Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Podlaski Festiwal Anime 6 - konwent

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

5/10
postaci: 6/10 grafika: 7/10
fabuła: 5/10 muzyka: 5/10

Ocena redakcji

brak

Ocena czytelników

4/10
Głosów: 7
Średnia: 3,71
σ=2,81

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (moshi_moshi)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Dragon Collection

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2014
Czas trwania: 51×12 min
Tytuły alternatywne:
  • ドラゴンコレクション
Gatunki: Przygodowe
Widownia: Shounen; Postaci: Smoki; Pierwowzór: Gra (inna); Miejsce: Świat alternatywny; Inne: Magia
zrzutka

Niezgorsza seria przygodowa ze sporym potencjałem i smokami, którą pogrążył karciany pierwowzór.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Hiro, czyli typowy japoński małolat, umawia się z tatą w salonie gier, gdzie wspólnie mają przetestować nową grę. Ale że dzieci z założenia są niecierpliwe, bohater, nie czekając, wrzuca monetę do automatu i bum, przenosi się do alternatywnego świata! Na wstępie Hiro ratuje z opresji małe, słodkie smoczątko i przy okazji naraża się niezbyt groźnemu gangowi, Meatmanii. Dzięki napotkanemu, równie młodemu towarzyszowi, Shinowi, bohater dowiaduje się, że oto trafił w miejsce zwane Dragon Earth, gdzie koegzystują ludzie, bogowie i potwory. Co więcej, niektórzy ludzie, tzw. Dracolle Battler, dzięki specjalnej księdze i kartom mogą przyzywać smoki i inne monstra, które toczą w ich imieniu bezkrwawe pojedynki o tytuł Smoczego Mistrza. Chłopcy wspólnie wyruszają w podróż po magicznej krainie, marząc o zostaniu Mistrzem.

Dragon Collection rozpoczyna się jak wiele innych serii opartych na grze karcianej, od poprzedników różni je jednak długość odcinków oraz pojawiająca się z czasem fabuła. Nietypowy czas trwania, czyli około dwunastu minut, jest jednocześnie zaletą i wadą anime – krótkie odcinki sprawiają, że widz nie nudzi się podczas seansu, ale też nie pozwalają historii rozwinąć skrzydeł. Początek składa się z niedługich, luźno powiązanych epizodów, których zadaniem jest przedstawienie świata i zasad nim rządzących, skompletowanie drużyny, zdobycie sojuszników, a także wprowadzenie antagonistów. Oczywiście nie mogło zabraknąć pojedynków, niezbyt efektownych, ale za to w pełnej okazałości prezentujących karciane potwory, zapewne dostępne w sklepach dla małoletnich japońskich widzów. W przeciwieństwie do Shingeki no Bahamut, Dragon Collection nawet nie próbuje udawać, że jego celem jest coś innego niż reklama określonego produktu (proszę mnie źle nie zrozumieć, nie próbuję porównywać tych dwóch serii, to zupełnie inna liga). Przy czym, jak już wspomniałam, anime ma jednak fabułę, a nawet wątek główny, wypływający na pierwszy plan gdzieś w okolicy połowy serii.

Cóż może robić przeciętny dzieciak w obcym świecie, jak nie ratować go przed szeroko pojętym złem? Niewielu jest twórców, którzy próbowali odpowiedzieć na to pytanie przecząco… Dlatego też, kiedy Hiro i Shin zyskują trzeciego kompana, w osobie nieco starszego od nich arystokraty Reia, opowieść rozpoczyna się na dobre. Między kolejnymi magicznymi potyczkami spotykamy więc przestępczą organizację, której szef ma mnóstwo głupich jak but pomagierów, złych piratów (trochę dziwnie to brzmi, ale po One Piece człowiek zaczyna inaczej patrzeć na pewne sprawy), pradawnych bogów i oczywiście smoki w ilościach hurtowych. Nie zabrakło nawet klasycznego turnieju, z areną, eliminacjami i w ogóle. O dziwo, wszystko to łączy się w całkiem zgrabną całość, odpowiednio widowiskową by nie znudzić, ale na tyle sztampową, że wyrobiony widz nie ma problemu z przewidzeniem ciągu dalszego. Poza tym przypominam, że seria skierowana jest do młodszego odbiorcy, więc nie sposób nie zauważyć pewnych uproszczeń i raczej klasycznych podziałów na dobro i zło, acz antagoniści to zazwyczaj jednostki ograniczone i pocieszne, niestanowiące większego zagrożenia dla bohaterów. Naturalnie nie zabrakło przemów o przyjaźni, poświęceniu i tym podobnych atrakcji.

Sztampa, sztampa i jeszcze raz sztampa, ale jednak coś sprawiło, że obejrzałam serię w całości, momentami nawet z przyjemnością. Cóż, schematy zastosowano sprawnie, podlewając produkcję odpowiednią ilością humoru i nie bawiąc się w niepotrzebne dłużyzny. Fabuła chwilami potrafiła pozytywnie zaskoczyć – widać, że scenarzyści nie bali się eksploatować świata przedstawionego. Były zamki, tajemnicze świątynie, przygody na morzu i wiele innych, a gdyby tylko nie wrzucano karcianych rozgrywek, gdzie tylko się da, seria wiele by zyskała. Problemem okazała się za to końcówka, nieco rozwleczona i przegadana, z czego finałowy pojedynek zajął dosłownie chwilę. Niestety zawiodło rozplanowanie, zabrakło solidnej kulminacji, a niektóre wątki potraktowano po łebkach. Wiąże się to z krótkimi odcinkami – wyraźnie widać, że nie na wszystko starczyło czasu, dlatego pewne rzeczy pominięto lub pozostawiono bez wyjaśnienia. Kuriozum natomiast okazał się ostatni odcinek, całkowicie wyrwany z kontekstu, poświęcony postaciom pobocznym i pozbawiony jakiegokolwiek sensu. Nie jest to epilog, nie wygląda też na pilota serii, co gorsza, nawet wrzucony gdzieś w środek byłby kompletnie nie na miejscu. Ot, wypadek przy pracy.

Anime nie ustrzegło się również klasycznych dla gatunku wad: szlachetni młodzi bohaterowie są zbyt łatwowierni, przez co często pakują się w kłopoty i padają ofiarami różnej maści oszustów. Co gorsza, nie uczą się na błędach, tylko ciągle je powtarzają. Przykładem niech będą spotkania z Yuną, rówieśniczką chłopców. Dziewuszka jest słodka i urocza, ale też bardzo sprytna. Notorycznie pakuje Hiro i jego kolegów w kłopoty, które akurat są jej na rękę, po czym, gdy osiągnie cel, znika jak kamfora, pozostawiając ich na pastwę losu. Serio, rozumiem że można dać się nabrać raz czy dwa, ale dopiero pod koniec serii panowie wpadają na to, żeby przycisnąć Yunę do muru i wyciągnąć od niej, dlaczego tak postępuje. Poza tym kiedy tylko bohaterom grozi niebezpieczeństwo, zamiast działać, stoją i dyskutują – naturalnie niebezpieczeństwo kulturalnie czeka, aż skończą… Przykłady można by mnożyć, nie psują one rozrywki jakoś straszliwie, ale momentami irytują.

Cudów nie ma się co spodziewać również w kwestii postaci, które są raczej płaskie, ale na szczęście dają się lubić. Hiro jest całkiem sympatyczny, ma mnóstwo energii, potrafi też używać mózgu, i co istotne, nie jest głośny. To rezolutny, troskliwy chłopiec, który chętnie pomaga innym i przy okazji nie uważa się za pępek świata. Rolę dziecka z ADHD pełni Shin, prostolinijny i nieco dziki wychowanek lasu, myślący tylko i wyłącznie żołądkiem, za to chętnie korzystający z wyjątkowo wyczulonej intuicji. Ostatni w drużynie Rei to typowy arystokrata, przeświadczony o własnej wyższości – ktoś jednak poszedł po rozum do głowy i przedstawił wady chłopaka w krzywym zwierciadle, tworząc postać bystrą, ale pocieszną. Najgorzej wspominam Yunę, chyba najmądrzejszą w całym towarzystwie, ale za to samolubną manipulantkę – chyba nie muszę wspominać, jak bardzo drażni mnie ten typ?

Oprócz tej czwórki przez ekran przewija się całe mnóstwo postaci: marynarze, złodzieje, rycerze, gangsterzy, a także zwykli mieszkańcy. Czasem służą bohaterom pomocą, czasem próbują im przeszkodzić, ale z wyjątkiem dwóch czy trzech osób, na próżno szukać w Dragon Collection prawdziwych czarnych charakterów. Rzeczeni antagoniści zostali dosłownie skopiowani z wzornika, nie wychodzą poza nudny schemat i dlatego nie wzbudzają większych emocji. Są źli, bo tak każe im scenariusz, nie przypominam sobie, by któryś z nich wspominał, dlaczego tak bardzo pragną zniszczyć świat. Nie wygląda to na kaprys, świadczy raczej o sklerozie scenarzysty. Generalnie panowie niszczą, oszukują, kradną i nie słuchają nikogo, niektórzy nawet śmieją się obłąkańczo. Cóż, na pewno gdzieś, kiedyś widzieliście ich w znacznie lepszej wersji.

Osobna kwestia to potwory, które stanowią bezosobową masę. Oprócz Papiego, czyli smoczątka uratowanego przez Hiro i towarzyszącego mu w podróży, nie mamy okazji poznać bliżej żadnego stworka. Owszem, bohaterowie wykrzykują ich imiona, kiedy uwalniają je z kart, by walczyły lub pomogły w kryzysowej sytuacji, ale nic poza tym. To narzędzia, ładnie wyglądające, podobno obdarzone jakąś osobowością, ale praktycznie cały czas trzymane na uwięzi. Mogą ewoluować, dzięki specjalnej maszynie można je łączyć, tworząc nowy rodzaj potwora, dysponują też bronią i zbrojami, ale nic więcej. Trochę irytował mnie ten brak pomysłu na wykorzystanie istot z kart, rozumiem, że reklama i w ogóle, ale co komu by szkodziło obdarzyć je charakterem, pokazać, że na przykład potrafią mówić i łączy je z właścicielem jakaś głębsza więź. Nie spodziewałam się cudów, ale scenarzyści trwonili czas na znacznie gorsze bzdury, przy okazji marnując potencjał serii. Odcinek ma jedenaście i pół minuty, część trzeba odliczyć na czołówkę, chwilę zajmuje wprowadzenie narratora w świat i historię, no i nie można zapomnieć o Naviko, czyli najbardziej irytującej panience w całym anime. Pojawia się ona na chwilę na początku, bredzi trzy po trzy o niczym, po czym szybko przypomina widzom, co działo się w poprzednim odcinku, i znika. Uczciwie przyznaję, że gdzieś w okolicy dziesiątego odcinka zaczęłam występ Naviko przewijać, nic nie straciłam, nie pogubiłam się w wydarzeniach, a i nerwy w lepszym stanie. Zainteresowanym seansem polecam to samo. Zwłaszcza jeśli mają alergię na przesłodzone japońskie idolki, także w wersji animowanej.

Poużywałam sobie trochę, więc przydałoby się teraz trochę posłodzić. Grafika na pewno zasługuje na łyżeczkę, a nawet dwie cukru. Miniatura, na dodatek reklama karcianki – nie sądziłam, że twórcy wykorzystają zapewne nieduży budżet tak dobrze. Projekty postaci są ładne, dopracowane i różnorodne. Podobały mi się ciekawe, ale zazwyczaj praktyczne stroje oraz mnogość typów fizjonomicznych, natomiast drażnił brak nosów. Rysunek nie jest wybitny, jednak uniknięto poważnych wpadek anatomicznych (pomijam nosy), a wszelkie braki zgrabnie zamaskowano. Podobały mi się także projekty potworów i smoków, bardzo kolorowe i w wielu wersjach. Przynajmniej część reklamowa wyszła tak, jak powinna. Na uwagę zasługują również tła, barwne, często bogate w detal i malarskie – co ciekawe, przyroda prezentuje się znacznie lepiej niż budynki, często rysowane od sztancy lub z pomocą komputera. Za to rażą w oczy efekty komputerowe, mocno odcinające się od reszty grafiki, często tandetne i robione po kosztach. Nie jest to celowa fuszerka, ale brak funduszy daje o sobie znać. Podsumowując, Dragon Collection to nieco cukierkowa, wyrazista graficznie produkcja, mająca przyciągnąć młodych odbiorców feerią barw i przyjemnymi, ugładzonymi projektami stworków.

Muzycznie jest poprawnie, acz jedynym elementem ścieżki dźwiękowej przykuwającym uwagę, jest czołówka, czyli piosenka Dragon Collection ~Yuuki no Tsubasa~ w wykonaniu Nagareda Project. Utwór energiczny, nieźle zaśpiewany i idealnie oddający shounenowy klimat anime, a na dodatek wzbogacony zgrabną animacją, prezentującą najważniejszych bohaterów. Reszta kompozycji wykorzystanych w serialu zupełnie nie zapada w pamięć – coś tam w tle gra, czasem pogodniej, czasem podnioślej, ale tak nijako i do bólu sztampowo, że nie sposób zapamiętać choćby jednego instrumentu. Za to na pochwałę zdecydowanie zasługuje seiyuu Hiro, czyli bardzo niedoświadczona Haruno Sakurai, a także towarzyszący jej Hiroshi Okamoto (Rei) i Aki Kanda (Shin).

Dragon Collection nie porywa, ale też przesadnie nie rozczarowuje (oczywiście to zależy od oczekiwań). Doceniam, że twórcy znaleźli między pojedynkami trochę miejsca dla niezgorszej fabuły, przewidywalnej i oklepanej, ale nieźle poprowadzonej. W sensie, łapałam się na tym, że chwilami akcja naprawdę mnie wciągała i z chęcią sięgałam po kolejny odcinek. Przy czym nie jestem specjalistką i fanką serii o stworkach wszelakich, więc niespecjalnie mam porównanie. Historia była prosta, ale fabularne braki równoważyli sympatyczni bohaterowie i ładny, dosyć ciekawy świat przedstawiony. Niestety produkcja miała być reklamą i głównie taki cel przyświecał ludziom nad nią pracującym, o czym nie dane mi było zapomnieć. Pojedynki i karty wciśnięto, gdzie się dało, przez co zabrakło czasu na niektóre wyjaśnienia i wątki. Zmarnowano przez to spory potencjał, acz anime nadal się broni, tyle że jako produkt skierowany głównie do młodszych widzów. Chyba że komuś nie przeszkadzają smarkaci bohaterowie, smocze maskotki i jasny podział na dobro i zło, no i nie ma uczulenia na karcianki.

moshi_moshi, 3 listopada 2015

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: OLM
Projekt: Noritaka Suzuki, Tatsuya Yoshihara
Reżyser: Keiichirou Kawaguchi
Scenariusz: Kuniaki Kasahara, Masashi Sogo