Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Kyaa! - magazyn o animacji, mandze i kulturze japońskiej

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

3/10
postaci: 5/10 grafika: 3/10
fabuła: 4/10 muzyka: 4/10

Ocena redakcji

4/10
Głosów: 4 Zobacz jak ocenili
Średnia: 4,25

Ocena czytelników

6/10
Głosów: 96
Średnia: 6,27
σ=2,28

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Tassadar)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Berserk [2016]

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2016
Czas trwania: 12×24 min
Tytuły alternatywne:
  • ベルセルク [2016]
Widownia: Seinen; Rating: Nagość, Przemoc; Pierwowzór: Manga; Miejsce: Świat alternatywny; Inne: Magia
zrzutka

Legenda powraca w CGI. Doskonały przykład na to, że ludzkie marzenia potrafią się spełniać w sposób przewrotny.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Manga Berserk jest pod pewnymi względami niczym słynna barcelońska Sagrada Família. Powstaje w nieskończoność, a przewidywanego końca prac nie widać mimo wieloletnich wysiłków. Co prawda Kentarou Miura ma się lepiej niż biedny Gaudí, który opuścił ten świat, wpadłszy pod tramwaj, ale i tak pojawiają się głosy, że jego praca będzie musiała być kontynuowana przez następców, bo jednego życia na tak długą fabułę nie starczy. Jest w tym odrobina ironii przemawiającej przez fanów niemogących się doczekać dalszego ciągu, ale faktycznie kolejne rozdziały powstają w trudzie i znoju, zupełnie jakby mangaka stracił zapał i nie miał pomysłów na rozwinięcie swej historii. Nie dziwota, że dawna ikona fantasy, jaką przez lata był Berserk, pokryła się kurzem i dla nowych pokoleń fanów japońskiego komiksu nie jest już czymś kultowym. Wciąż ma oddanych fanów, ale nie sposób mieć pretensje do ludzi, dla których nieustanne wznowienia i przerwy po zaledwie paru rozdziałach były nie do zniesienia.

Chudsze lata mangi nie przeszkodziły chętnym na animowaną adaptację. Pierwszy serial z 1997 roku już za swoich czasów nie był technologicznym cudem i dlatego w roku 2012 pokuszono się o nową wersję, tym razem w postaci filmowej trylogii. W odróżnieniu od starszego krewniaka był to tytuł okraszony komputerową animacją, cieszący się przywilejami większego budżetu, jak przystało na pełnometrażową produkcję. Dostosowany do czasów, w których powstał, nie zaprzepaścił jednocześnie ducha oryginału. Ów dramat w trzech aktach przybliżał nowym widzom najlepszą cześć mangi, a jego jedyną obiektywną wadą był fakt, że te wydarzenia znane z serialu trzeba było upchnąć w niemal o połowę krótszym czasie ekranowym, co skutkowało nieuchronnymi uproszczeniami, widocznymi zwłaszcza w pierwszym filmie. Niezależnie od narzekań zatwardziałych przeciwników komputerowej animacji i wyznawców „jedynej słusznej” adaptacji film zrobił swoje. Przygotował grunt pod kontynuację fabuły i sprawił, że o Berserku powtórnie zaczęto mówić cieplej, zamiast wyłącznie w kontekście żartowania z autora poświęcającego czas na grę w Idolmastera zamiast siedzieć dniami i nocami w pracowni.

Gdy po paru latach rzeczywiście pojawiły się wieści o nowej odsłonie serialu, później potwierdzone jako kontynuacja zarówno filmów, jak i poprzedniej produkcji telewizyjnej, nikt nie był specjalnie zaskoczony. Wydawało się, że ktoś wreszcie zmężniał na tyle, by zaryzykować. Pojawiły się pierwsze oznaki euforii ze strony najbardziej oddanych i wyposzczonych fanów, które szybko uciszyło ogłoszenie ekip odpowiedzialnych za produkcję. Niemalże anonimowe studia i twórcy z minimalnym dorobkiem mieli wziąć na warsztat tytuł, wobec którego istniały olbrzymie oczekiwania. Jakby tego było mało, postawiono wzorem filmu na animację komputerową, której kilka wcześniejszych tytułów telewizyjnych, takich jak Sidonia no Kishi i Ajin, nie zrobiło najlepszej reklamy. Wydawało się, że na zabawę z CGI w anime jest jeszcze za wcześnie, a przynajmniej w tak wyczekiwanej produkcji.

Na wyklarowanie sytuacji nie trzeba było długo czekać. Już pierwsze odcinki pokazały, czym nowy Berserk jest i jak do tematu podeszli jego ambitni twórcy. Na pierwszy ogień poszła kontrowersyjna oprawa wizualna, punkt wyjścia wszystkich dyskusji o spełnionych bądź zawiedzionych oczekiwaniach fanów. Wypada w tym miejscu zaznaczyć, że jakkolwiek różne opinie pojawiają się na temat twórczości Miury, co do jednego wszyscy są zgodni. Ilość pracy, którą wkłada w każdy kadr, szczegółowość i niepowtarzalny styl, przywodzący miejscami na myśl stare drzeworyty, zasługują na szacunek. W 1997 roku dysponujący skromnymi możliwościami autorzy pierwszego serialu nawet nie próbowali dorównać mandze. Postawili na klimat, ekspresję i sugestywne ukazanie mrocznego świata, mieszającego klasyczne średniowieczne opowieści z o wiele mroczniejszymi wydarzeniami rozgrywającymi się w cieniu wojny. W efekcie grafika, choć brzydka jak noc, doskonale spełniała swoje zadanie. Lata później Studio 4°C do pracy zaprzęgło warte miliony jenów maszyny i czas wielu ekspertów, by stworzyć pękającą w szwach od detali wizję mającą nawiązywać do pieczołowitości Miury. Przepełniona szczegółami oprawa nie pozostawiała już wiele miejsca na wyobraźnię, ale mimo pewnych niedoskonałości nie przynosiła twórcom wstydu. Najnowszy serial nie mógł być gorszy i jego ojcowie bardzo chcieli to udowodnić, co przewrotnie się na nich zemściło.

Przy okazji analizowania opinii o Berserku spotkałem się z interesującym stwierdzeniem, pod którym podpisuję się rękoma i nogami, że wykorzystanie animacji komputerowej w produkcjach zachodnich i japońskich odróżnia jedno dzieło – Toy Story. Pierwszy hit studia Pixar mądrze rozpoczynał erę przejścia w CGI od zabawek, przy których realizm i szczegółowość nie są kluczowe, dając czas na zrozumienie nowej technologii i pełne opanowanie jej wykorzystania. Japończycy tymczasem wciąż myśleli o komputerach jak o narzędziach wspomagających klasyczną animację lub eksperymentowali z tworami na bazie filmów z konsolowych gier, które dziesięć lat po sukcesie Pixara przekuli w Final Fantasy VII: Advent Children. W czasie gdy Zachód pogodził się już z krzemowymi animatorami, Kraj Kwitnącej Wiśni wciąż próbował znaleźć dla nich miejsce w swoim świecie. Berserk z 2016 roku ilustruje to doskonale. Problemem nie jest wyłącznie średnia jakość wykonania komputerowego obrazu, z nią można polemizować wedle gustu. Kluczowym aspektem jest sposób jej wykorzystania do przedstawienia opowiadanej historii.

„Patrzcie, co potrafimy!” zdaje się krzyczeć każde ujęcie i każdy kadr nowego Berserka. W kąt poszły podstawowe prawidła montażu i utrwalone przez lata zasady, zupełnie jakby trójwymiarowe modele negowały doświadczenia wcześniejszych filmowców i nakazywały totalną rewolucję, bez patrzenia na konsekwencję. Kamera miota się jak szalona, wywijając kręciołki wokół bohaterów, powodując wrażenie filmowania scen z pokładu drona latającego po wirtualnym „planie zdjęciowym”. Nie tyczy się to wyłącznie scen batalistycznych i pojedynków, gdzie rozwiązanie to można by jeszcze wybaczyć, o ile używane byłoby z umiarem. Gorzej jeśli nieuzasadnione wygibasy towarzyszą nawet dialogom i nieustannie rozpraszają widza, nie pozwalając mu skupić się na oglądaniu. Jakby tego było mało, nadużywane są efektowne ujęcia pokroju postaci odbijających się w kałuży albo innym lustrze wody. Tytuł staje się reklamą możliwości autorów i poligonem doświadczalnym dla rozmaitych pomysłów. Okazjonalnie sprawdzają się one nawet zacnie (wspomniane już odbicie obrazu na wodzie rzeczywiście robi spore wrażenie, zwłaszcza podczas deszczu), ale są nadużywane. Brakuje chwili wytchnienia, w której odbiorca mógłby spokojnie kontemplować widoki. Niezależnie od wspomnianych kwestii wciąż mam też wrażenie, że na CGI było zwyczajnie za wcześnie, gdyż bez możliwości finansowych na skalę produkcji pełnometrażowej nie można sobie pozwolić na odpowiednią jakość. Niedostatki widać najdobitniej po nienaturalnych ruchach postaci, które zdają się cierpieć na zwyrodnienie stawów. Szkoda, bo na przykładzie charakterystycznego cieniowania przywodzącego na myśl styl rysunku Miury widać, że ekipa próbowała uszanować oryginał. Gdyby nie zachłyśnięto się ogromem nowych możliwości i postawiono na bardziej stonowane kadrowanie oraz montaż, efekty byłyby z pewnością lepsze.

Nadmierny entuzjazm towarzyszący procesowi powstawania anime nie przysłużył się również samemu scenariuszowi. Dwanaście odcinków obejmuje wydarzenia związane z samotną wieżą pośrodku pustkowia i inkwizytorami polującymi na heretyków oraz innych, nieprzyjemnych ich zadaniem ludzi. To jeden z ciekawszych wątków mangi, zupełnie odmienny od losów Gutsa w Drużynie Sokoła. Konflikt Czarnego Szermierza z obrońcami wiary jest interesującym zderzeniem światopoglądów, które w wersji komiksowej czytało się z zainteresowaniem. Anime nie porzuca kluczowych punktów i przekazuje najważniejsze fakty w sposób klarowny, ale jednocześnie chaotyczny. Przejścia pomiędzy poszczególnymi odcinkami, a nawet niektórymi scenami nie są płynne. Odnosi się wręcz wrażenie, jakby gubiły się istotne informacje, co po lekturze oryginału okazuje się prawdą. Sytuacja poprawia się z czasem, ale miałem nieodparte wrażenie, że równomierne rozłożenie akcji w scenariuszu i spójne powiązanie wątków autorom nie wyszło. Zupełnie jakby chcieli od razu przejść do najbardziej soczystych elementów opowieści, niezależnie od tego, czy pominięte fragmenty były istotne dla ciągłości fabuły.

Obronną ręką udało się wyjść jedynie przedstawieniem bohaterów, choć i tu nie obyło się bez zgrzytów. Elf Puck i łotrzyk Isidro jacy są, każdy widzi, odrobina elementu komicznego towarzyszyła mandze od początku i jej tolerowanie jest wyłącznie kwestią indywidualnych preferencji widza. Solidnie wypadają bohaterowie drugoplanowi, w tym prostytutki z obozu pod wieżą inkwizytorów, arogancka i nieznająca świata przywódczyni tamtejszych rycerzy i jej towarzysze, czy też sami tropiciele grzeszników, wykazujący się taką samą przesadną ekspresją i fanatyzmem, co w mandze. Przy równie zróżnicowanej obsadzie najtrudniej wybić się protagoniście. Guts głównie macha mieczem (nie oszukujmy się, na tym właśnie się zna), ale odrobinę charakteru pokazuje dopiero pod sam koniec historii, kiedy wreszcie odbiorca dowiaduje się, co mu leży na wątrobie, i jak twórcy chcieli go zobrazować. Między Czarnym Szermierzem pastwiącym się nad demonicznym baronem w pierwszym odcinku starego serialu a nietowarzyskim mrukiem pokonującym bestie w nowej odsłonie jest spora różnica na niekorzyść tego drugiego. Niebagatelne znaczenie ma obsada. Hiroaki Iwanaga to żadną miarą nie Nobutoshi Canna. Znanemu już z wersji filmowej Berserka seiyuu brakuje tej ekspresji i pasji w głosie, jaką potrafił wykrzesać jego starszy kolega po fachu. Notabene obu dosłownie miażdży Marc Diraison z angielskiej wersji i jeżeli również w nowym serialu zostanie on zaangażowany do roli Gutsa (w momencie pisania tych słów nie jest to jeszcze pewne), to bez wahania już teraz mogę zagwarantować, że wersji z dubbingiem dałbym oczko więcej i zarekomendowałbym ją zamiast oryginału.

Skoro już o porównaniach do danych czasów mowa, nie można nie wspomnieć o ścieżce dźwiękowej, w której Susumu Hirasawa i spółka nawiązują do utworów sprzed prawie dwudziestu lat, urozmaicając je odrobinę bardziej nowoczesnymi instrumentami. Poszczególne kawałki bronią się bez problemu, ale już w połączeniu z akcją na ekranie wypadają blado. Czy to przez dzikość kamery, czy niedopasowanie tempa akcji do muzyki, miałem ciągłe wrażenie, że dźwiękowcy i animatorzy nigdy się nie spotkali, a reżyser był przygłuchy. Nawet dźwięki otoczenia nie współgrają z obrazem – widzowie najczęściej wspominali miecz Gutsa wydający odgłosy pustego w środku kawałka żelastwa nawet wówczas, gdy był przez bohatera zwyczajnie kładziony na plecach. To również przykład taniego efekciarstwa, które zemściło się bezlitośnie. Nie na miejscu wydaje się również opening zespołu 9mm Parabellum Bullet, który jest chaotyczny i nijaki. Zespół potrafi zagrać z przytupem, ale do energii piosenki Wanderland z anime Real Drive tym razem mu daleko.

Berserk w komputerowym wydaniu nie zachwycił pod żadnym względem. Stało się tak nie za sprawą złych założeń, kiepskiej adaptacji materiału źródłowego, czy też rozmaitych drobnych niedoróbek. Obrana forma okazała się od początku zbyt niedoskonała, by udźwignąć jakiekolwiek anime, choćby i oparte na najprostszych założeniach i nieobarczone oczekiwaniami fanów na całym świecie. Porażka jest efektem przeskoku technologicznego, za który trzeba zapłacić frycowe. Szkoda, że trafiło akurat na tak głośny tytuł, ale być może klapa tego kalibru okaże się pozytywnym bodźcem dla całego środowiska. Oby kolejne próby były już tylko lepsze, włącznie z następnymi sezonami samego Berserka. Producenci nie dali za wygraną i postanowili kontynuować pracę nad anime mimo nie najlepszego przyjęcia. Pozostaje mieć nadzieję, że będą potrafili wyciągnąć wnioski ze swoich błędów, choć biorąc pod uwagę cykle produkcyjne, tak naprawdę dopiero trzeci sezon ma szansę na realny skok jakościowy. Na razie odradzam. Najwyraźniej trzeba poczekać jeszcze dwadzieścia lat na kolejne podejście do tematu.

Tassadar, 25 października 2016

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Gemba, Liden Films, Millepensee
Autor: Kentarou Miura
Projekt: Hisashi Abe
Reżyser: Shin Itagaki
Scenariusz: Makoto Fukami, Takashi Yamashita
Muzyka: Shirou Sagisu

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
Berserk [2016] - wrażenia z pierwszych odcinków Nieoficjalny pl