Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Yatta.pl

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

3/10
postaci: 6/10 grafika: 2/10
fabuła: 2/10 muzyka: 8/10

Ocena redakcji

5/10
Głosów: 4 Zobacz jak ocenili
Średnia: 5,25

Ocena czytelników

6/10
Głosów: 167
Średnia: 6,16
σ=2,32

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Easnadh)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Mekaku City Actors

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2014
Czas trwania: 12×24 min
Tytuły alternatywne:
  • メカクシティアクターズ
Tytuły powiązane:
Gatunki: Przygodowe
Pierwowzór: Manga, Powieść/opowiadanie; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność; Inne: Supermoce
zrzutka

Kolejna próba przeniesienia vocaloidowych piosenek na ekran i kolejna porażka. Zakład, że twórcy robili to anime z przepaską na oczach, wyłączonym mózgiem oraz w stanie wskazującym?

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Shintarou Kisaragi jest wręcz podręcznikowym przykładem hikikomori i NEET­‑a – nie chodzi do szkoły, nie pracuje, od dwóch lat nie wychodzi z pokoju, spędzając całe dnie przed komputerem. Jakimś cudem jest on jednocześnie nieświadomy jednego z podstawowych praw bezpiecznego korzystania z internetu, mówiącego, że nie powinno się otwierać podejrzanych wiadomości. Zwłaszcza takich z załącznikami. Tym sposobem Shintarou otwiera puszkę Pandory, czy też raczej e­‑mail zawierający Ene – wirtualną dziewczynę, która opanowuje jego sprzęt elektroniczny (komputer, telefon) i nie daje dłużej żyć w spokoju. Ale prawdziwa tragedia zaczyna się dopiero w momencie, kiedy pośrednio przez Ene, a bezpośrednio przez własną niezdarność i złość, chłopak zalewa sobie któregoś dnia sprzęt. Jako wzorowy hikikomori, Shintarou jest święcie przekonany, że jeśli wyjdzie na zewnątrz, umrze. Bez komputera też umrze, ale będzie to trwało o wiele dłużej. Tak więc po rozpaczliwej wewnętrznej walce decyduje się w końcu wyjść i kupić nowy. Ale w domu handlowym czeka go niemiła niespodzianka…

Jako stała bywalczyni strony Nico Nico (dawniej Nico Nico Douga) i fanka Vocaloidów, nie muszę chyba zbytnio rozpisywać się o tym, jak bardzo ucieszyła mnie wieść, że na podstawie cyklu niezwykle popularnych piosenek Jina (znanego też jako Shizen no Teki­‑P) powstanie anime. Co prawda twórczość akurat tego Vocalo­‑P (skrót od terminu Vocaloid Producer, oznaczającego kompozytora, twórcę używającego Vocaloidów) nieszczególnie mi podchodziła, ale zawsze była to kolejna szansa po niezbyt udanej serii telewizyjnej Black Rock Shooter na zainteresowanie widzów tym akurat dość specyficznym działem muzyki z Japonii. Tym bardziej że historia zawarta w Kagerou Project (nazwa cyklu oryginalnych piosenek, wzbogaconego o mangę i light novel), opowiadająca o grupce nastolatków obdarzonych tajemniczymi mocami, jest złożona i mogła być całkiem niezłym materiałem na anime. Nawet udział w projekcie nieszczególnie lubianego przeze mnie studia SHAFT mnie nie odstraszył, bo charakterystyczna dla niego abstrakcyjność pasowała do klimatu twórczości Jina. Tak więc to mogła być dobra seria. Tyle że nie była, bo została dokładnie, nieodwracalnie i z imponującym wręcz pietyzmem oraz dbałością o szczegóły spartolona.

Przed wyemitowaniem anime Jin w jednym z wywiadów zapowiedział, że ma zamiar wiele w serii wyjaśnić. Zakładam, że notatki z tymi wyjaśnieniami scenarzyści zjedli, bo Mekaku City Actors nie wyjaśniło właściwie nic. Wręcz przeciwnie. Co gorsza, anime jest praktycznie niezrozumiałe dla przypadkowego widza. Ba! Nawet zagorzały fan Kagerou Project może od seansu zwyczajnie odpaść, wyczerpawszy całe swoje zapasy cierpliwości oraz dobrej woli (zwłaszcza po obejrzeniu pierwszych kilkunastu minut odcinka dziewiątego, które „zabijają na śmierć”, grób, kaplica). Dostaliśmy początek historii, jej ostateczny koniec oraz jakieś chaotycznie przedstawione urywki ze środka, które przy marnych dwunastu odcinkach, w większości niepotrzebnie przegadanych oraz ubogich w sensowną akcję, raczej robią w głowie widza wielki bajzel niż zachęcają do seansu. Zapewne wiele osób bardzo szybko porzuciło oglądanie serii i przyznam, że gdybym nie zapoznała się wcześniej z utworami Jina oraz mangą, poważnie zwątpiłabym w swoją inteligencję i zrobiłabym dokładnie to samo, aby uratować szare komórki przed nieuleczalną depresją. Sensownej fabuły nie ma, a to, co w anime fabułę udaje, polega na pokazywaniu bohaterów biegających tam i z powrotem po ekranie tudzież wyginających się pod różnymi fizycznie niemożliwymi kątami, toczących głębokie metafizyczne rozmowy albo wygłaszających długaśne, pompatyczne i nieinteresujące monologi. Dodatkowo zazwyczaj w niezwykle dziwnej, umownej scenerii.

Do rzeczonej scenerii za chwilkę wrócimy, najpierw kilka słów o tych nieszczęsnych biegających po ekranie, powyginanych kukiełkach, to znaczy bohaterach. Są oni albo płascy, albo niewystarczająco przedstawieni, albo jedno i drugie – z kilkoma wyjątkami. Ja wiem, że Mekakushi Dan, czyli owa grupa obdarzonych mocami nastolatków, ma konkretną liczbę dziewięciu członków (plus przyległości), ale niestety połowa z nich snuje się tu i ówdzie zupełnie bez celu, dodatkowo niczego sobą nie reprezentując. Opierając się na piosenkach, mandze i light novel, jestem w stanie stwierdzić, że to sympatyczna grupka interesujących młodych ludzi, z których każdy przeżył wielką tragedię – tylko co z tego? Anime nam tego nie pokazuje. Nie pokazuje nam tego tak bardzo, że właściwie nie widzę sensu w przedstawianiu kolejnych bohaterów, bo przy prawie każdym musiałabym po myślniku w opisie dodać słowa: „papier”, „papier” i „jeszcze więcej papieru” oraz „kupa niczego”. Przez całą serię tu i tam rzucane są enigmatyczne aluzje, pojawiają się tajemnicze reminiscencje, a widz ma się domyślić wszystkiego. Przykro mi, ale to tak nie działa. Nieco więcej da się właściwie powiedzieć tylko o trzech postaciach – Marry, Azami i mojej ulubienicy Takane, ale wyłącznie dlatego, że dostały najwięcej czasu antenowego, wliczając w to pokazywany zawsze pod koniec odcinka „teatrzyk”.

„Teatrzyk” ten, opowiadający historię Azami, jest jednym z nielicznych elementów oprawy graficznej serii, które zyskały nie tylko moją aprobatę, ale wręcz uznanie. Cała reszta to jedna wielka tragedia i brak budżetu. SHAFT jest studiem specyficznym. Wypracowało sobie ono pewien, kiedyś oryginalny, styl i uparcie się go trzyma. Może i wyglądało to dobrze przy dopieszczonym graficznie Bakemonogatari, ale te same chwyty widziane po raz n­‑ty, na dodatek wyprodukowane przy użyciu o wiele mniejszej ilości pieniędzy, mogą tylko i wyłącznie męczyć zarówno mózg, jak i oczy. Powiem wprost – matko jedyna, jakie to anime było brzydkie! W większości scen postaci, nawet te na pierwszym planie, były narysowane straszliwie koślawo i wyglądały jak połamane w kilku miejscach – i to nie tylko wtedy, gdy wykonywały charakterystyczne dla studia przechylenie głowy w tył. Scena z Hibiyą wspinającym się na czworakach po schodach będzie mnie prześladowała w koszmarach przez bardzo długi czas. Z kolei w momentach, kiedy trzeba było pokazać, że bohaterowie się ruszają, tak naprawdę maszerowali oni tylko po ukrytej pod atrapowatą scenografią bieżni, po czym zamierali w nienaturalnej, dziwacznej pozie, aby po chwili zmienić ją na kolejną, jeszcze dziwaczniejszą. Umowność oraz męczącą abstrakcyjność wnętrz oraz scenerii miejskich pominę litościwym milczeniem, bo mam miękkie serce. Gwoździem do trumny zaś, ciosem, od którego paść mogli najbardziej zagorzali fani, był klip do piosenki Ayano no Koufuku Riron (Teoria Szczęścia Ayano), zaprezentowany we wspomnianym na początku recenzji odcinku dziewiątym. Już bardziej dosadnie nie mógł SHAFT pokazać, że czego jak czego, ale pieniędzy za dużo na to anime nie było. To bolało. Bardzo bolało. Najczęściej spotykaną reakcją fanów na tę graficzną zgrozę był, oprócz przekleństw, komentarz: „To już mogli puścić oryginalny klip”, z którym się całkowicie zgadzam. Przy tym wszystkim, jeśli przedstawienie czegoś wymagało tylko użycia slajdów, studio potrafiło się popisać, aczkolwiek były to nieliczne momenty wytchnienia od graficznej makabry. Wspomniany już przeze mnie „teatrzyk”, przypominający fantasmagoryjne obrazy opierające się na kontraście czerni i żywych, nasyconych kolorów oraz mocnych konturach, był najbardziej przeze mnie wyczekiwanym momentem całego seansu. Tym jednak, co zachwyciło mnie najbardziej, były czarno­‑białe plansze pojawiające się w odcinku dziewiątym. Jak można być tak okrutnym bądź okrutnie niekonsekwentnym, by w jednym odcinku sprezentować widzom graficzną zgrozę pierwszej kategorii, a zaraz potem istne cudeńka, kompozycją wywołujące skojarzenia z klimatycznymi secesyjnymi obrazami?

Anime ratuje (troszeczkę, ale zawsze…) warstwa dźwiękowa. Seiyuu nie dość, że zostali całkiem nieźle dopasowani, to jeszcze wykonali kawał dobrej roboty, próbując wlać trochę życia w swoich bohaterów. Szczególne brawa należą się tutaj Mamoru Miyano, który musiał stworzyć nie jedną, a trzy postaci, i w każdej z tych ról wypadł znakomicie i przekonująco. Kolejnym plusem jest wykorzystanie w anime oryginalnych piosenek Jina. Oficjalnym openingiem serii jest Daze wykonywany przez piosenkarkę o pseudonimie MARiA – bywalcy Nico Nico znają ją z kobiecego, dojrzałego i potrafiącego brzmieć całkiem seksownie głosu, dlatego nieszczególnie pasował mi on do tej konkretnej piosenki. Z kolei ozdobiony niezwykle klimatyczną animacją ending, Yuukei Yesterday, śpiewany jest przez LiSĘ, czyli Oribe Risę, której utwory pojawiały się też w takich anime jak Fate/Zero czy Sword Art Online. Dodatkowo w Mekaku City Actors w trakcie odcinków pojawiają się inne utwory Jina z cyklu Kagerou Project, acz tylko raz w oryginalnym, vocaloidowym wykonaniu. I chociaż ludzkie wersje piosenek są absolutnie w porządku, nie mogłam powstrzymać irracjonalnego, nierecenzenckiego, ale jak najbardziej fanowskiego ukłucia żalu, że nie są one wykonywane przez moich ulubionych utaite (piosenkarzy­‑amatorów z Nico Nico). Oraz że część piosenek nie pojawiła się w ogóle – sądząc z pojawiających się w internecie komentarzy, z powodu braku Outer Science zgrzytałam zębami nie tylko ja.

Niestety, wnioski płynące z tej recenzji optymistyczne nie są. Przede wszystkim – Mekaku City Actors zupełnie nie nadaje się dla ludzi nieorientujących się w świecie Kagerou Project. Zainteresowanym tematem laikom radziłabym najpierw posłuchać piosenek, zerknąć na ich przetłumaczone teksty, dorwać mangę i light novel, w międzyczasie posiłkować się informacjami z Kagerou Project Wiki – a dopiero potem, w ramach ciekawostki, sięgnąć po anime. Albo w ogóle nie sięgać, żeby sobie nie psuć wrażeń. I oczu, bo brzydkie toto jak siedem nieszczęść. Cóż, wychodzi na to, że Vocaloidy w świecie anime mają jednak pecha – co innego stworzyć fabułę trwającej cztery minuty piosenki, a co innego scenariusz do serii telewizyjnej. W przypadku Mekaku City Actors boli to tym bardziej, że to anime nie wymagało wiele kreatywnego wysiłku, wystarczyło tylko dobrze zrobić adaptację tego, co już jest – a jest tego sporo. Zawsze można przyjąć też taktykę fanów serialu animowanego Avatar: Legenda Aanga, który doczekał się filmu w wersji aktorskiej. Adaptacja ta była tak zła, spartolona i niemająca nic wspólnego z oryginałem oprócz imion głównych bohaterów, iż fani zastosowali sztuczkę zwaną wyparciem i nadal twierdzą twardo, że filmu zwyczajnie nie było i nie ma, nie istnieje, koniec, kropka. Tak więc… Naprawdę, nie mogę doczekać się chwili, kiedy ktoś w końcu przerobi serię Kagerou Project na anime! Ależ to będzie dobry serial! Szkoda, że nikt jeszcze do tej pory o tym nie pomyślał…

Easnadh, 21 sierpnia 2014

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: SHAFT
Autor: Jin
Projekt: Gen'ichirou Abe
Reżyser: Akiyuki Shinbou, Yuuki Yase
Scenariusz: Jin