Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Kyuu.pl

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

9/10
postaci: 10/10 grafika: 9/10
fabuła: 8/10 muzyka: 9/10

Ocena redakcji

9/10
Głosów: 3 Zobacz jak ocenili
Średnia: 9,33

Ocena czytelników

8/10
Głosów: 63
Średnia: 7,87
σ=1,86

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Piotrek)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

JoJo no Kimyou na Bouken: Stardust Crusaders

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2014
Czas trwania: 24×24 min
Tytuły alternatywne:
  • JoJo's Bizarre Adventure: Stardust Crusaders
  • ジョジョの奇妙な冒険 スターダストクルセイダース
Postaci: Wampiry; Rating: Przemoc; Pierwowzór: Manga; Czas: Przeszłość; Inne: Supermoce
zrzutka

Podróż męskiej części rodziny Joestarów i ich przyjaciół z Japonii do Egiptu ze szlachetną misją ratowania bezbronnej niewiasty.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Popularność JoJo no Kimyou na Bouken przez dłuższy czas pozostawała dla mnie rzeczą zupełnie niezrozumiałą. Mangi nie czytałem ze względu na budzącą przerażenie liczbę tomów, a próby ekranizacji części historii w postaci filmu i dwóch serii OVA zbierały na tyle umiarkowane recenzje, że nie mogłem ich uznać za wiarygodne źródło informacji. Dopiero w 2012 roku postanowiono na serio zabrać się za adaptację początków sagi i zekranizowano dwa pierwsze wątki fabularne Phantom Blood i Battle Tendency, co dawało lepszy wgląd w zagadnienie. Mimo niewątpliwych walorów rozrywkowych obu części wciąż byłem daleki od zachwytów. Nad fabułą będącą pretekstem do mordobicia nie zastanawiałem się specjalnie, ale już charakterów głównych postaci nie mogłem tak łatwo zignorować. Potencjał Phantom Blood zmarnował w moich oczach przesadnie prawy i nudny jak flaki z olejem protagonista, Jonathan Joestar, a w Battle Tendency brakowało mi czarnego charakteru z prawdziwego zdarzenia, który mógłby dorównać wrednością Dio Brando z pierwszej części.

Pozostałym elementom nie miałem nic do zarzucenia. Zachwycała śmiała oprawa audiowizualna, cieszyli zapadający w pamięć bohaterowie drugoplanowi i pomysłowość autora mangi, która zaowocowała pojedynkami, jakich nie sposób uświadczyć w bardziej konwencjonalnych produkcjach. Miałem w związku z tym nadzieję, że Stardust Crusaders, przez wielu uważane za najbardziej udaną cześć sagi, wykorzysta najlepsze elementy z poprzedniego sezonu i dopełni całość bardziej charyzmatyczną obsadą.

Zanim jednak oznajmię, na ile ta sztuka się udała, wypada nieco wspomnieć o założeniach. Główny wątek opiera się po raz kolejny na postaci Dio Brando, który niczym Jason z Piątku 13 powrócił, by siać śmierć i zniszczenie. Jego pojawienie się zaowocowało uwolnieniem nadprzyrodzonych mocy, tak zwanych Standów, u wszystkich członków rodziny Joestarów (z powodów, których ujawniać nie będę, by nie psuć niespodzianki czytelnikom dopiero rozpoczynającym seans Phantom Blood). O ile umięśnionym chłopom kontrola nad nowymi zdolnościami przychodzi z łatwością, to matce głównego bohatera już niekoniecznie. Jej stan zdrowia ulega nagłemu pogorszeniu i jeśli nic nie zostanie zrobione, kobieta wkrótce umrze. Zarówno tradycyjna, jak i niekonwencjonalna medycyna są bezradne, a jedynym wyjściem z sytuacji wydaje się odnalezienie Dio i ukatrupienie go raz na zawsze. Młody Joutarou Kuujou, dziadek Joseph i jego przyjaciel Avdol wyruszają w długą drogę do Egiptu, gdzie zaszył się czarny charakter, po drodze zbierając sojuszników i pokonując nasyłanych zabójców.

Ekipa jest zgrana od początku, a z czasem powiększa się o kilku cennych członków. Choć formalnym dowódcą wyprawy jest Joseph, to ze względu na ograniczone zdolności bojowe pełni on głównie rolę mentora i elementu komicznego. Główną siłę uderzeniową zespołu stanowi Joutarou, którego inteligencja, opanowanie i potężny Stand „Star Platinum” pozwalają przezwyciężać na pozór niepokonanych wrogów (na szczęście monopolu na ratowanie towarzyszy mu nie dają). Avdol jest z kolei poważnym, odpowiedzialnym człowiekiem, który pod maską sztywniaka skrywa złożoną osobowość. Na różnych etapach podróży do zespołu dołącza jeszcze trzech twardzieli o nietuzinkowych charakterach, odgrywających ważne role w dalszym rozwoju wypadków.

Nad ideą rzucania przeciw tak potężnym siłom Dobra pojedynczych przeciwników, by ci grzecznie dali się pokonywać jeden po drugim, nie ma się co specjalnie rozwodzić. Mimo swej bezdennej głupoty, rozwiązanie to jest cechą gatunkową nie tylko shounenów w szczególności i anime w ogóle, ale także wielu innych mediów. Grunt, że wyzwania są umiejętnie stopniowane i zróżnicowane. Poziom trudności nie rośnie wykładniczo i potrafi drastycznie zmieniać się od jednego spotkania do drugiego do tego stopnia, że nawet na zaawansowanych etapach historii zdarzają się przeciwnicy tak żałośnie słabi, iż bohaterowie radzą sobie z nimi bez najmniejszych problemów, a cały suspens towarzyszący akcji jest sztucznie nakręcany. Także sposoby poradzenia sobie z zagrożeniem różnią się odpowiednio – czasem wystarczy stara, dobra, brutalna siła, a czasami jedynie sprytny plan pozwala wyjść cało z opresji.

Ważną zachętą do spędzania czasu przed ekranem jest różnorodność Standów. Umiejętności członków początkowej ekipy ratunkowej – superszybkość, kontrola nad ogniem i wróżenie, są niczym wobec zwariowanych technik, jakimi dysponują pojawiające się później postacie. Na początku są to luźne personifikacje kart tarota, a gdy ich pula się wyczerpuje, autor sięga po egipskich bogów, jeszcze swobodniej traktując ich mityczne atrybuty. Będący wcześniej podstawową mocą do walki ze złem Hamon został sprowadzony do roli pomocniczej i nie odgrywa niemal żadnej roli. Brakuje w tym nieco logiki, w końcu nie jest to moc, którą użytkownicy Standów mogliby ignorować, ale decyzja podyktowana była wyczerpaniem formuły Hamonu. Autorowi zwyczajnie zabrakło pomysłów na to, jak urozmaicać ową zdolność, więc bez skrupułów się jej pozbył.

Pozostał za to charakterystyczny dla JoJo no Kimyou na Bouken humor, o którym można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że jest zawsze w dobrym guście. Dowcipy momentami latają tak nisko, że można ulec wrażeniu nadchodzącej ulewy. Warto jednak przetrwać okazjonalne suchary, gdyż o wiele częściej zdarzają się okazje do pokładania się ze śmiechu. Mimo powagi sytuacji i wszechobecnej przemocy anime nie tonie w patosie właśnie dzięki umiejętnemu balansowaniu na granicy poważnej serii i autoparodii. Bez wahania mogę rzec, że rzadko który tytuł tak dobrze radzi sobie z zachowaniem równowagi w obu elementach. Podobnie ma się sprawa z brutalnością – gdy trzeba, jest stonowana i pozwala na pierwszym planie zaakcentować ludzką tragedię, ale gdy przychodzi moment beztroskiej rozwałki, krew leje się litrami, a kończyny fruwają (swoją drogą, istnym kuriozum jest fakt, że rozczłonkowani wrogowie nikomu nie wadzą, ale czujne oczy cenzorów raził palący papierosa dziewiętnastoletni Joutarou). Najbliższym duchowo krewnym tej serii jest Hokuto no Ken, ale barwny świat JoJo i większa pula interesujących postaci sprawiają, że przygody Joestarów lepiej zniosły próbę czasu.

Fabuła wbrew pozorom także nieźle się prezentuje mimo upływu lat i pozornej prostoty. Wydawać by się mogło, że podróż z Japonii do Egiptu pod koniec lat 80. XX wieku to żadne wyzwanie, ale bohaterowie szybko przekonują się, że na samolot, czy inny szybki, niezmieniony przez całą drogę środek transportu nie mają co liczyć. Wrogowie tylko na to czekają i dlatego ważne jest zacieranie śladów i niezwracanie na siebie przesadnej uwagi (o ile to w ogóle możliwe w przypadku zbieraniny typów o posturze bokserów wagi superciężkiej). Nawet pomoc bogatej Speedwagon Foundation i rozmaite koneksje nie ułatwiają życia. Formuła „zabójcy tygodnia” nie nuży się więc wcale, co wydawać by się mogło sztuką niemal niemożliwą do osiągnięcia.

Prawdopodobieństwo odpadnięcia od seansu zmniejsza również charakterystyczna dla sagi oprawa audiowizualna. Jaskrawe, kontrastujące barwy potrafią przyprawić o oczopląs, ale doskonale współgrają ze zwariowanym klimatem serii i wszechobecną, faworyzowaną przez twórców przesadą podniesioną do rangi sztuki samej w sobie. Walki są o wiele bardziej widowiskowe niż w poprzednich częściach, nawet biorąc pod uwagę, że większość z nich kończy Joutarou swoją sprawdzoną nawałnicą ciosów pięściami. Projekty postaci są odpowiednio absurdalne, efekty specjalne odpustowo kiczowate, a cięcia budżetowe, choć momentami mocno zauważalne, pozwoliły twórcom skoncentrować się na prawdziwie istotnych scenach, w których liczba detali i szczegółowość animacji może bez problemu zawstydzić autorów większości pełnometrażowych produkcji. Klasy nie zbrakło również openingowi, przygotowanemu naprawdę pieczołowicie i ograniczającemu spojlery do minimum, co niestety już dawno przestało być w anime normą. Rozpoczynająca każdy odcinek piosenka STAND PROUD błyskawicznie wprowadza w bojowy nastrój, a wykorzystanie w endingu amerykańskiego zespołu The Bangles i ich najbardziej chyba znanego Walk Like an Egyptian jest przykładem pomysłowości i nietuzinkowego poczucia humoru.

Ponieważ twórcy rozdzielili Stardust Crusaders, także pierwsza część recenzji zakończy się szybciej, niż się można było spodziewać. Trzeba wszak zostawić sobie kilka wniosków na kolejny tekst, tym bardziej że pomijając pewne kosmetyczne zmiany, zbyt wielu różnic się między sezonami nie uświadczy. Na razie niech więc wystarczy zapewnienie, że w końcu przekonałem się do JoJo no Kimyou na Bouken i pojąłem, co leży u podstaw popularności serii. Nie jest tym czymś niezwyciężony i opanowany Joutarou, jego towarzysze ani przeciwnicy. Nie są to zaskakujące, widowiskowe walki i nie jest to balans humoru i powagi. Kluczem jest połączenie wszystkiego w doskonale współgrającą całość i widoczny na każdym kroku dystans twórców do stworzonej przez siebie historii. Miło obejrzeć tak dobrze zrealizowany własny dziecięcy sen o tym, jak to Zło dostaje po tyłku tak mocarnie, że aż echo niesie się po świecie.

Tassadar, 4 lipca 2015

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: David Production
Autor: Hirohiko Araki
Projekt: Fumiaki Kouta, Masahiko Komino, Ryouzou Sugiyama, Shin'ichi Machida, Yukitoshi Houtani
Reżyser: Ken'ichi Suzuki, Toshiyuki Katou
Scenariusz: Yasuko Kobayashi
Muzyka: Yuugo Kanno