Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Forum Kotatsu

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

9/10
postaci: 9/10 grafika: 10/10
fabuła: 8/10 muzyka: 10/10

Ocena redakcji

8/10
Głosów: 5 Zobacz jak ocenili
Średnia: 7,80

Ocena czytelników

8/10
Głosów: 113
Średnia: 8,26
σ=1,2

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Lin)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Bakemono no Ko

Rodzaj produkcji: film
Rok wydania: 2015
Czas trwania: 118 min
Tytuły alternatywne:
  • Boy and the Beast
  • バケモノの子
Gatunki: Przygodowe
zrzutka

Mamoru Hosoda powraca z kolejnym filmem o miłości rodzicielskiej. Magiczne dekoracje, bajkowe przygody i wzruszająca lekcja o wychowywaniu synów… i ojców.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: ukloim

Recenzja / Opis

Jakiś czas temu natknęłam się na krótki artykuł porównujący Mamoru Hosodę, twórcę filmów takich, jak O dziewczynie skaczącej przez czas i Wilcze dzieci, do założyciela sławnego Studia Ghibli, Hayao Miyazakiego. Nie był to pierwszy raz, gdy spotkałam się z twierdzeniem, jakoby Hosoda był następcą czy też spadkobiercą myśli twórczej Miyazakiego. Teza śmiała, biorąc pod uwagę znaczną różnicę w dorobku filmowym obu panów, i zapewne przytłaczająca dla młodszego z nich – któż chciałby wziąć na siebie odpowiedzialność związaną z przejęciem roli – wybaczcie pompatyczne określenie, ale inaczej się w tym przypadku po prostu nie da – geniusza? Mimo to owo porównanie ma dość solidne podstawy. Hosoda, podobnie jak Miyazaki, chętnie porusza tematykę dorastania i prób określenia własnej tożsamości przez młodych ludzi. Ponadto obaj twórcy lubują się w kreowaniu światów, w których realizm przeplata się z elementami magiczno­‑baśniowymi. Nie po to jednak poruszam ten temat, by dokonać szczegółowego porównania obu reżyserów, a dlatego, że recenzowany film, Bakemono no Ko, w swej najbardziej zewnętrznej warstwie fabularnej, natychmiast skojarzył mi się z najpopularniejszą produkcją Miyazakiego – W krainie bogów. I mam nadzieję, że będzie to pierwsze zdanie, które wielu z Was już w tej chwili zachęci do zapoznania się z tym tytułem. Jeśli zaś ono nie wystarczy, zapraszam do lektury poniższej recenzji.

Dziewięcioletni Ren zostaje osierocony przez matkę, zaś rozwiedzionego z nią ojca nie udaje się odnaleźć. Dlatego też opiekę nad chłopcem przejąć ma rodzina matki. On jednak nie ma najmniejszego zamiaru z nimi zamieszkać i pełen złości i pretensji do wszystkich, ucieka z domu, po czym rozpoczyna tułaczkę po ruchliwych ulicach Tokio. Pewnego wieczora zostaje zaczepiony przez zakapturzoną postać, która proponuje chłopcu, by do niej dołączył w drodze do niewiadomego celu. Z jednej strony oferta kusząca dla bezdomnego dziecka, z drugiej jednak jest pewien problem – nieznajomy to najprawdziwsza w świecie bestia. Pokryty futrem olbrzym, wyglądem przypominający niedźwiedzia. Splot nagłych wydarzeń zmusza jednak Rena, by mimo strachu podążył za bestią. W ten sposób chłopiec trafia do Jutengai, królestwa zamieszkałego przez stworzenia podobne temu, za którym poszedł. A kim on właściwie jest?

Kumatetsu to potężny wojownik, który ubiega się o pozycję nowego przywódcy królestwa. Poprzedni, jak dowiadujemy się z ciekawego zarówno pod względem formy, jak i treści wstępu filmu, zdecydował się zrezygnować z tej funkcji, aby poddać się reinkarnacji i odrodzić się jako bóstwo. Stąd też potrzeba wyboru następcy – do walki o zaszczytny tytuł zdecydowali się przystąpić wspomniany Kumatetsu oraz Iouzan, kolejny wielkiej sławy wojownik, pod względem przymiotów osobistych, przewyższający jednak Kumatetsu o głowę. Iouzan przedstawiony zostaje jako wzór cnót wszelakich – nie tylko silny, ale również mądry, rozważny, uprzejmy, dobrze wychowany i wspaniałomyślny, do tego zaś ojciec dwóch synów. Kumatetsu to jego skrajne przeciwieństwo – wybuchowy, pozbawiony odrobiny cierpliwości, nieszanujący etykiety i niebędący w stanie zatrzymać przy sobie choćby jednego ucznia. A jak się okazuje, umiejętność wykształcenia tegoż to niezbędna cecha przyszłego władcy. Dlatego też obecny stawia warunek – jeśli Kumatetsu chce przystąpić do pojedynku o przywództwo, musi przyjąć ucznia, który pozostanie z nim na dłużej. Oczywiście w królestwie, w którym wszyscy znają Kumatetsu i jego okropny charakter, o chętnych do roli podopiecznego jest trudno. Stąd obecność Rena, samotnego chłopca, który musi przyjąć proponowane warunki, gdyż innego wyjścia nie ma.

Próby dotarcia się kosztują obu bohaterów wiele wysiłku i nerwów. Obydwaj są niezależni, niecierpliwi i niechętni kompromisom – kłótnie są na porządku dziennym, zaczynają się już w porze śniadania, następnie zaś wybuchają przy każdym wspólnie podejmowanym zajęciu. Ren postanawia jednak trwać przy Kumatetsu, licząc, że nauczy się od bestii, jak być silnym. Problem polega na tym, że nauczyciel tak naprawdę nie potrafi nauczać. Kumatetsu, sam nigdy przez nikogo nie szkolony, nie umie tłumaczyć najprostszych rzeczy. Szczęśliwie Ren jest bystrym chłopcem, który sam znajduje zaskakująco skuteczną metodę nauki – naśladownictwo. Kopiując każdy ruch mistrza, z czasem przejmuje jego techniki walki i zaczyna wzbudzać coraz większy podziw wśród pozostałych mieszkańców królestwa, początkowo jednoznacznie mu niechętnych.

Czy jednak człowiek może spędzić całe życie w świecie zamieszkałym przez bestie, z dala od innych ludzi? Czy dorastając, nie zatęskni do tego, co kiedyś porzucił? Szkoły? Przyjaciół? Rodziny? Bakemono no Ko w przeciwieństwie do wspomnianego W krainie bogów, rozciąga w czasie magiczną przygodę bohatera, ukazując, jak zmieniają się jego potrzeby wraz z dojrzewaniem. Film obejmuje kilkuletni okres dorastania Rena, przez co z jednej strony wydaje się trwać znacznie dłużej, aniżeli dwie godziny, z drugiej zaś nie sposób nie zauważyć, że pewne wydarzenia, zwłaszcza w drugiej jego połowie, są przedstawione nazbyt pospiesznie, bez szczegółów i uwagi, która im się należy. O ile w pierwszej połowie filmu poświęca się dużo czasu na charakterystykę postaci i ukazanie procesu zacieśniania się ich wzajemnych relacji, o tyle im bliżej końca, tym większego rozpędu nabiera akcja i coraz mniej miejsca pozostaje na wyjaśnienie motywów działania bohaterów. Jeśli miałabym wskazać największą wadę fabularną tej produkcji, byłby nią wątek kulminacyjny, skupiający się na pokonaniu przeciwnika, który niespodziewanie zagraża porządkowi całego świata przedstawionego. Zgodzę się, że tego typu zabieg narracyjny nie jest niczym nietypowym – w produkcji przygodowej jest wręcz spodziewany i przez widzów wyczekiwany. Niestety wiarygodne osadzenie go w treści filmu wymaga czasu, którego tutaj nieco zabrakło. Wspomniany przeciwnik pojawia się niespodziewanie – poprzedzające ten fakt wydarzenia, w pewnym stopniu zapowiadają potencjalne komplikacje, na pewno jednak nie na taką skalę, na jaką ostatecznie się to dzieje.

Pomijając ten mankament, muszę przyznać, że czerpałam ogromną przyjemność z seansu Bakemono no Ko. W dużej części była to zapewne zasługa bohaterów, którzy nie są może najbardziej skomplikowanymi postaciami, jakich losy zdarzyło mi się śledzić, ale w swoich rolach sprawdzają się znakomicie. Ren, niczym chłopiec z krwi i kości, bywa nieposłuszny, krnąbrny i zawzięty. Ale właśnie dzięki tej zawziętości wykazuje ponadprzeciętną wytrwałość w nauce i umiejętność podnoszenia się po kolejnych porażkach. Jego nietypowy opiekun to również postać daleka od ideału – w chwili zawiązania akcji nie nadaje się ani na przywódcę, ani na mistrza swojego ucznia. Do walki o tytuł władcy przystępuje tylko dlatego, że chce pokona Iouzana – jego motywacja pozbawiona jest jakichkolwiek szlachetnych pobudek. Co może zaskoczyć, to fakt, że w toku fabuły postacią, która przechodzi największą przemianę, nie jest dorastający Ren, a właśnie dojrzały już Kumatetsu. Obecność dziecka i relacja, jaką z nim nawiązuje, nie tylko pomagają mu stać się lepszym wojownikiem, ale również uczą opiekuńczości i odpowiedzialności – przymiotów właściwych prawdziwemu ojcu.

W Wilczych dzieciach Mamoru Hosoda stworzył portret matki idealnej, poświęcając całą produkcję ukazaniu nieprzebranej miary miłości macierzyńskiej. Bakemono no Ko to z kolei obraz skupiający się na różnych modelach ojcostwa. Nie bez powodu używam liczby mnogiej. Na pierwszym planie mamy oczywiście relację Rena i Kumatetsu – choć bohaterów nie łączą więzy krwi, a nawet nie są przedstawicielami tego samego gatunku – nieświadomie wchodzą w role syna i ojca. Wciąż się kłócą i mają odmienne zdanie na każdy możliwy temat, dlatego sami zapewne dalecy są od postrzegania swojej więzi w tych kategoriach – gdy jednak dochodzi do momentu próby, siła miłości Kumatetsu i przywiązania Rena nie pozostawiają wątpliwości, że mamy tutaj do czynienia z prawdziwym związkiem ojca i dziecka. Tytułowa bestia nie jest jednak jedyną realizacją roli ojca w omawianej produkcji. Ważną rolę odgrywa również Iouzan, zupełnie inny w swej postawie i metodach wychowawczych aniżeli Kumatetsu. Iouzan to ojciec idealny – nieustannie daje dobry przykład dzieciom, które postrzegają go jako najwyższy autorytet. Cechuje go mądrość, opiekuńczość, silny charakter i wrażliwe serce. Co jednak ciekawe, rozwój fabuły ukazuje nam również zagrożenia płynące z pewnych aspektów postawy Iouzana. Ojciec idealny popełnia zaledwie jeden, ale katastrofalny w skutkach błąd, który bardzo wyraźnie ukazuje nam, że nie ma czegoś takiego, jak rodzice bez skazy i wychowanie bez wad. Wreszcie pojawia się trzeci ojciec, może mniej ważny z fabularnego punktu widzenia, ale istotny w życiu Rena – ojciec biologiczny. Postać zupełnie różna, tak od Kumatetsu, jak i Iouzana. Całkowicie przeciętny, a jednak w swej roli jedyny w swoim rodzaju.

Morał, który przekazuje nam Hosoda, jest bardzo prosty, ale może dzięki temu tak niezwykle prawdziwy – ojciec, nawet jeśli nie do końca idealny, to postać niezastąpiona w życiu dziecka. Ten pozorny komunał wart jest wysłuchania i przemyślenia, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, w których rola ojca podlega coraz silniejszej dewaluacji i to nie tylko z powodu nieobecności tegoż w życiu dziecka, ale i obecności pozornej, ograniczającej się niemal wyłącznie do dzielenia tej samej przestrzeni życiowej.

Wbrew pozorom trudno porównywać ze sobą Wilcze dzieci i Bakemono no Ko, gdybym jednak miała oceniać wartość przesłania, możliwe, że palmę pierwszeństwa przyznałabym temu drugiemu tytułowi. Być może nie wzrusza on tak silnie, jak Wilcze dzieci i nie wyciska z oczu aż tak wielu łez, ale zamiast pokazywać właściwie niedościgniony dla współczesnych rodziców ideał, skupia się na tym, co dorosły człowiek, niepozbawiony wad charakteru, może zrobić, by wychować dziecko na dobrego i silnego dorosłego.

Na koniec słów kilka o stronie technicznej produkcji. Jeśli spodziewacie się fajerwerków, z radością donoszę, że się ich doczekacie. Pod tym względem Hosoda również goni Miyazakiego i Studio Ghibli, jednocześnie kreując swój własny, charakterystyczny styl. Już pierwsze sceny, rozgrywające się na zatłoczonych ulicach Shibuyi, zaostrzają apetyt na więcej. Gdy zaś akcja przenosi się do królestwa bestii, scenografia nabiera jeszcze większego rozmachu, by w finałowych scenach rozbłysnąć paletą przepięknych barw i efektów. Nie sposób nie zauważyć licznych elementów wprowadzonych do grafiki komputerowo – jeśli jednak włos Wam się jeży na myśl o tej technice, spieszę, by z niekłamaną ulgą poinformować, że w Bakemono no Ko ten zabieg animacyjny wykonany został na najwyższym obecnie możliwym poziomie. To doskonały przykład tego, że grafika komputerowa, za którą zazwyczaj obniża się ocenę walorów technicznych animacji, może stać się spójnym elementem świata przedstawionego i pozytywnie wpłynąć na jego odbiór przez widza. Kolejne słowa pochwały należą się za projekty postaci – zróżnicowane, charakterystyczne, pomysłowe. Świat bestii daje duże pole do popisu i bez wątpienia wykorzystane zostało ono przez twórców filmu.

Od oprawy graficznej nie odstaje muzyczna. Ścieżka dźwiękowa produkcji składa się z licznych i różnorodnych kompozycji, których brzmienie idealnie wkomponowuje się w poszczególne sceny. Dramaturgia, tajemniczość, dynamika, nastrojowość – paleta odcieni, którymi rozbrzmiewa świat przedstawiony, jest zaskakująco bogata i fascynująca. Zazwyczaj nie zwracam większej uwagi na ścieżki dźwiękowe, traktując je jako oczywisty dodatek do obrazu – w tym przypadku jednak przykuwała ona moją uwagę, gdyż rzadko zdarza się słyszeć taką różnorodność w doborze kompozycji towarzyszących produkcjom animowanym. Niepodzielna w tym zasługa kompozytora Masakatsu Takagiego, z którym zresztą Hosoda miał okazję pracować już przy tworzeniu Wilczych dzieci.

Główne role głosowe w Bakemono no Ko powierzono aktorom filmowym, dla których produkcja ta była pierwszą lub jedną z bardzo nielicznych przygód ze światem animacji. Choć żywię ogromną sympatię dla wielu zawodowych seiyuu i podziwiam ich talenty, sądzę, że dobrą decyzją jest ograniczanie ich udziału w filmach pełnometrażowych. Styl mówienia narzucony przez animowane serie telewizyjne jest na tyle specyficzny, że przy produkcjach z wielkiego ekranu mógłby razić. Poza tym, jak udowadniają artyści podkładający głosy w Bakemono no Ko, nie trzeba mieć ogromnego doświadczenia w aktorstwie głosowym, by stworzyć przekonujące kreacje. Wśród bardziej rozpoznawalnych dla fanów anime nazwisk w obsadzie pojawiają się Kappei Yamaguchi i Mamoru Miyano, który był w stanie stonować i ujarzmić swój charakterystyczny głos na tyle, że dopiero pod koniec filmu zorientowałam się, kogo słucham.

Jeśli spodobał Wam się którykolwiek z poprzednich filmów Mamoru Hosody lub też jesteście fanami magicznych produkcji Studia Ghibli, czym prędzej wpiszcie Bakemono no Ko na listę filmów, które musicie obejrzeć. Bezdyskusyjnie. Może nie jest to najlepsze i najmądrzejsze podsumowanie całej recenzji, liczę jednak, że jeśli samo nazwisko twórcy nie wystarczyło, by Was przekonać, to zrobiły to zawarte w powyższym tekście pochwały. Takie filmy zawsze warto chwalić. A tym bardziej warto oglądać.

Lin, 17 maja 2016

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Studio Chizu
Autor: Mamoru Hosoda
Projekt: Mamoru Hosoda, Takaaki Yamashita
Reżyser: Mamoru Hosoda
Scenariusz: Mamoru Hosoda
Muzyka: Masakatsu Takagi