Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Otaku.pl

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

5/10
postaci: 3/10 grafika: 7/10
fabuła: 4/10 muzyka: 7/10

Ocena redakcji

6/10
Głosów: 10 Zobacz jak ocenili
Średnia: 6,10

Ocena czytelników

6/10
Głosów: 244
Średnia: 6,39
σ=2,1

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Azag)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Kapłanki przeklętych dni

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2004
Czas trwania: 12×24 min
Tytuły alternatywne:
  • Kannaduki no Miko
  • Priestesses of the Godless Month
  • 神無月の巫女
Tytuły powiązane:
Gatunki: Dramat, Romans
zrzutka

Opowieść o zakazanej miłości, która przetrwała tysiące lat rozłąki. Opowieść o walce dobra ze złem, światła z ciemnością… Dramatu z fanserwisem?!

Dodaj do: Wykop Wykop.pl

Recenzja / Opis

Od czego by tu zacząć… Najlepiej od początku. Co prawda nie chronologicznego, bo to byłoby karygodnym spoilerem, ale pierwszy odcinek będzie w sam raz. Główną bohaterkę, Himeko, poznajemy w sytuacji klasycznej – zaspała i spóźnia się do szkoły. Jak łatwo się domyśleć, nie należy ona do szkolnych prymusek. Potyka się o własne nogi, bez przerwy przeprasza, że żyje, i nie przejawia żadnych szczególnych talentów. Olbrzymia większość uczniów nie zauważa nawet jej istnienia. O dziwo, do wyjątków należy dwójka szkolnych idoli, „książę” i „księżniczka” – piękni, dobrze urodzeni, celujący we wszystkich sportach i przedmiotach. On, Souma Oogami, jest jej przyjacielem z dzieciństwa, zawsze gotowym iść jej na ratunek i wyraźnie podkochującym się w niej. Ona, Chikane Himemiya, jest niedostępną pięknością, odprawiającą z kwitkiem całe zastępy adoratorów. Himeko poznaje ją zupełnym przypadkiem, gdy pewnego razu odkrywa jej kryjówkę za żywopłotem. Od tamtej pory często spotykają się tam w porze obiadowej, z dala od natrętnych wielbicieli Chikane. Zawiązują przyjaźń, która stopniowo przekształca się w zalążek wzajemnej fascynacji…

W szesnaste urodziny obu dziewczyn następuje przedziwne zaćmienie słońca, zapowiadając koniec sielanki bohaterów. Starożytny bóg ciemności wzywa swe sługi – Orochi – by przybyły na jego wezwanie. Jednym z Orochich okazuje się Souma, który, opętany przez mroczne siły, ucieka z domu, po czym odnajduje i uruchamia potężnego mecha (do którego jeszcze wrócimy). Z jego pomocą atakuje internat, w którym mieszka Himeko – reinkarnacja Kapłanki Słońca sprzed tysięcy lat. W poprzednim wcieleniu brała ona, razem z Kapłanką Księżyca, czyli przyszłą Chikane, udział w wydarzeniach, dzięki którym zły bóg został pokonany, a świat ocalony. Teraz los całej ludzkości zależy od tego, czy uda się powtórzyć tamte zwycięstwo.

Tyle tytułem wprowadzenia. Można z niego wywnioskować, że seria zapowiada się ciekawie i dramatycznie, nawet jeśli niekoniecznie oryginalnie. Niestety tak nie jest – nienajgorszy potencjał głównej osi fabuły został zupełnie zarżnięty (inne odpowiednie słowo nie przychodzi mi na myśl) – przede wszystkim przez obie główne bohaterki. Himeko jest urocza, słodka i nieśmiała, Chikane zaś dumna, piękna i zawsze opanowana – i to wszystko, moi drodzy, nic więcej o nich powiedzieć się nie da. Ich osobowości składają się z kilku rysów, rozumowanie uproszczono do absurdu – trudno więc się dziwić, że nie zobaczymy też śladu rozwoju postaci. Biorąc pod uwagę, że seria kładzie właśnie nacisk na sferę uczuciową, jest to katastrofa – otrzymujemy romans laleczki Barbie z obrazkiem na ścianie, w tle którego ktoś się z kimś o coś bije (i żeby jeszcze bił się w sposób godny uwagi).

W późniejszych odcinkach ma miejsce ciąg wydarzeń, który zdaje się sugerować u Chikane choć odrobinę psychologicznej głębi i rozwoju osobowości. Pozornie jednak – po bliższym przyjrzeniu się zauważymy, że chodzi wyłącznie o karkołomną próbę uzasadnienia jednej fanserwisowej sceny, która do całej fabuły ma się zupełnie nijak. Dodajmy, że próbę nieudaną – wciskać kit też trzeba umieć, tu zaś wepchano go tyle, że cała konstrukcja się rozleciała, miast wzmocnić.

Wracając jednak do bohaterów – o dziwo nie najgorszą postacią jest Souma – i to obiektywnie, nie na tle pozostałych. Kiedy trzeba, potrafi zachować się jak mężczyzna, na co dzień jednak jest normalnym chłopakiem – nie zakompleksionym dzieciakiem, ale i nie wykutym ze spiżu herosem. Niestety to wyjątek – przez ekran przewija się cała galeria postaci płaskich jak papier.

Kiepskie postacie są często gwoździem do trumny, wszakże literatura romantyczna nigdy nie słynęła z psychologicznego realizmu. Przecież wiele zależy od romantycznego nastroju, odpowiednich rekwizytów i ujęć… Fajnie, tyle tylko, że Kannaduki no Miko bardzo wyraźnie skierowane jest do męskiej części widowni i to raczej tej w wieku bohaterek, czyli wczesnolicealnym (na polskie realia). Stara się pogodzić dwa żywioły do pogodzenia chyba niemożliwe – romantyzm i tani fanserwis, pierwszeństwo dając temu drugiemu. W tym miejscu naprawdę chciałbym pogratulować ludziom, którym we wzruszaniu się nie przeszkadzały cycki Himeko – wpychające się do każdego ujęcia, w założeniu mającego wyciskać łzy. Mnie momentalnie „uciekał nastrój” i to przytłoczony napadem śmiechu, a nie falą hormonów. Zresztą ten sam problem wywoływała też jedna z bohaterek pobocznych – naprawdę trudno brać na poważnie rozterki panienki ubranej w arcyklasyczny strój francuskiej pokojówki, z rozbrajającymi złotymi lokami spływającymi na ramiona.

Grafika jest dobrze zrobiona. Choć zawiera duże ilości lazy animation wszelkiego rodzaju, to jednak walki są przedstawione dynamicznie i teoretycznie efektownie. Piszę „teoretycznie”, gdyż odbywają się głównie za pośrednictwem pokracznych i topornych mechów a la Power Rangers, co automatycznie jakikolwiek dramatyzm przekształca w komizm. Tym bardziej, że skład drużyny przeciwników nasuwa poważne wątpliwości co do tego, czy faktycznie dramatyczny efekt próbowano osiągnąć. Oprócz bowiem obligatoryjnego przywódcy-bishounena z mroczną przeszłością są to: tępy osiłek, niespełniona genki piosenkarka, wyciszona rysowniczka mang, moé dziewczynka z kocimi uszkami oraz… Zakonnica z dekoltem, wyglądająca zupełnie jak kapłanka z gry Ragnarok Online. Wszyscy oni, może poza mrocznym bishounenem, są równie profesjonalni, skuteczni i, niestety, zabawni, co Zespół R z Pokémona – brakuje jedynie sakramentalnego „Zespół Orochi znowu błysnąąąął…” pod koniec każdej walki. Za to w którymś odcinku mamy (niewątpliwie symboliczną) scenę molestowania japońskiej miko przez quasizachodnią zakonnicę (księżycę?). Tak na osłodę.

Muzyka jest przyjemna dla ucha – nic specjalnie wybitnego, ale porządnie wykonane. Bardzo dobrze podkreślałaby klimat, gdyby seria go miała.

Kannaduki no Miko okrzyknięte zostało klasyką shoujo–ai – czy słusznie, trudno powiedzieć. Jeśli za „klasykę” uznajemy serie niebanalne i dające do myślenia, to na pewno nie. Ale jeśli założymy, że to po prostu ten egzemplarz, który najpełniej oddaje gatunkowe cechy i jest w jego ramach przełomowy – wtedy faktycznie Kannaduki no Miko się kwalifikuje. Seria stworzyła bowiem nową jakość w dziedzinie lesbijskiego fanserwisu (przynajmniej w produkcjach nieerotycznych). Co nie zmienia faktu, że fani yuri muszą być przerażająco wyposzczeni, jeśli ten tytuł stawiają na piedestale tuż obok Uteny.

Jeśli ktoś po przeczytaniu recenzji doszedł do wniosku, że gorzej już być nie może, pocieszę go – może. Kyoshiro to Towa no Sora, „swego rodzaju sequel”, nie tylko powiela wszystkie błędy, jakie popełniła poprzedniczka, ale wprowadza je na nowe wyżyny groteski i zidiocenia, przy okazji sumiennie usuwając wszystko, co jeszcze trzymało się kupy. O ile Kannaduki no Miko jest przynajmniej nieświadomie zabawne i lekkie w oglądaniu, to kontynuacja zwyczajnie nuży.

Jeśli wystawienie ocen cząstkowych nie stanowi problemu, to z całościową jest już gorzej. Było nie było, dobrze bawiłem się podczas seansu, nawet jeśli nie „dzięki” twórcom, a „ich kosztem”. Gdyby była to seria przeciętna, odpadłbym z nudy po kilku odcinkach, obejrzałem zaś do samego końca i chętnie obejrzałbym drugie tyle. Ponieważ jednak nie każdy lubi tego typu zabawy, to ocena musi być obiektywna – 5/10. Byłaby wyższa, gdyby twórcy zdecydowali się, czy wolą fanserwis, czy melodramat – nawet jeśli wybraliby fanserwis. Osoby oglądające anime przede wszystkim dla ładnych dziewcząt mogą dodać punkt, a fani fanserwisu yuri – dwa. Zaznaczam, że fani, bo jeśli mnie Himeko i Chikane irytują, to strach pomyśleć, jakie reakcje wywołają u płci nadobnej.

Ysengrinn, 23 lutego 2008

Recenzje alternatywne

  • Azag - 24 lutego 2006
    Ocena: 8/10

    Dwie dziewczyny i jeden chłopak muszą poradzić sobie ze swoimi uczuciami – na tle walki potężnych mocy Dobra i Zła. Niecodzienny dramat, „ozdobiony” stalowymi robotami. więcej >>>

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: TNK
Autor: Kaishaku
Projekt: Gorou Murata
Reżyser: Tetsuya Yanagisawa
Scenariusz: Jukki Hanada
Muzyka: Mina Kubota

Wydane w Polsce

Nr Tytuł Wydawca Rok
1 Kapłanki Przeklętych Dni vol. 1 Anime Gate 2007
2 Kapłanki Przeklętych Dni vol. 2 Anime Gate 2007

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
Kapłanki przeklętych dni - artykuł na Wikipedii Nieoficjalny pl