Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Yatta.pl

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

7/10
postaci: 6/10 grafika: 10/10
fabuła: 6/10 muzyka: 7/10

Ocena redakcji

7/10
Głosów: 3 Zobacz jak ocenili
Średnia: 6,67

Ocena czytelników

8/10
Głosów: 3
Średnia: 8,33
σ=1,25

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Przygody małego Nemo w krainie snów

Rodzaj produkcji: film
Rok wydania: 1989
Czas trwania: 94 min
Tytuły alternatywne:
  • リトル・ニモ
  • Little Nemo: Adventures in Slumberland
zrzutka

Przepiękna wizualnie koprodukcja japońsko­‑amerykańska, która jednak nie odniosła spodziewanego sukcesu.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: moshi_moshi

Recenzja / Opis

Mały Nemo to bardzo psotny chłopiec, mieszkający z rodzicami w nieokreślonym miasteczku w Stanach Zjednoczonych. Uwielbia podkradać w nocy łakocie, a jego najlepszym przyjacielem jest latająca wiewiórka, Icarus. Tym, co odróżnia bohatera od innych dzieci, jest niczym nieskrępowana wyobraźnia, dzięki której co noc przeżywa niesamowite przygody. Sny chłopca są pełne dziwacznych zdarzeń i zawsze kończą się z przytupem. Pewnej nocy do pokoju Nemo z wielką pompą wkracza tajemniczy Profesor i oznajmia mu, że został wybrany na towarzysza zabaw córki króla krainy snów. Przekonany pudłem pysznych ciastek bohater wyrusza do innego świata, oczywiście z nieodłącznym Icarusem przy boku.

Niepozorna bajka dla dzieci, jaką są Przygody małego Nemo w krainie snów, ma całkiem długą i interesującą historię. Pierwowzorem filmu jest seria krótkich komiksów z początku zeszłego wieku autorstwa znanego amerykańskiego rysownika, Winsora McCaya. Warto wspomnieć, że publikowane w „New York Herald” paski uznaje się za pionierskie, a to dzięki eksperymentom graficznym autora, który chętnie bawił się formą i kolorem, przy okazji tworząc nową jakość. Poza tym oryginalnie nie było to dzieło skierowane przede wszystkim do najmłodszych – komiks charakteryzował się doskonałym oddaniem psychologii snu. Obfitował w wydarzenia niepokojące czy wzbudzające strach, jednocześnie idealnie pokazując, jak funkcjonuje w takiej chwili ludzka świadomość. O ile film koncentruje się na podróży Nemo do krainy snów i jego walce z Panem Koszmarów, o tyle oryginalna opowieść składała się z mnóstwa epizodów, których akcja rozgrywała się w przeróżnych miejscach. W przygodach towarzyszył chłopcu zamiast Icarusa, klaun­‑cwaniaczek Flip (w recenzowanej produkcji postać wyraźnie drugoplanowa) oraz afrykański chochlik (tutaj nieobecny).

Jak widać, twórcy mierzyli się niemal z legendą i mam wrażenie, że nie wyszli z tego starcia zwycięsko, chociaż trudno postawić temu filmowi poważniejsze zarzuty. To produkcja skierowana głównie do najmłodszych i jako taka sprawdza się znakomicie, ale starsi widzowie nie będą się już na niej bawić tak dobrze. Proszę mnie źle nie zrozumieć, pierwsza scena, czyli surrealistyczny lot Nemo na łóżku, jest cudowna i wgniata w fotel, problem polega na tym, że później napięcie nie rośnie, a spada. Oniryczne, często niepokojące opowieści wygładzono, ugrzeczniono na potrzeby młodszej widowni, przez co historia wydaje się nieco naiwna i przesłodzona. Owszem, zdarzają się przebłyski geniuszu, jak podróż powietrznym statkiem do krainy snu czy wspomniana otwierająca film sekwencja lotu, ale zbyt dużo tu dłużyzn i cukru. Przygody małego Nemo w krainie snów to bajka z morałem na końcu, jednoznaczna i niepozostawiająca żadnych wątpliwości, podczas gdy oryginalny komiks to fantastyczna przygoda w świecie rządzącym się swoimi prawami, nie zawsze łatwymi do przyjęcia. Widać tu inspirację filmami Disneya, zarówno w warstwie fabularnej, jak i graficznej, miejscami twórcy praktycznie cytują wielkiego poprzednika. Świetnym przykładem takiego działania jest postać Pana Koszmarów, do złudzenia przypominająca Czarnoboga ze słynnej disnejowskiej animacji, Fantasii. Również wnętrze jego zamku w krainie koszmarów przywodzi na myśl piekło z powyższej produkcji. Icarus to maskotka, twórczość własna scenarzystów (tak sądzę, ponieważ nie znalazłam go w żadnym z dostępnych mi komiksów), słodki dodatek, który znacznie lepiej sprawdza się jako przyjaciel, niż drobny cwaniaczek Flip. Zresztą wiewiórka to nie tylko disnejowski wtręt, który w sumie nie powinien dziwić, skoro nad animacją pracowali też ludzie z tej wytwórni, to także politycznie poprawny zamiennik. Autor komiksu chętnie operował stereotypami, które dzisiaj większość ludzi, a zwłaszcza mieszkańców Ameryki Północnej uznaje za obraźliwe. Flip to choleryczny Irlandczyk, lubiący sobie zapalić, a wspomniany wcześniej afrykański chochlik został przedstawiony jako czarnoskóry dzikus w słomkowej spódniczce, który prawie nie mówi. Gdyby twórcy trzymali się tych standardów, na odszkodowania wydaliby więcej niż wyniósł budżet całej produkcji. Dlatego też całość dostosowano do wybranej widowni – wycięto elementy kontrowersyjne, Flipa ukazano jako sprawcę nieszczęść, a nie towarzysza zabaw Nemo, dorzucono słodkie zwierzątko i proszę, masowy amerykański produkt familijny gotowy!

Wystarczy spojrzeć na projekty postaci, czy chociażby sposób rysowania zwierząt, bliższe klasyce amerykańskiej niż japońskiej. Co prawda za stronę wizualną odpowiedzialni byli twórcy japońscy, ale nie sposób nie zauważyć, że przygotowano ją przede wszystkim z myślą o amerykańskim rynku. Proszę jednak nie traktować tego jak zarzutu, ponieważ wizualnie mamy do czynienia z prawdziwym cackiem, któremu niejedna współczesna produkcja nie dorasta do pięt. O ile projekty najważniejszych postaci „odkurzono”, o tyle tła są wiernym odwzorowaniem projektów McCaya. Artysta w swoich pracach nawiązywał do secesji – chętnie korzystał z drobnych, misternych ornamentów, bawił się perspektywą i kompozycją, a także cenił dopracowany detal. Jego kraina snu ma korzenie w świecie rzeczywistym, majestatyczne białe budowle z mnóstwem wież i wieżyczek, tak zdobne i delikatne, że wyglądają jakby wykonano je z koronki, inspirowane były olbrzymimi parkami rozrywki, znajdującymi się w dzielnicy Nowego Jorku, Coney Island. Oprócz nich McCay wzorował się również na Pałacu Luksemburskim czy pawilonach wystawy światowej z 1893 roku. Co istotne, nie chodzi tylko o wygląd, ale też cyrkowo­‑rozrywkowy klimat, sprawiający, że w krainie snu trwa wieczne święto. Rzeczywistym budynkom towarzyszą marzenia senne w stylu dinozaura podtrzymującego namiot, w którym odbywają się koncerty czy całego mnóstwa latających machin, często podobnych do łodzi lub prawdziwych statków powietrznych. Oprócz tego uwagę zwracają piękne efekty luministyczne, bogate panoramy miejskie często widziane z lotu ptaka czy malarskie, baśniowe krajobrazy, ze szczególnym wskazaniem na widoki nieba i chmur. Kolorystyka jest żywa, ale nie kiczowata, naturalnie poza momentami, kiedy taka właśnie ma być. Nie mam też zastrzeżeń do animacji – bardzo płynnej i dynamicznej, pełnej nietypowych ujęć i odważnych najazdów kamery. Przygody małego Nemo w krainie snów to wizualna uczta dla oczu i nawet jeśli fabuła nie porywa, warto skusić się na seans tylko ze względu na graficzne fajerwerki.

Miłym zaskoczeniem okazały się postacie, może nie do końca złożone, ale też nie jednowymiarowe. Tytułowy Nemo nie jest chodzącym ideałem, to raczej typowy urwis, którego wszystko interesuje, ale ma dość odwagi, by przyznać się do błędów i próbować je naprawić. Równie dobre wrażenie zrobiła na mnie księżniczka Camille, czyli charakterna i bystra osóbka, która potrafi postawić na swoim i nie stroni od siłowych rozwiązań. Oprócz nich istotną rolę pełni jeszcze Flip, osobnik podejrzany, chętnie płatający figle innym, a będący skrzyżowaniem klauna z miejskim lumpem. To on zwodzi Nemo na manowce i sprowadza na krainę snu niebezpieczeństwo, ale uznanie go za czarny charakter byłoby nadinterpretacją. To ciekawa, wieloznaczna postać, nieco pochopnie zepchnięta na drugi plan, gdy tymczasem mogła być motorem wydarzeń, charyzmatycznym „przywódcą” sennej wyprawy. Antagonista jest tylko jeden, mam oczywiście na myśli Pana Koszmarów, acz podobnie jak w Fantasii jest to zło „bezimienne”, nie działające według jakiegoś planu – siejące zniszczenie zgodnie ze swoją naturą, dla przyjemności. Wynik pojedynku jest raczej oczywisty, ale finał odrobinę rozczarowuje przewidywalnością. Kraina koszmarów daje scenarzyście olbrzymie pole do popisu, tymczasem zdecydowano się na bezpośrednią, szybką konfrontację. Zabrakło choćby najmniejszych przeszkód w drodze do pałacu, tak jakby zło nie miało żadnego asa w rękawie, żadnego pomysłu na pokonanie przeciwników. Cóż, trochę to zło niewydarzone…

Kilka słów należy się również oprawie dźwiękowej, w tym przypadku specyficznej. Jako że film jest koprodukcją i miał być wyświetlany w obydwu krajach, powstały dwie ścieżki dźwiękowe – Amerykanie zatrudnili swoich aktorów, a Japończycy swoich. Dubbing w obydwu wersjach wypadł świetnie i naprawdę nie potrafię wskazać, która podobała mi się bardziej. Jedynym problemem okazały się piosenki – nie ma ich zbyt wiele, ale zdarzają się i są tylko w wersji angielskiej. Wygląda to nieco dziwnie, gdy podczas seansu najpierw bohaterowie mówią po japońsku, a potem śpiewają po angielsku, ale cóż zrobić. Muzyka nie zwaliła mnie z nóg, chociaż trudno odmówić jej wystawności – za kompozycje wykorzystane w produkcji odpowiada znany w filmowym światku duet braci Shermanów. Panowie pracowali między innymi przy Mary Poppins (z 1964 roku), Księdze dżungli oraz kilku filmach o Kubusiu Puchatku. Piosenki są przyjemne, radosne i dobrze zaśpiewane, ale to nie są hity na miarę utworów z wielkich dzieł Disneya. Ogólnie mamy do czynienia z porządną, rzemieślniczą robotą, która cieszy, ale nie zapada w pamięć.

Film bez większych przeciwwskazań można puścić dzieciom, na pewno nie będą się nudzić, gorzej z dorosłymi. Chociaż przy produkcji pracowali znani twórcy, między innymi Masami Hata, Chris Columbus czy Jaen „Mœbius” Giraud, efekt końcowy nie jest zadowalający – zachwyca grafika, ale poza nią opowieść nie wychodzi poza powszechnie znane ramy. Być może właśnie schematyczność i brak pazura sprawiły, że produkcja nie przyniosła oczekiwanych rezultatów finansowych. Zwłaszcza w Japonii dzieło poniosło klęskę, acz w chwili premiery miało solidną konkurencję w postaci Podniebnej poczty Kiki. Chyba największym problemem Przygód małego Nemo w krainie snów był długi okres przygotowań – kolejni reżyserzy i scenarzyści rezygnowali z projektu, pozostawiając niekompletne szkice i niedokończone pomysły. To niespójna wizja wielu osób, pozbawiona myśli przewodniej, przez co marnująca olbrzymi potencjał oryginału. Próba przypisania dzieła do konkretnej grupy wiekowej zaowocowała filmem mdłym i nijakim, zwłaszcza że pieczę nad produkcją sprawowali przeczuleni na punkcie pewnych rzeczy Amerykanie, gotowi wykastrować nawet arcydzieło, byle tylko komuś nie podpaść. Zdaję sobie sprawę, że potraktowałam opisywaną opowieść dość brutalnie, ale strasznie mi żal, że tak zmarnotrawiono pomysły Winsora McCaya. Gdybym miała oceniać produkcję w oderwaniu od pierwowzoru, jako typowe kino dla dzieci, ocena byłaby wyższa. Jako prosta i magiczna historia, okraszona piękną grafiką, ma szansę zachwycić młodszych widzów. Cóż, czas poświęcony na seans nie będzie stracony i dostarczy sporo rozrywki, jeśli nie skończyliście jeszcze dziesięciu lat. Jeżeli jednak macie na karku kilka wiosen więcej, potraktujcie Przygody małego Nemo w krainie snów jako wizualną ciekawostkę.

moshi_moshi, 3 grudnia 2015

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: TMS Entertainment
Autor: Winsor McCay
Projekt: Jean "Mœbius" Giraud, Yutaka Fujioka
Reżyser: Masami Hata, William Hurtz
Scenariusz: Chris Columbus, Richard Outten