Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Komikslandia

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

3/10

Ocena redakcji

4/10
Głosów: 3 Zobacz jak ocenili
Średnia: 3,67

Ocena czytelników

4/10
Głosów: 34
Średnia: 3,97
σ=2,35

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Easnadh)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Makura no Danshi

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2015
Czas trwania: 12×5 min
Tytuły alternatywne:
  • 枕男子
zrzutka

Dwanaście szybkich numerków (trzy minuty bez gry wstępnej!) ze słodkimi chłopcami na dobranoc. Nie, dziękuję, wolę książkę.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Niniejsza recenzja będzie skrajnie subiektywna i zapewne wiele osób nie zgodzi się ani z moim zdaniem, ani z moim punktem widzenia. W zasadzie coś takiego jak „obiektywna recenzja” nie istnieje, więc niektórym ta uwaga może wydawać się zbędna, jednak w tym przypadku głównym źródłem rozbieżności opinii jest rzecz szczególna – nie fabuła bądź jej brak, nie ocena poziomu animacji (o tym porozmawiamy później), nie jakość ścieżki dźwiękowej, a gust i typ faceta, jaki nam się podoba oraz to, czego podświadomie ze strony obiektu naszych westchnień oczekujemy. Jednym dziewczynom odpowiadają umięśnieni i pewni siebie blondyni, innym wiotcy i tajemniczy bruneci, a jeszcze inne wolą charyzmatycznych łysych brodaczy. Już w samych komentarzach na Tanuki dało się zauważyć, że podobały mi się zupełnie inne odcinki niż przynajmniej dwójce innych komentujących. A imię tych, którzy się nie wypowiedzieli, jest legion.

Gdy przeczytałam po raz pierwszy o Makura no Danshi przyszły mi na myśl dwie rzeczy: relaksujące bądź erotyczne (albo jedno i drugie) drama CD zawierające słuchowiska dla pań oraz Issho ni Sleeping/Training z Hinako, gdzie protagonistka też zwracała się bezpośrednio do widza. Nie oczekiwałam cudów, ale też nie miałam najgorszych przeczuć, ponieważ projekt postaci (jedyny dostępny przed emisją) był ładny, a jako fetyszystka seiyuu nie miałam innego wyjścia, jak przyklasnąć pomysłowi. Drama CD z animacją, to będzie fajne! Zresztą przecież nie da się zrobić anime gorszego i mniej zajmującego niż to, które polega na wpatrywaniu się przez pięćdziesiąt minut w śpiącą cycatą dziewoję, prawda? A nawet jeśli główny pomysł nie do końca wyjdzie, to przynajmniej będzie można się pośmiać albo po prostu popiszczeć do seksownych bishounenów, prawda? Och, jak bardzo się myliłam…

Mamy więc jedenastu… no, powiedzmy „przystojniaków” i dwanaście odcinków, każdy po cztery minuty (minus trwający minutę opening, co w efekcie daje oszałamiającą długość trzech minut czegoś, czego nie nazwę fabułą, a zwyczajnie treścią odcinka). W tym czasie zostaje zaprezentowana swoista scenka rodzajowa, mająca przybliżyć nam jednego z chłopaczków, pokazać jego interakcję z bohaterką­‑widzem (czyli nami), sprawić trochę przyjemności z rzadka rzuconym pikantniejszym tekstem z podtekstem, a przede wszystkim zrelaksować i uśpić. A wszystko to w trzy minuty – tego nie zapewni nam nawet tak cudowny wynalazek jak zupka chińska. Sama animacja openingu jest niezwykle obiecująca i robi smaka na dalszą część: niekompletnie odziani przystojniacy, leżący na prześcieradłach i poduszkach, pozą i spojrzeniem zachęcający, by lec z nimi… to znaczy koło nich. Jednak już pierwszy odcinek był dla mnie niczym zimny prysznic. Tak, zdecydowanie tym, co uspokoiłoby mnie przed snem i czego najbardziej pragnęłabym w życiu, jest to, żeby po tym, jak zmordowana przywlekę się po pracy do mieszkania, zastać w nim zdziecinniałego pasożyta i nieroba… to znaczy słodziutkiego chłopaczka, który chwali się tym, jak to obijał się przez cały dzień, kiedy ja harowałam na nasze utrzymanie, oraz marudzi, że smutno mu było podczas mojej nieobecności, kiedy to – pozwolicie, że się powtórzę – ja harowałam na nasze utrzymanie. Tak więc pierwszy „Poduszkowiec” mi nie przypasował – zdecydowanie nie pociągają mnie faceci wymagający matkowania. Są jednak kobiety, którym to odpowiada i które po pierwszym odcinku być może nabiorą ochoty na więcej.

A dalej jest rozmaicie, twórcy upchnęli do anime najróżniejsze typy, żeby każda (bądź każdy – jestem pewna jednego recenzenta na Tanuki, który oburzy się na ten przejaw szowinizmu) znalazła coś dla siebie. Tworząc jedność z heroiną, widz może cofnąć się do cudownych, młodzieńczych czasów gimnazjum i liceum bądź pełnego uroku studenckiego życia, ewentualnie wczuć się w rolę prawdziwie japońskiej office lady pracującej w korporacji, a w każdym z wcieleń towarzyszyć mu będą odpowiedni partnerzy. Jest więc dojrzały senpai z biura, który proponuje wspólne pójście do pracy następnego dnia (co oznacza, oczywiście, spędzoną razem noc). Narcystyczny geniusz obiecujący widzowi, że będzie (posłużę się tutaj słowami z piosenki Anny Marii Jopek, żeby pasowało do poetycznego nastroju) „pieścił jej płaski brzuch, jej most, jej gryf, jej słój”. Cierpiący na urojenie wielkościowe emo­‑samotnik z jęczmieniem w oku (to chyba najoryginalniejszy i najbardziej zabawny przypadek w całym anime, polecam dotrwać do tego odcinka). Pięciolatek (którego sami twórcy w opisie określili jako „superenergicznego pięcioletniego przystojniaka”, więc nie napiszę na ten temat nic więcej, bo obejrzenie tego odcinka było prawdziwie traumatyczne). Sadystyczni bliźniacy w kimonach lubiący perwersyjne gierki i gnębiący bohaterkę­‑widza. Nieco ekscentryczny właściciel budki z jedzeniem, mężczyzna w średnim wieku w typie Kotetsu T. Kaburagiego z Tiger & Bunny, który chętnie wysłucha problemów bohaterki­‑widza oraz poczęstuje darmową przekąską. Oraz kilku innych, których nie wymieniłam, nie powinnam w końcu odkrywać wszystkich kart. W dwunastym odcinku twórcy, chcąc zakończyć historię ładną klamrą, serwują nam darmozjada, którego poznaliśmy jako pierwszego, tylko w nieco młodszej wersji – nie wiem, czemu ten zabieg miał służyć, ale zdecydowanie nie polepszył sytuacji (zwłaszcza że pod koniec przeskakujemy do wersji dorosłej, a potem zwierzęcej). Podsumowując ten akapit: tylko trzech panów z jedenastu wpasowało się moje gusta, część była mi obojętna, a od trzech mnie wręcz odrzuciło, więc dlatego moje odczucia na tym polu (i ogólnie dotyczące całego anime) są raczej negatywne – po prostu nie zaproponowano mi niczego interesującego. Gdyby to był jeden z host clubów w dzielnicy Kabukichou, wzruszyłabym ramionami na tak kiepską ofertę i zwyczajnie wyszła.

Skoro bohaterowie nie byli mocną stroną tego anime, to może coś innego? Grafika na przykład? Niestety, raczej nie. Makura no Danshi dużym budżetem z pewnością nie dysponowało, bo kreska jest średnia: o ile nieruchome zbliżenia na postać wychodzą całkiem ładnie, o tyle im dalej i bardziej ruchomo (w miarę skromnych możliwości), tym brzydziej. Momentami kreska jest wręcz paskudna, jak w przypadku sadystycznych bliźniaków. Nie wiem jak Wy, drodzy czytelnicy, ale ja wolałabym, żeby podrywający mnie panowie byli jednak ładniej narysowani. Nie najlepiej o anime świadczy też fakt, że opening jest najbardziej dynamiczną jego częścią, a odcinki to niemalże pokaz slajdów. Najgorszą wadą jest chyba jednak dziwaczny sposób „operowania kamerą”. Anime w założeniu opiera się na pomyśle, że „Poduszkowcy” rozmawiają z nami, widzami. Jednak ujęcia „twarzą w twarz” nie zajmują całego odcinka, bardzo często bishouneni pokazywani są z różnych kątów i nierzadko zdarza się, że gdy chłopaczek odcinka zwraca się do bohaterki­‑widza siedzącej w domyśle obok niego, my widzimy to wszystko z perspektywy osoby trzeciej, oddalonej o kilka metrów. Niesłychanie kłóci mi się to z ideą bezpośredniej interakcji. Graficzną wisienką na torcie był zaś niezwykle schematyczny (choć uroczy) rysunek pająka – tego się nie da opisać, to trzeba zobaczyć.

Jeśli chodzi o warstwę dźwiękową, anime też ma niewiele do zaoferowania. Opening, śpiewany przez seiyuu, przesłuchałam w całości raz, potem przewijałam – niestety słodki jak pudło pełne ptysi głos Natsukiego Hanae to nie jest to, co Tygryski lubią najbardziej. Obsada Makura no Danshi jest bardzo zróżnicowana – znajdują się tam nazwiska popularne i szeroko znane, jak Yoshimasa Hosoya (Junpei z Kuroko no Baket, Sousuke z Free!), Daisuke Namikawa (Kazehaya z Kimi ni Todoke, Yashiro Isana z K) czy Toshiyuki Morikawa (Takumi z NANA, Alex z Last Exile, Nakajima z Gakuen Heaven), jak i całkiem nieznane, jak na przykład grający rolę romantycznego astronoma­‑hobbysty Sora Takahata. Trochę im wszystkim współczuję, ponieważ musieli odwalać całą robotę i wyrabiać dwieście procent normy. I dokładnie to mam na myśli. W tle nie słychać żadnej muzyki. Nie ma żadnych dźwięków oprócz ciszy i tekstów recytowanych przez seiyuu. Niespecjalnie to przeszkadza i zazwyczaj z powodu wątpliwej długości odcinków nie zwraca się na to uwagi, ale jest jeden moment, w którym ów brak uświadamiamy sobie z całą mocą – twórcy pozostawiają wyobraźni widzów zdecydowanie zbyt wiele, łącznie ze stworzeniem we własnej głowie mającej nas uśpić cudownej melodii granej przez skrzypka­‑geniusza. W anime nie usłyszymy w tym miejscu nic. Twórcy chyba naprawdę dysponowali budżetem wielkości tygodniówki przeciętnego japońskiego nastolatka, bo w pierwszym lepszym drama CD można usłyszeć jakąś muzyczkę w tle, nawet średnio ambitną, oraz efekty dźwiękowe: odgłos kroków, szelest ubrań, śpiew ptaków o poranku i tak dalej. A skoro już jesteśmy przy słuchowiskach dla pań – charakteryzują się one jedną bardzo ważną cechą. Otóż używa się w nich tak zwanej „sztucznej głowy”, pozwalającej na nagrywanie binauralne, przez co słuchacz może precyzyjniej umiejscowić dźwięk w przestrzeni. Tak brzmi bardzo skrócone tłumaczenie naukowe, a prościej: pozwala to na uzyskanie na przykład wrażenia, że bishounen szepce wprost do jednego z chętnych uszek słuchaczki, jak bardzo ją kocha i jaka jest cudowna. Po czym pochyla się ku drugiemu i żartobliwie w nie dmucha. A następnie staje przed słuchaczką i radośnie się śmieje. I tym podobne. Dzięki temu niemal czuje się jego obecność. Anime Makura no Danshi nagrywane było zwyczajnie, co odebrało tytułowi jakieś osiemdziesiąt procent mocy i uroku.

Ostatnimi czasy mam wrażenie (być może mylne), że powstaje coraz więcej serii mających być swoistą reklamą mangi bądź gry. Najbardziej irytujące w tej grupie są tytuły, które nie pokazują widzowi nawet kawałka fabuły, tylko maksymalnie rozciągnięty, przydługi wstęp bądź jakieś poszarpane urywki. Albo po prostu nic. Przez bardzo długi czas Makura no Danshi było dla mnie właśnie takim niczym, na dodatek zawieszonym w próżni, bo na oficjalnej stronie nie było żadnej informacji, czemu te idiotycznie króciutkie odcinki mają służyć. Po czym okazało się, że i owszem, są reklamą właśnie powstających drama CD. Czyli, drogi widzu, jeśli chcesz dowiedzieć się, jak to było z tą zakrapianą imprezą z senpaiem z pracy i wspólnym powrotem taksówką, kup płytę. Niestety, po seansie tych dwunastu odcinków w ogóle nie jestem tego ciekawa. Ani trochę. Jeśli chodzi o moją skromną osobę, twórcy polegli na całej linii, tworząc bandę w większości średnio sympatycznych facetów zupełnie nie w moim typie. Ja miałam chcieć, pragnąć wręcz, sama, z własnej woli bądź, żeby było dramatyczniej, wbrew własnej woli i rozsądkowi, słuchać ich szeptów na dobranoc. A skończyło się na tym, że w większości przypadków wcale nie chciałabym, wręcz przeciwnie – wykopałabym panów z mojego łóżka prosto do piwnicy, a że mieszkam na trzecim piętrze, to byłaby długa droga w dół pełna schodów. Skoro, jeśli chodzi o moją osobę, anime nie spełniło swojej roli, to może przynajmniej udało mu się sprawić, że dostawałam głupawki i radośnie rechotałam z naiwności przedstawionych scenek co odcinek? Też nie, okazjonalnie jedynie, a szkoda, wiązałam z tym akurat aspektem serii wielkie nadzieje. W zasadzie jedynym plusem Makura no Danshi, o którym mogę napisać z czystym sumieniem, jest jego długość: łącznie to niecałe pięćdziesiąt minut, a przewijając opening – nieco ponad trzydzieści pięć. Każdy więc, nie niszcząc sobie planu dnia, może bardzo łatwo sprawdzić, czy anime mu odpowiada.

Easnadh, 19 listopada 2015

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Assez Finaud Fabric, feel
Autor: P★P
Projekt: Mika Yamamoto
Reżyser: Sayo Aoi
Scenariusz: Ayumi Sekine, Yuniko Ayana
Muzyka: Masato Nakayama

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
Makura no Danshi - wrażenia z pierwszych odcinków Nieoficjalny pl