Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Studio JG

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

5/10
postaci: 5/10 grafika: 6/10
fabuła: 5/10 muzyka: 7/10

Ocena redakcji

7/10
Głosów: 5 Zobacz jak ocenili
Średnia: 7,00

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 80
Średnia: 7,08
σ=2,03

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Gamer2002)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Cross Ange: Tenshi to Ryuu no Rondo

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2014
Czas trwania: 25×24 min
Tytuły alternatywne:
  • クロスアンジュ 天使と竜の輪舞[ロンド]
zrzutka

Średnia seria klasy B, która niepotrzebnie szokuje widza na siłę.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Dzięki mocy Many ludzkość weszła w nową erę dobrobytu. Za pomocą niewyczerpalnej, niemalże magicznej energii pozbyto się głodu i niedostatku. Jednakże żyjąca w tym cudownym świecie księżniczka Angelise Misurugi ma doznać upadku na samo brudne i okrutne dno tej rzeczywistości. Albowiem ona i świat mają poznać sekret skrywany przez jej własnych rodziców – księżniczka Angelise nie może używać Many i jest tak zwaną Normą o statusie podczłowieka. W efekcie utraci ona swoją pozycję i stanie się Ange – walczącą ze Smokami pilotką w armii straceńców.

Cross Ange: Tenshi to Ryuu no Rondo to anime ze stajni studia Sunrise. Jego reżyserem jest Yoshiharu Ashino, reżyser First Squad: The Moment of Truth, a producentem – Mitsuo Fukuda, znany głównie jako reżyser Gundam SEED. Tytuł jest z gatunku militarnych anime wykorzystujących mechy, zaś pierwsze odcinki usilnie starają się udowodnić, że to nie produkcja dla dzieci. Jednakże, koniec końców, wychodzi z tego seria mocno niedoskonała. Na tym właśnie opiera się mój główny zarzut wobec tego anime – chodzi o jego podejście do konwencji. Są tytuły, które co chwila przeistaczają się z komedii w dramat i na odwrót, znane przykłady to Code Geass oraz, w mniejszym stopniu, Neon Genesis Evangelion. Bawienie się konwencją samo w sobie nie jest złe, wręcz przeciwnie, Kyousougiga wiele u mnie zyskała, robiąc to umiejętnie. Jednakże jest różnica pomiędzy łączeniem różnych konwencji a przechodzeniem kryzysu tożsamości twórczej. Cross Ange jest bardziej przykładem tego drugiego.

Żeby pokazać widzom, jak straszne jest życie Norm, Ange pod koniec pierwszego odcinka zostanie powitana poprzez rozebranie jej, pobicie i dokonanie na niej szokującej czynności tak graniczącej z gwałtem, jak tylko twórcy mogli sobie na to pozwolić. Zresztą, próba gwałtu właściwego też jej się przydarzy. Pierwszej bitwie bohaterki towarzyszy seria zgonów pokazanych w konwencji gore, która świadczyć ma o tym, jak samobójcza jest walka ze Smokami. Ale, podczas drugiej bitwy, gdy Ange ma zginąć i nawet możemy zobaczyć, jak moczy się ze strachu, seria zmienia się raz na zawsze. Okazuje się, że Ange pilotuje Bardzo Specjalnego Tajemniczego Mecha, który magicznie się naprawia i czyni ją najlepszą pilotką, jaką armia kiedykolwiek miała. Po tym dochodzi do takich sytuacji, jak przeziębiona, półprzytomna Ange, wlatującą w środek walki, by nawet nie wiedząc, co robi, uratować swe towarzyszki.

Mogę zrozumieć tymczasową rezygnację z mrocznego klimatu, Neon Genesis Evangelion też to zrobił w środku serii. Jednakże podkreślam słowo „tymczasową” – przy wszystkich usilnych staraniach, by pozować na coś dla dorosłych, Cross Ange rozwiązuje prawie każdy problem jak drugorzędny tytuł młodzieżowy. Nie pomaga fakt, że tutejsze walki mechów są po prostu słabe. Nawet gdy pojawia się w końcu przeciwnik zdolny do taktycznego myślenia, taktyki nie ma tu prawie żadnej. Bitwy niemalże cały czas toczą się w jednym środowisku – w pozbawionej jakichkolwiek interesujących elementów przestrzeni powietrznej nad morzem. Do tego mechy są mało zróżnicowane i w walkach jedynie magiczny Vilkiss Ange robi coś ciekawszego. Lepiej wypadają już walki bez udziału wielkich robotów, bo wtedy dostajemy porządne kino akcji klasy B. Summa summarum, pomimo początkowego podkreślania straceńczego aspektu walk, to nie jest poważna seria militarna. Mówię to, jeżeli kąpielowe stroje do pilotażu nie stanowią wystarczającej wskazówki.

Nie wspominałem o tym jeszcze, ale Normy to wyłącznie kobiety. Jeżeli jednak widz mimo to cierpi na niedostatek płci słabej, w połowie serii pojawia się kolejna kultura zdominowana przez kobiety. W zasadzie poznamy tu z imienia tylko trzy­‑cztery postacie męskie, dlatego nie należy pytać, czy seria jest fanserwiśnym yuri, tylko jak bardzo. A odpowiedź brzmi – jeżeli moraliści będą zarzucać Cross Ange że jest obsceniczne i wyuzdane, dyskutować nie będę. Uspokajam, nie jest to hentai z ostrymi scenami seksu, seria bywa po prostu zwykłym ecchi. Ale, jak to Para­‑męt Pikczers mawiali, momenty są. Na przykład pani kapitan próbująca zgwałcić Ange.

Nie jest tak, że anime jest pozbawione zalet. Ange to przyzwoita bohaterka – jeżeli wytrzyma się pierwsze cztery odcinki, w których jest najpierw bezradną rasistowską jędzą, a później zarozumiałą rasistowską jędzą. Rozumiem, że jej zachowanie zostało podyktowane wychowaniem i sytuacją, ale nie czyni go to znośniejszym. Później Ange robi się twardo stąpającą po ziemi cyniczką z agresywnymi zapędami, która jednak dba o tych, na których jej zależy. Nie jest to szczególnie udana postać, ale radzi sobie jako bohaterka średnio udanej serii. Wśród jej towarzyszek warto zwrócić jeszcze uwagę na Hildę, czerwonowłosą rywalkę Ange, będącą kimś więcej niż tylko chciwą zołzą. Jeszcze inną niezłą postacią jest Jill, dowódca armii Norm, która na wstępie demonstruje bohaterce swą sadystyczną bezwzględność. Jej działania stają się zrozumiałe, gdy tylko widz dowie się, do czego dąży i dlaczego.

Reszta postaci w otoczeniu Ange jest już bardziej dwuwymiarowa. Bezpośrednia przełożona Ange, Salia, początkowo wydaje się postacią stabilną psychicznie, okazuje się jednak, że nie umie sobie poradzić z tym, że to Ange gra tu pierwsze skrzypce. Rozumiem jej problem, zaś jej dalsze działania można było dobrze uzasadnić, ale zostały przedstawione naiwnie i infantylnie. Niebieskowłosa Chris przez pewien czas była nawet moją ulubienicą z drugiego planu, gdyż okazała się cichą wodą. Jednakże jej dalsze problemy zostały ukazane i rozwiązane w mało interesujący sposób. Innej dziewczynie z oddziału Ange, której działania były porządnie umotywowane, poświęcono akurat najmniej czasu ekranowego. Z innych postaci warto wspomnieć o obiekcie uczuć Ange, noszącym swojskie imię Tusk, oraz jej prywatnej pokojówce Momoce. Nawet gdyby to była zwykła, uczciwa seria młodzieżowa, obydwoje wciąż byliby obrzydliwie przesłodzonymi idealistami. Później pojawia się także dorównująca Ange rywalka, która jest całkiem fajną postacią, nawet jeżeli niezbyt skomplikowaną.

Jest jeszcze główny złoczyńca. Na samym początku serii mamy jasno wskazanego antagonistę, ale w jej połowie poznajemy znacznie grubszą rybę. I muszę przyznać, że to jest zły, którego będzie się pamiętać. Ma charyzmę, zapewnioną przez głos Toshihiko Sekiego (znanego chociażby jako Rau Le Creuset z Gundam SEED), a także odpowiednią prezencję. Został jednak obdarzony intelektem przeciętnego złoczyńcy z przygód Jamesa Bonda, choć można to uznać za wyrównanie szans bohaterów. Moim poważniejszym zarzutem wobec niego jest to, że trochę zalatuje schematem „wzięliśmy go znikąd i mówimy, że stoi za wszystkim”. Ale jeżeli twórcy chcieli pokazać strasznego i odpychającego przeciwnika, to im się to udało. Dość powiedzieć, że jest to człowiek mający swoje żądze i potrafiący wymusić ich zaspokojenie w przerażający sposób. W efekcie otrzymujemy kontrowersyjnego antagonistę, którego z pewnością szybko się nie zapomni.

Nie można tego jednak powiedzieć o reszcie fabuły. W ogólnym zarysie ta historia to niezły materiał na młodzieżówkę, ale została nieudolnie opowiedziana. Twórcy rozwiązują problemy w uproszczony i naiwny sposób, nie ustrzegli się także kilku potknięć fabularnych. Na przykład Ange otrzymuje pewną informację, którą widz ma prawo uznawać za niepewną. Parę odcinków później bohaterka spotyka osobę, która mogłaby tę informację zweryfikować, ale rozmowa na ten temat zostaje urwana. Jeszcze później widzimy rzeczy, które przeczą prawdziwości tej informacji. Innym przykładem jest decyzja Ange na sam koniec serii, ukazana jako pragmatyczna decyzja antybohaterki, która nie zamierza zbawiać całego świata – tylko że odrobina zastanowienia ujawnia głupotę jej planu.

Poza tym mamy wspominaną już naiwność. Przy całym swoim pragmatycznym podejściu Ange odnosi sukcesy dzięki magicznym ulepszeniom swojego mecha. Jeśli to nie pomaga, to Tusk okazuje się Batmanem. Mamy też zmartwychwstanie, którego twórcy nawet nie próbowali wyjaśnić, niby dla żartu. Tutejsza frakcja Dobra nie tylko kultywuje tradycyjną japońską kulturę, ale jeszcze ot tak jest rządzona przez dziecko. Obrońcy tego typu anime nazywają je „fazowymi” i mówią, że są dobre, bo śmieszne. Dla mnie dobrą serią „fazową” było Kyoukai Senjou no Horizon, które akurat miało istotne zalety. Cross Ange ma lepsze chwile i rzadkie dobre momenty – chociażby pierwszy pocałunek Ange z Tuskiem czy rozmowa Hildy z Ange przed ostatnią bitwą. Ale gdy po seansie wspomniałem dramat z pierwszych odcinków, powiedziałem sobie „po co to było tej sztampie?”.

Humor oceniam niżej niż w takim IS: Inifinite Stratos, które też wybitne nie jest. Najczęściej oglądamy Ange zachowującą się jak agresywna tsundere wobec Tuska, który regularnie musi lądować z twarzą w jej kroczu. Poza tym zdarza się odrobina czarnego humoru, mamy też komediowe sceny akcji. Z zabawnych scen najbardziej podobało mi się, jak Ange i Sala zaczęły się szanować – było to fajne i zabawne. Świetna była też scena, gdy w finałowej bitwie Tusk doprowadził do wściekłości głównego złego. Gdyby seria trzymała się klimatu z tych dwóch scen, dałbym jej ocenę wyższą o oczko. Byłaby jak Ginga Kikoutai Majestic Prince, ze słabszymi walkami, ale za to z bardziej wartką i świeższą fabułą. Cross Ange i tak ogląda się nieźle, fabuła stale się rozwija, a przed bohaterkami stają coraz to nowe wyzwania. Nudy temu tytułowi z pewnością nie zarzucę.

Graficznie seria do pokazania walk robotów używa 3D, a smoczym przeciwnikom zdarza się wykorzystywać zarówno dwa, jak i trzy wymiary. Da się zauważyć spadki jakości sylwetek bohaterów, choć tła są porządne – tu jednak twórcy mogli przyoszczędzić, bo sporo bitew toczy się nad oceanem. Muzycznie seria nie zachwyca, może jeden czy dwa utwory wpadły mi w ucho. W pierwszej połowie serii parokrotnie zwróciłem uwagę, że muzyka była niedobrana do danej sceny. Openingi i endingi też szczególnie się nie wyróżniały, poza smętnością drugiego openingu. Głosu Ange użycza Nana Mizuki, która grała na przykład Hinatę w Naruto czy Fate w Mahou Shoujo Lyrical Nanoha, zaś Tusk mówi głosem Mamoru Miyano, znanego choćby jako Takuto ze Star Driver czy Setsuna z Gundam 00.

Jak podsumować te wywody? Nie mówię, że to seria zła, mogłaby to być przyzwoita młodzieżówka, ale twórcom na wstępie zachciało się szokować widza, zaś ostatecznie tylko go rozczarowali. Rozwiązania większości problemów są sztampowe, po seansie można zapamiętać głównie złoczyńcę – bo to, co robił, szokowało. Poza tym twórcy nie potrafili ani iść za ciosem, ani też inteligentnie wybrnąć z sytuacji fabularnej. Cross Ange: Tenshi to Ryuu no Rondo jest serią, która nie nadaje się dla dzieci, od której dorośli odpadną, zaś nastolatki jedynie przy niej zgłupieją.

Gamer2002, 26 maja 2015

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Sunrise
Projekt: Kazutaka Miyatake, Sayaka Ono
Reżyser: Yoshiharu Ashino
Scenariusz: Tatsuo Higuchi
Muzyka: Akiko Shikata

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
Cross Ange - wrażenia z pierwszych odcinków Nieoficjalny pl