Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Yatta.pl

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

7/10
postaci: 7/10 grafika: 5/10
fabuła: 6/10 muzyka: 5/10

Ocena redakcji

7/10
Głosów: 4 Zobacz jak ocenili
Średnia: 6,75

Ocena czytelników

8/10
Głosów: 59
Średnia: 7,64
σ=1,57

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Enevi)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Sekai-ichi Hatsukoi: Yokozawa Takafumi no Baai

Rodzaj produkcji: film
Rok wydania: 2014
Czas trwania: 50 min
Tytuły alternatywne:
  • Sekai-ichi Hatsukoi the Movie
  • 世界一初恋 横澤隆史の場合
Widownia: Josei; Postaci: Pracownicy biurowi; Pierwowzór: Manga, Powieść/opowiadanie; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność; Inne: Realizm, Shounen-ai/yaoi
zrzutka

„Każda potwora znajdzie swojego amatora” – tym razem czas na miłosne perypetie wiecznie naburmuszonego pana z działu sprzedaży wydawnictwa Marukawa.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Enevi

Recenzja / Opis

Takafumi Yokozawa nie przypuszczał, że ten deszczowy i ponury dzień może być jeszcze bardziej przytłaczający, tym bardziej że dopiero co usłyszał od swojego długoletniego przyjaciela, Masamune Takano, w którym od dawna był zakochany, że ma nie wtykać nosa w jego życie osobiste i jakikolwiek bliższy ich związek jest wykluczony. Zraniony mężczyzna postanawia utopić smutki w pobliskim barze, gdzie upija się do nieprzytomności. Następnego dnia budzi się w hotelowym pokoju, do którego przywlókł go nikt inny jak kolega z pracy, Zen Kirishima – redaktor naczelny jednego z mangowych czasopism. Sytuacja jest o tyle niezręczna, że Takafumi nie pamięta, co wydarzyło się wieczór wcześniej, a zmęczony całą sytuacją z zawodem miłosnym, daje się podejść koledze, który podpuszcza go i szantażuje ujawnieniem niewygodnych zdjęć. Panowie może nie znają się zbyt dobrze, ale ponieważ Kirishima nalega na pogłębienie znajomości i ma „asa” w rękawie, Takafumi tak jakby nie ma wyboru…

Recenzentka jest w miarę na bieżąco z japońskim wydaniem mangi Sekai­‑ichi Hatsukoi i ze zgrozą obserwuje tendencję spadkową fabuły, której forma właściwie niczym nie różni się od Junjou Romantica, które niestety również stoi w miejscu. No, może nie do końca, ale autorka wyraźnie nie ma pojęcia, jak powinien wyglądać związek dwójki dorosłych ludzi i przez X tomów powtarza do znudzenia tę samą śpiewkę (większość rozdziałów powiela ten sam schemat!) albo rzuca bohaterom pod nogi kłody, bez których historia mogłaby się spokojnie obejść. Promyczkiem nadziei okazała się właśnie poboczna historia Takafumiego Yokozawy, która wykorzystuje większość schematów znanych z yaoi, ale w porównaniu do tego, co pani Nakamura opisuje w swojej mandze, prezentuje się o niebo lepiej. Dlaczego?

Na pierwszy rzut oka całość wygląda dość przeciętnie – ot, kolejna historia miłosna, która narodziła się z szantażu. Na szczęście, nie do końca tak jest. Owszem, początek jest sztampowy i raczej nie nastraja optymistycznie, ale z biegiem czasu okazuje się, że panowie nie zaczynają od łóżka, i chociaż w ich związku nie brakuje drobnych manipulacji i szantaży, na dłuższą metę wszelkie zagrania Zena Kirishimy okazują się zupełnie nieszkodliwe, a całość przybiera formę przekomarzania się. W przeciwieństwie do chociażby (czy przede wszystkim) Onodery i Takano, Kirishima i Yokozawa są parą zaskakująco normalną i konkretną. Pewnie, że panowie nie wyskakują nagle z ram gatunkowych i nie dają nura w morze rzeczywistości, ale na tle głównej pary z Sekai­‑ichi Hatsukoi prezentują się znacznie sensowniej. To nadal nie jest rewelacyjna psychologiczna opowieść, ale przynajmniej przez kilka pierwszych tomów romans samotnego ponuraka z wdowcem, który ma córkę, trzyma jaki taki poziom. Mimo okazjonalnych spadków formy całość zwykle wychodzi na prostą, przynajmniej zahaczając o rzeczy, które byłyby również istotne w prawdziwym życiu.

Film sam w sobie nie rzuca może na kolana, ale dla fanek (fanów?) serii telewizyjnej i mangi to pozycja raczej obowiązkowa. Chyba że nie znosi się protagonisty… Główny problem w tym przypadku stanowi objętość, gdyż scenariusz to po prostu sprint przez pierwszy (z obecnie pięciu wydanych) tom light novel, z pominięciem kilku istotnych scen (i nie mam na myśli scen łóżkowych, chociaż ich też nie ma), więc choć całość trzyma się kupy, miałam wrażenie pewnych braków. Ale może jest to spowodowane znajomością pierwowzoru i niewykluczone, że osobom, które go nie czytały, nie będzie to przeszkadzało. Akcja rozwija się płynnie i bez większych zgrzytów, ale ci, którzy liczyli na jakiś dłuższy wycinek z życia bohaterów, raczej się zawiodą. W sumie całość można podsumować zdaniem „jak Takafumi Yokozawa wreszcie odnalazł miłość”. I to by było wszystko, gdyż film to może nie prolog, ale zaledwie pierwsza część całkiem sympatycznych perypetii bohaterów.

Przewagą, jaką Yokozawa Takafumi no Baai ma nad pozostałymi częściami historii, jest nie tylko lepiej i konsekwentniej skonstruowana fabuła, w której zabawa w kotka i myszkę nie ciągnie się w nieskończoność, ale również kreacje głównych bohaterów, gdyż to oni tak naprawdę ciągną scenariusz. Zarówno Takafumi, jak i Zen, są, mimo schematycznych osobowości, bardziej wiarygodni i po prostu bardziej interesujący od pozostałych postaci z tego tytułu, i to nie tylko ze względu na „życie rodzinne”, które już samo w sobie wypełnia przestrzeń między bohaterami, ale przede wszystkim z powodu osobowości. Pewnie, że nie są to majstersztyki psychologiczne, ale w porównaniu do reszty są znacznie lepszym materiałem na protagonistów. Jak na realia tej historii są niesamowicie konkretni – nie owijają w bawełnę i nie bawią się w podchody niczym małolaty. W ich wzajemnych relacjach nie ma przymusu, przesadnej egzaltacji czy niepotrzebnego dramatu. Wreszcie nieśmiertelny podział na stronę bierną i czynną nie jest taki oczywisty, choć widoczny – są równymi sobie partnerami (no, może z pominięciem kilku szczegółów), a w yaoi zdarza się to wyjątkowo rzadko (a w twórczości pani Nakamury jeszcze rzadziej…). Najważniejsze jednak, że żaden z nich nie ma wątpliwości, iż są w związku (znaczy, gdy już są w nim oficjalnie…).

Takafumi Yokozawa to ponurak i trochę zrzęda, która jednak ma dobre serce, chociaż nie do końca potrafi to okazać. Jak podsumowuje Zen – jest tsundere, na szczęście w dość nieszkodliwej wersji. Kirishima to z kolei spostrzegawczy i w gruncie rzeczy nieszkodliwy manipulator – oficjalnie jest poważnym i statecznym ojcem, natomiast prywatnie to trochę duże dziecko. Dodatkiem do tatusia jest dziesięcioletnia Hiyori – owoc poprzedniego związku. Dziewczynka jest typowym idealnym dzieckiem – sympatyczna, życzliwa i samodzielna, praktycznie bez wad. I choć taka postać może irytować, to w tym przypadku, ze względu na jej ograniczoną rolę i w miarę zrównoważony charakter, raczej nie grozi jej nienawiść ze strony widzów. Pozostali to statyści z kilkoma wyjątkami, o których możecie poczytać w recenzjach serii telewizyjnych.

Od strony technicznej film prezentuje się w zasadzie identycznie jak seria telewizyjna i raczej nie zachwyci, aczkolwiek też nie odrzuci. Kanciaste projekty postaci to spuścizna po mandze – tutaj niewiele dało się zrobić. Tła są raczej sterylne, choć zdarzają się wyjątki, jak np. mieszkanie Kirishimy, wyraźnie widać też oszczędności polegające np. na używaniu tych samych ujęć czy wyludnionych ulicach (chociaż niebo, mimo ubogiej kolorystyki, wyglądało całkiem nieźle). Z animacją również bywają problemy, głównie z ruchami postaci, które momentami są zbyt sztywne. Poza tym może nie jest to kino akcji, ale odniosłam wrażenie, że statycznych ujęć było zdecydowanie za dużo. Jak już pisałam wyżej, scen erotycznych nie ma, ale w moim odczuciu wyszło to filmowi na dobre, a jeśli komuś bardzo ich brakuje, może sięgnąć po light novel. Muzyka z kolei jest prawie niesłyszalna, choć jeśli by się skupić, można wyłowić spomiędzy dialogów kilka utworów znanych z serii telewizyjnej. Towarzyszące napisom końcowym Yasashii Kiseki jest nawet przyjemne, ale to jedna z tych piosenek, które wpadną jednym uchem, by niedługo potem wypaść drugim.

Yokozawa Takafumi no Baai jest propozycją tylko dla osób, które oglądały Sekai­‑ichi Hatsukoi i brakowało im rozwinięcia wątku pana z działu sprzedaży, pozostali mogą spróbować, ale jest spora szansa, że dużo rzeczy im umknie. Jest to miła odmiana po kolejnych perypetiach niezdecydowanych redaktorów, gdyż wszystko dzieje się w miarę szybko i bez zbędnych ceregieli. Poza tym film jako wstęp do dalszej historii, która rozwija się w kolejnych tomach książki, spełnia swoją rolę doskonale. Pewnie, że całość pozostawia niedosyt, ale przynajmniej zostaje zamknięty pewien etap w życiu bohaterów i nie można mówić o zakończeniu urwanym. Cóż, to nadal Shungiku Nakamura, to nadal pod pewnymi względami typowe yaoi, ale całość jest w miarę wyważona i nie powinna pozostawić nieprzyjemnego posmaku denerwujących schematów. W gruncie rzeczy to puchata i naprawdę przyjemna opowiastka bez zbędnych dodatków.

Enevi, 28 września 2014

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Studio DEEN
Autor: Miyako Fujisaki, Shungiku Nakamura
Projekt: Kyouhiro Yasuda, Youko Kikuchi
Reżyser: Chiaki Kon
Scenariusz: Chiaki Kon
Muzyka: Hijiri Anze