Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Gakkon 4 - konwent

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

6/10
postaci: 6/10 grafika: 9/10
fabuła: 5/10 muzyka: 6/10

Ocena redakcji

7/10
Głosów: 4 Zobacz jak ocenili
Średnia: 6,50

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 106
Średnia: 7,08
σ=1,75

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Enevi)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

K: Return of Kings

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2015
Czas trwania: 13×24 min
zrzutka

Dlaczego wszyscy szukają głównego bohatera? Cóż, on sam chyba już domyśla się, o co chodzi… Bajzel na kółkach ze studia GoHands, tym razem w odcieniach zieleni.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Yashiro Isana, dla przyjaciół Shiro, szerzej znany jako Adolf. K. Weissman, czyli Srebrny Król, ukrywa się przed światem od pamiętnych wydarzeń, które miały miejsce w Akademii Ashinaka. Wszystko wskazuje jednak na to, iż jego wysokość prędzej czy później będzie musiał się ujawnić, gdyż pod nieobecność Złotego Króla, który miał pod kontrolą praktycznie cały kraj (i aktualnie już nie żyje), zaczął panoszyć się Zielony Klan pod wodzą tajemniczego Nagare Hisuiego. A że zdążyli już dać się we znaki zarówno Homrze, jak i Scepter4, a w dodatku mają zakusy na Tablicę Drezdeńską, dzięki której wszyscy Królowie otrzymali swoje moce, trzeba zacząć działać. Nic nie może się rozpocząć bez osoby odpowiedzialnej za cały bałagan, prawda?

Po seansie pierwszej serii telewizyjnej, parafrazując Wojciecha Gąssowskiego, chciało mi się napisać „Gdzie się podzieli tamci królowie?”, bo końcówka (jak się potem okazało) pierwszej części dostarczyła widzom w pewnym sensie zamkniętą historię. Jednak biorąc pod uwagę fakt, że anime jest główną, ale jednak częścią składową zakrojonego na szeroką skalę projektu (obejmującego również light novel i mangi), całość aż prosiła się o rozwinięcie tematu. Kiedy więc zapowiedziano film, byłam dobrej myśli. Zanim jednak zabrałam się za Missing Kings, już zaczęto przebąkiwać o kolejnej kontynuacji, która z czasem przybrała wyraźniejszy kształt w postaci Return of Kings. Z kolei ta część jasno dała nam do zrozumienia, że to już koniec. Cóż, powrót do uniwersum stworzonego przez studio GoHands z pewnością był miły, aczkolwiek to również ten typ ponownej wycieczki, gdy trudno napisać „niestety” w odniesieniu do faktu, iż jest to zapewne ostatni już raz.

Pierwsze spotkanie z K wspominam jako wpadnięcie w niezwykle barwny, ale przy tym chaotyczny kalejdoskop, któremu ułożenie z kolorowych szkiełek konkretnych kształtów zajęło trochę czasu. Sam początek wrzucał w sam środek wydarzeń i długo zwlekano z dostarczeniem konkretnych informacji, ale twórcy potrafili zainteresować widzów, którzy z niecierpliwością czekali na odsłonięcie tajemnic. Mimo interesujących założeń, anime miało też braki, w znacznej mierze spowodowane tym, że istotne informacje dotyczące wątków pobocznych kompletnie pominięto w tej wersji i umieszczono w oddzielnych tytułach (mangowo­‑książkowych). Sprawiło to, że trudno uznać serial za rzecz w pełni samodzielną, choć w ostatecznym rozrachunku da się go oglądać bez zapoznania się z dodatkami. Da się, ale bez nich historia zawarta w wersji animowanej traciła całkiem sporo.

Niewątpliwą zaletą jest na pewno to, że scenariusz tej części jest spójny i w definitywny sposób zamyka historię Królów. Niestety sposób jej przedstawienia pozostawia trochę do życzenia. Return of Kings startuje z nieco lepszej pozycji niż pierwsza seria, bo co prawda nadal jest bardzo kolorowo, ale już znacznie mniej chaotycznie, a zaczynający seans widzowie zapewne obejrzeli (a przynajmniej powinni…) poprzednie części i świat przedstawiony nie stanowi już dla nich jednej wielkiej zagadki. Mogłoby to teoretycznie oznaczać, że scenarzyści nie będą marnować czasu i zaczną z grubej rury po końcówce filmu, która sugerowała, że do rozpoczętej w nim gry przystępują „grube ryby”. Twórcy tymczasem, zamiast zadowolić fanów spragnionych fabularnego „mięska”, postanowili najpierw zająć się miłośnikami efekciarskich pojedynków. Tych nie brakowało również w poprzednich odsłonach, odniosłam jednak niemiłe wrażenie, że taki początek może zasugerować przerost formy nad treścią, czego z trudem, ale jednak udało się uniknąć w części pierwszej. Co gorsza, przez pierwsze odcinki dzieje się naprawdę niewiele i dopiero po pewnym czasie dostajemy jakiekolwiek konkretne informacje. Potem fabuła znowu zwalnia i dopiero pod sam koniec widzimy akcję właściwą. Zawiodło rozplanowanie scenariusza, ponieważ z każdym kolejnym odcinkiem ma się wrażenie, że twórcom nie starczy czasu na przedstawienie wszystkich sugerowanych wątków. Po seansie można natomiast pomyśleć, że przy takiej ilości fabuły w obecnej formie (tzn. bez skupienia na wątkach pobocznych i przekazaniu ich w telegraficznym skrócie) serialowi przydałoby się skrócenie o przynajmniej jedną trzecią i zostawienie tylko ważnych elementów. Cała intryga okazuje się bowiem prostsza, niż mogłoby się wydawać, i choć brak przekombinowania może wydawać się zaletą, całość sprawia wrażenie… hm… może jeszcze nie kolorowej wydmuszki, ale scenariusz z pewnością jest wybrakowany i zbyt skromny objętościowo na taką ilość odcinków.

Innym problemem może być również to, że elementy składowe, które przy pierwszej okazji może nie zachwycały, ale na pewno bawiły, w kolejnych odsłonach już nie będą robić takiego wrażenia. K na pewno tworzono z przymrużeniem oka, ale nadmiar efekciarstwa, przerysowanie i usilne próby bycia „cool” niekoniecznie wychodzą tej serii na dobre. Nie sugeruję, że Return of Kings to tylko i wyłącznie nudna powtórka z rozrywki. Sądzę jednak, iż znajdą się widzowie, którym sztuczki twórców zdążyły się już znudzić i całość przez to straci na świeżości.

Jest jeszcze jedna rzecz, która nie daje mi spokoju i choć zdaję sobie sprawę, iż to kwestia indywidualna, muszę o tym napisać. Nigdy nie sądziłam, że to napiszę, bo w pierwszej części ten element zupełnie mi nie przeszkadzał, a przypominam, że jestem na niego cięta. Mowa oczywiście o wyskakującym jak królik z kapelusza fanserwisie, którego ilość wzrasta odwrotnie proporcjonalnie do ilości „mięska” w fabule. Ja wiem, bardzo starano się zadowolić męską część widowni, ale odniosłam wrażeniem, że aż za bardzo. Nie mam pojęcia, jak tego dokonano, ale żeby po trzynastu odcinkach z praktycznie goluteńką Neko odrzucały mnie (i chyba nie tylko mnie) ujęcia bielizny… Do tego trzeba mieć prawdziwy talent, bo dawno nie widziałam tak wymuszonych scen – najazdy na podskakujące biusty i krocza bohaterek (z pominięciem Anny na szczęście…) są tak nienaturalne, że już pierwsza lepsza średnia seria ecchi robi to o wiele lepiej i w mniej irytujący sposób, zaś K doskonale by sobie bez takich dodatków poradziło. Chociaż główny problem stanowi tu nie ilość, a zdecydowanie jakość. Czujcie się ostrzeżeni.

Trudno również napisać, żeby mimo licznej i zróżnicowanej obsady było na kim oko zawiesić. Na pewno miło zobaczyć starych znajomych i jednocześnie poznać nowych bohaterów, ale szkoda, że nie ma co liczyć na jakikolwiek rozwój charakterów większości z nich. Zarzut ten dotyczy głównie trojga protagonistów, którzy nie dość, że niewiele robią w serii, to jeszcze przez cały czas pozostają tacy sami – zupełnie jakby od czasu zakończenia K ich „licznik” się zatrzymał. Po macoszemu potraktowano również wątek kapitana Scepter4, który wraz ze śmiercią Mikoto i końcem rywalizacji z nim stracił większość charakteru. Z drugiej jednak strony miło, że pokazano, jak będąca jedynie ozdobą części pierwszej, a potem spadkobierczynią mocy Czerwonego Króla Anna radzi sobie z odpowiedzialnością i buduje swój autorytet. Gorzej natomiast, że będący z początku kompletną tajemnicą Nagare Hisui oraz jego banda okazują się mniej ciekawi niż się zapowiadało, a pokazany na wstępie prosty zbiór cech okazuje się całością ich charakterów. Dotyczy to głównie Zielonego Króla, który nie wykazuje ani grama charyzmy, o jaką można by go podejrzewać, biorąc pod uwagę, jakie indywidua udało mu się zjednać. Słowem: są oni może nie jednowymiarowi, ale zdecydowanie mniej interesujący, niż mogłoby się wydawać, a szkoda, bo to teoretycznie ich poczynania są motorem napędowym serii. Reszta ważniejszych bohaterów drugoplanowych dostaje jedną czy dwie konkretne scenki, ale nie są one jakoś wyjątkowo udane – ot, schematyczny standard (wiem, że to określenie brzmi źle, ale cóż… tak jest…).

Jeśli komuś nie przejadła się kolorowa wścieklizna, to powinien z otwartymi ramionami powitać szalone popisy grafików i animatorów, którzy i tym razem prezentują widzom barwne, dynamiczne pojedynki, a także szczegółowe i zróżnicowane tła. I choć czasem można zauważyć, że niektóre sekwencje powtarzane są zbyt często, to trudno się do tego przyczepiać, biorąc pod uwagę płynność animacji i ogólną jakość. Ścieżka dźwiękowa jest i czasem straszy zbyt głośną i po prostu kiczowatą elektroniką, ale przez większość czasu grzecznie pozostaje w tle i raz lepiej, raz gorzej, ale jednak podkreśla klimat. Przyznam, że w pierwszej chwili zmartwił mnie brak angeli na liście płac, jednak z nawiązką wynagradza to Kizuna, towarzyszące napisom końcowym ostatniego odcinka. Znośny, aczkolwiek niekoniecznie porywający jest opening wykonaniu seiyuu Anny Kushiny – Yui Horie, miłą niespodzianką natomiast okazał się energiczny ending Kai CustomiZ. Skoro o aktorach głosowych mowa, to mogę napisać, że większość z nich spisała się naprawdę dobrze, choć nie powiem, żeby taki Kazuyuki Okitsu miał szerokie pole do popisu w monotonnej roli Zielonego Króla (choć biorąc pod uwagę pewne okoliczności, można podejrzewać, iż był to zabieg celowy).

Zawsze miło jest wracać do przygód sympatycznych bohaterów, ale zarówno Return of Kings, jak i wiele innych kontynuacji, pokazuje, że na samej nostalgii daleko się nie zajedzie i seria musi mieć na siebie dobry pomysł. Nie żeby fabuła tego anime była zła, ale zdecydowanie brakuje jej tego czegoś, co miało pierwsze K, co może dziwić, bo sporo elementów pozostało niezmienionych. Gdybym miała wskazać to, czego mnie najbardziej brakowało, byłby to ładunek emocjonalny. W poprzedniej serii początkiem wydarzeń był wypadek, który angażował nie tylko bohaterów, ale też zapewne sporą część widzów (choć nie można tu mówić o głębokim poruszeniu odbiorcy, raczej o niezłym punkcie zaczepienia). W przypadku sequela bardzo boleśnie odczuwa się brak tej iskierki, która na nowo rozpaliłaby zapał ostudzony kilkoma nużącymi odcinkami na samym początku. Wielbicielom K na pewno nie będę odradzać seansu tej części, ponieważ w nieco mniej udany, ale jednak niezły sposób zamyka ona cykl (miejmy nadzieję…) i stanowi dobry przykład na to, że niektórzy twórcy w miarę szybko zauważają, że jasne fajerwerki zaczynają się wypalać i nie próbują przedłużać ich „życia”.

Enevi, 14 stycznia 2016

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: GoHands
Autor: GoRa
Projekt: Hiroshi Ookubo, Shingo Suzuki, Takahiro Kishida
Reżyser: Hiromichi Kanazawa, Shingo Suzuki
Scenariusz: GoRa
Muzyka: Mikio Endou

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
K: Return of Kings - wrażenia z pierwszych odcinków Nieoficjalny pl