom, reszta bohaterów nabiera nieco żywszych barw. Niestety wraz z kolejnymi odcinkami Touji schodzi na dalszy plan, a szkoda, bo dzięki niemu wiele nieporozumień zostałoby wyjaśnionych o wiele wcześniej.

Gdyby seria skupiała się tylko i wyłącznie na poczynaniach tej grupki, nie skończyłoby się to dla niej zbyt dobrze. Od czego są jednak postaci drugoplanowe, nie po raz pierwszy wypadające lepiej niż główni bohaterowie. Jak już zostało nadmienione wyżej, brak tutaj klasycznego antagonisty, przesiąkniętego złem i nienawiścią do świata. Chociaż niektórych w pierwszej chwili łatwo byłoby obsadzić w takiej roli, to z czasem okazuje się, jak bardzo mylny byłby to sąd. Na szczęście postawiono tu na postaci raczej niejednoznaczne, a doskonałym tego przykładem jest Jin Ootomo, nauczyciel w szkole onmyouji i bodajże najciekawiej wykreowana postać. Z pozoru wydaje się typem lekkoducha, który skrywa jakiś mroczny sekret, z czasem okazuje się osobą nieco bardziej skomplikowaną, której zachowanie nie tak prosto jednoznacznie ocenić. Podobnych postaci jest tutaj sporo, lecz przywoływanie większości z nich w recenzji byłoby już zbyt wielkim spoilerem. Pozwolę sobie jeszcze tylko zwrócić uwagę na to, że nie każdy okazuje się tym, kim wydaje się być na początku, w dodatku naprawdę warto uważać na przewijające się gdzieś w tle nazwiska, by potem nie poczuć się zgubionym, gdy na scenie pojawi się ktoś nowy.

Mam za to wrażenie, że kogoś pominęłam… A tak, okularnik. Właściwie jest to teoretycznie jedna z głównych postaci, dostał nawet trochę czasu w openingu – biegnie, klaszcze, śmieje się. Rzeczywiście, całkiem ciekawy bohater. Na tyle, że nawet nie zapamiętałam jego imienia. Przyznam, że nie rozumiem idei tworzenia tego typu bohaterów, istniejących w anime bardziej na zasadzie „zapchajdziury” niż postaci wnoszących cokolwiek do fabuły. Jeśli by nagle zniknął, nic wielkiego by się nie stało, a twórcy oszczędziliby pieniądze wydane na jego seiyuu. Co prawda próbowano ten jego brak polotu jakoś wpleść do fabuły, wypadło to wszakże totalnie nieprzekonująco.

Wszystko byłoby w sumie super, gdyby nie oprawa graficzna. Pierwsze wrażenie jest jak najbardziej pozytywne – żywe kolory, ładne projekty postaci, standardowa animacja. Potem do akcji wkracza magia i czar pryska. Wystarczy rzec właściwie jedno – CGI. Wspomaganie się grafiką komputerową stanowi przekleństwo naszych czasów. Jeśli jest zrobiona z pomysłem bądź stanowi tylko dodatek, można to jeszcze przeboleć (a często nawet nie zauważyć), kiedy jednak wprowadza się ją tylko dla oszczędności i nie przykłada do jej realizacji zbyt dużej wagi, po prostu razi. W dodatku w przypadku Tokyo Ravens pasuje ona jak pięść do nosa, bo nie wiem, jak inaczej można określić dziwne mechaniczne potworki pojawiające się w całkiem klimatycznej oprawie. W taki oto sposób tworzy się graficzne koszmarki, czego owo anime jest idealnym przykładem.

Jeśli chodzi o muzykę, w pierwszej kolejności wypada mi zwrócić uwagę na fantastyczny pierwszy opening X­‑encouter, śpiewany przez Maon Kurosaki i prezentujący się nadzwyczaj dobrze również od strony wizualnej. Niestety twórcy wyczerpali w nim chyba wszystkie pomysły na czołówkę, bowiem już drugi opening jest tylko cieniem pierwszego – i to dosłownie! Nie wiem, czy była to faktycznie kwestia braku inspiracji, czy raczej niskiego budżetu, ale piosence ~Outgrow towarzyszy wiele scen wykorzystanych już wcześniej. Sama piosenka zła nie jest, ale to już nie to samo – muzyka ani trochę nie pasuje do tego, co widać na ekranie, przez co znika nawet przyjemność słuchania jej. Kompozycje pojawiające się w tle prezentują się natomiast standardowo. Kiedy trzeba zagrać dynamiczniej – jest dynamicznie, gdy akcja zwalnia – słyszymy wolniejsze melodie. Da się z tego wszystkiego wyłowić ze dwie lub trzy ciekawsze nuty, ale trudno to nazwać porywającym soundtrackiem.

Pozostaje zatem odwieczny recenzencki problem, komu właściwie można polecić tę serię. Z pewnością nie każdy będzie się na niej bawił tak samo dobrze. Nie jest to kolejny tytuł z serii „tylko dla wybranych”, jednak dla niektórych liczne drobne wady okażą się pewnie zbyt przytłaczające, by mogli czerpać jakąkolwiek satysfakcję z seansu. Poszukiwacze oryginalnej fabuły i zapadających w pamięć kreacji bohaterów mogą właściwie z góry odrzucić Tokyo Ravens. Jednakże z doświadczenia wiem, że czasami ma się ochotę po prostu na kolejną porcję zwyczajnej lekkiej rozrywki, mając dość dokopywania się w kolejnych anime do jakiejś legendarnej głębi czy „Tatarkiewicza w pigułce”. Dostajemy tu zatem odpowiednio wyważoną porcję szkolnego życia, walk magicznych, nieprzesadzonego dramatu, lekkiego humoru przeplatającego się z poważniejszymi scenami, a nawet kapkę romansu. Jeśli ktoś lubi takie połączenie, seria powinna mu się spodobać, z zaznaczeniem, by nie oczekiwał po niej nie wiadomo jakich cudów – to właściwie powtórka z rozrywki, jeśli chodzi o ten gatunek, za to zrealizowana naprawdę dobrze i bez większych błędów, dzięki czemu ogląda się ją po prostu przyjemnie.

Kysz, 24 kwietnia 2014

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: 8bit
Autor: Kouhei Azano
Projekt: Atsuko Watanabe
Reżyser: Takaomi Kanasaki
Scenariusz: Hideyuki Kurata
Muzyka: Maiko Iuchi