Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Zapraszamy na Discord!

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

8/10
postaci: 7/10 grafika: 9/10
fabuła: 7/10 muzyka: 9/10

Ocena redakcji

7/10
Głosów: 3 Zobacz jak ocenili
Średnia: 7,33

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 12
Średnia: 6,67
σ=1,93

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Karo)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Shoujo Kageki Revue Starlight

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2018
Czas trwania: 12×24 min
Tytuły alternatywne:
  • Revue Starlight
  • 少女☆歌劇 レヴュースタァライト
zrzutka

Jeśli to komercyjna seria o idolkach, to najlepsza, jaką widziałem.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Shoujo Kageki Revue Starlight to produkcja, od której chyba nikt niczego nie oczekiwał. Trudno bowiem o bardziej nijaką rekomendację: seria o idolkach wchodząca w skład komercyjnego projektu multimedialnego, realizowana przez studio Kinema Citrus, które szerszą popularność zdobyło zaledwie rok temu, za sprawą ekranizacji Made in Abyss. Do tego scenarzysta i reżyser ze znikomym dorobkiem oraz obsada złożona głównie z aktorek poprzedzającego anime musicalu, niedoświadczonych jako seiyuu. Wszystko zapowiadało, jeśli nie spektakularną porażkę, to w najlepszym razie reklamowego przeciętniaka z potencjałem bycia zapomnianym jeszcze przed końcem pierwszej emisji.

Prognozy dotyczące niewielkiej popularności serii spełniły się, choć w sposób chyba najbardziej przewrotny. Konstruktywnym dyskusjom, a tym samym rozgłosowi danej produkcji nie sprzyja bowiem sytuacja, kiedy większość pochlebnych opinii to albo analityczne elaboraty przywołujące tytuły sprzed dwudziestu lat, albo wypowiedzi sprowadzające się do „nie wiem, o co chodzi, ale bawię się świetnie”. Zamiast być nijaką, nastawioną na sprzedaż gadżetów częścią idolkowej franczyzy, Shoujo Kageki Revue Starlight okazało się dziełem jak na obecne standardy dziwacznym i niezrozumiałym; czerpiącym z twórczości Kunihiko Ikuhary na tyle pośrednio, aby mniej wyrobiony odbiorca poczuł się tym stylem zdezorientowany, a przy tym dość wyraźnie, aby fan reżysera mógł z miejsca posądzić Kinema Citrus o epigonizm. Widzowie oczekujący czegoś bardziej konwencjonalnego odpuścili serię po pierwszych odcinkach, natomiast ci, którym się ona podobała, często nie potrafili sprecyzować, dlaczego.

Żeby nie brzmieć jak ostatni besserwisser mangowego fandomu od razu zaznaczę, że również jestem w tej produkcji nieco zagubiony. O Shoujo Kageki Revue Starlight trudno pisać wyłącznie ogólnikami. Nie potrafię w zrozumiały sposób ująć założeń fabularnych, nie streszczając przy tym połowy odcinków, a i klasyfikacja gatunkowa sprawia mi niemałe trudności. Pod pewnymi względami faktycznie mamy tu serię o idolkach: jest zestaw prostych, ale charakterystycznych bohaterek, wśród których widz może szukać swojej ulubionej; jest motyw przyjaźni, współzawodnictwa i samodoskonalenia; są występy sceniczne z taneczną choreografią, piosenkami gotowymi do płytowego wydania oraz barwnymi strojami dobrze wyglądającymi na plakatach i breloczkach. Nie są to jednak idolki w tym najpowszechniejszym znaczeniu, czyli medialne gwiazdy muzyki popularnej. Zamiast tego śledzimy perypetie uczennic profesjonalnej szkoły artystycznej przygotowujących się do udziału w operowych musicalach i spektaklach teatralnych – „anime o artystkach” byłoby zatem lepszym określeniem. Taki opis może budzić skojarzenia z tematyką dojrzalszą i bardziej realistyczną, ale od realizmu seria jest zdecydowanie najdalej. Świat przedstawiony szybko okazuje się bowiem skrajnie udziwniony: sceniczne przesłuchania mają formę elitarnego turnieju z pojedynkami na broń białą i mówiącą żyrafą w roli arbitra, czas i przestrzeń ulegają niewytłumaczalnym zawirowaniom, co rusz padają enigmatyczne przemowy o poświęceniu czy przeznaczeniu, a wszystkiemu towarzyszy ta lekko niepokojąca, dobrze znana fanom Uteny narracja, pełna wizualnych i słownych metafor.

Po obejrzeniu pierwszego odcinka od razu pomyślałem, że będzie to jeden z utworów polegających na kontraście między obraną konwencją a poruszaną tematyką, i że forma anime o idolkach jest fasadą dla jakiejś wielopoziomowej alegorii. Ta przekombinowana klasyfikacja również się nie sprawdziła, ponieważ seria nie wykracza poza treści kojarzone z gatunkiem, z którego korzysta – mówi o dążeniu do celu, pokonywaniu słabości i cenie sukcesu. Shoujo Kageki Revue Starlight jedynie bierze te zagadnienia i nadaje im bardziej uniwersalny wydźwięk. Całe anime to w gruncie rzeczy przegląd postaw i zachowań mogących zajść w trakcie dowolnego procesu twórczego. Sukces lepiej odnosić w grupie czy w pojedynkę? Ważniejszy jest talent czy determinacja, i czy jedno nie przeszkadza drugiemu? Należy stawiać sobie określone cele czy ważniejszy jest sam proces? Co robić po twórczym spełnieniu? Co trzeba dla niego poświęcić i jak radzić sobie z porażką? Historia o grupie uczennic szkoły artystycznej to bardzo wdzięczna baza dla tego typu rozważań, jednak ostatecznie konwencja okazuje się mało istotna, a treść na tyle ogólna, że bohaterki mogłyby równie dobrze grać w koszykówkę, projektować ubrania albo pisać wiersze. Najlepsze porównanie, jakie przychodzi mi do głowy, to korzystające z podobnego schematu filmy Damiena Chazelle'a. Tam również śledzimy historie o przezwyciężaniu słabości i odnoszeniu sukcesu osadzone w gatunkach, które choć fabularnie atrakcyjne, nie są zupełnie niezbędne. Porównanie to jest tym ciekawsze, że amerykański reżyser, zupełnie jak twórcy recenzowanego anime, w przedstawianiu poszczególnych postaw nie jest obiektywny, natomiast ciepły i budujący morał Shoujo Kageki Revue Starlight mógłby być niezgorszą polemiką z ponurym finałem Whiplash czy La La Land.

Przesłanie serii rozpisane w powyższy sposób może wydawać się nieco banalne i w istocie takie właśnie jest. Choć Shoujo Kageki Revue Starlight wymyka się klasyfikacjom gatunkowym, zwodzi nietypową narracją i wymaga pewnej dozy interpretacyjnego zacięcia, to ostatecznie okazuje się przystępne i odprężające. Osobiście nie cierpię takich anime, ponieważ niezmiennie zbyt wiele sobie po nich obiecuję. W ostatnich latach zawiodłem się już np. na Flip Flappers czy Darling in the Franxx, które skusiły mnie nawiązaniami do psychologii i socjologii, a faktycznie były co najwyżej niezłymi seriami rozrywkowymi. I tu dochodzimy do największej zalety recenzowanej produkcji: mimo intrygującej otoczki, udaje się jej nie budzić nadmiernych oczekiwań. Oczywiście, kiedy wyrobiony odbiorca zobaczy w pierwszym odcinku scenę transformacji wyjętą żywcem z Adolescence Mokushiroku, odruchowo zacznie doszukiwać się drugiego dna. Poprzez skupienie się na odpowiednich aspektach anime szybko daje jednak do zrozumienia, że nie o to w nim chodzi – że przesłanie to właściwie efekt uboczny historii, której celem jest nie intelektualna stymulacja, a po prostu nieco bardziej wymagająca rozrywka. Zamiast rozwijać wizualne metafory, twórcy wolą budować relacje między bohaterkami; zamiast nawiązywać do feminizmu i psychoanalizy – zaskakiwać zwrotami akcji.

Trzeba przy tym zaznaczyć, że sam scenariusz nie jest zbyt oryginalny i w gruncie rzeczy stanowi zlepek efektownych, popularnych motywów w rodzaju tajemnic z przeszłości, zaników pamięci czy pętli czasowych. Główną siłą serii jest jednak jego sprawna realizacja i nie chodzi o żadne wymyślne zabiegi, ale o zupełne podstawy. Zachowanie właściwej proporcji między liczbą postaci a czasem ekranowym; wyraźne, ale nienachalne sugerowanie późniejszych intryg; przeplatanie i cykliczne dopowiadanie poszczególnych wątków; udzielanie satysfakcjonujących odpowiedzi przy jednoczesnym zostawianiu pola do interpretacji – wszystkie te elementy podawane są tak swobodnie, że człowiek zaczyna się zastanawiać, kiedy obniżył standardy aż tak bardzo, że przestał tego wymagać od absolutnie każdej produkcji. Warsztatowa poprawność, bezpretensjonalność i atrakcyjna forma czynią z Shoujo Kageki Revue Starlight dzieło niezwykle odświeżające, nawet jeśli pod pewnymi względami odtwórcze.

Nieco obszerniej wypada rozwinąć wspomnianą kwestię nawiązań do twórczości Kunihiko Ikuhary, w szczególności do Uteny. Inspiracje są rzeczywiście aż nazbyt wyraźne, nie tylko w metodzie wykorzystania rekwizytów czy kompozycji kadrów, ale nawet w „rytmie” odcinków ze spokojnym wstępem, sceną transformacji jako swoistym refrenem oraz kulminacją w postaci pojedynku. Tomohiro Furukawa okazał się jednak kompetentnym twórcą, potrafiącym wykorzystać dane wzorce w sposób wykraczający poza bierne naśladownictwo. Ikuhara był ewidentnie głównym, ale nie jedynym źródłem inspiracji – kilka odcinków wzbogacono dynamicznym montażem przywodzącym na myśl styl Akiyukiego Shinbou, a „praca kamery” podczas starć nieraz kojarzy się z dziełami Tetsurou Arakiego. Faktycznie autorskim wkładem reżysera jest natomiast to, że wyraźnie był on świadom lekkości scenariusza i na jego potrzeby zdołał ten styl odpowiednio uprzystępnić. Mimo ogromu symboli i metafor nie czuć tu tej charakterystycznej, onirycznej obcości. Świat przedstawiony, choć dziwaczny, jest zaskakująco bezpośredni – rzadko kiedy aktywnie dystansuje widza, dzięki czemu całość da radę traktować dosłownie, jako po prostu nieco bardziej odjechaną fantastykę, a nie odczytywać wyłącznie alegorycznie.

Naturalnie sprawia to, że pod względem ilości implikowanych treści Shoujo Kageki Revue Starlight wypada przy Utenie wręcz prymitywnie, ale znalazłby się przynajmniej jeden element, który moim zdaniem Tomohiro Furukawa zrealizował lepiej. W twórczości Ikuhary zawsze przeszkadza mi sposób, w jaki tworzy on bohaterów – wykorzystuje ich jako nośniki złożonych, niezbędnych dla fabuły znaczeń zaniedbując przy tym cechy typowo ludzkie, dzięki którym można by ich po prostu polubić. Tu natomiast każda postać reprezentuje określoną, wymaganą dla scenariusza postawę, nie wydając się przy tym odrealniona. Bohaterki są wiarygodne i dynamiczne, grają z oczekiwaniami, a nawet bywają trudne do jednoznacznej oceny. I absolutnie każda jest przesympatyczna. Nie znajdziemy tu wprawdzie charakterów nad wyraz rozbudowanych, ale jestem pewien, że gdyby wyciąć je z tej dziwacznej konwencji i wrzucić do standardowej serii o uroczych dziewczętach, to nie tylko świetnie by się tam sprawdziły, ale wręcz ustanowiłyby nową jakość.

Jeśli chodzi o bardziej techniczne aspekty reżyserii, to główną atrakcją są oczywiście pojedynki. Obficie czerpią one z formy musicalu, wzbogacając ją o niemal surrealistyczne zabiegi, jakie zapewnić może wyłącznie animacja. Urzekają wymyślną choreografią, dynamicznym oświetleniem i ruchomą scenografią, ale co najważniejsze, poprzez wykorzystane rekwizyty czy nawet układ sceny zawsze wizualnie przekazują jakąś treść, dopowiadając aktualnie rozgrywany wątek bądź oddając charakter danej bohaterki. Ponadto są one bardzo różnorodne pod względem atmosfery oraz obranej konwencji. Zdarzają się zarówno występy przypominające inscenizacje mrocznych baśni, jak i kolorowe kabarety, dzięki czemu segmenty te nie popadają w monotonię, mimo tego, że widz spodziewa się ich w każdym odcinku. Absolutnie kluczowa jest w nich również fenomenalna warstwa wokalna – już kilka pierwszych piosenek w pełni uzasadnia decyzję o obsadzeniu musicalowych aktorek zamiast rozpoznawalnych seiyuu. Niech jednak nie zrażają się widzowie nielubiący musicali, przewijający piosenki w filmach Disneya. Muzyka nie stanowi wyłącznie tła i często przynależy do świata przedstawionego, ale nie ma tu fragmentów, kiedy właściwa akcja staje w miejscu, a postaci jedynie tańczą i śpiewają. Partiom wokalnym zawsze towarzyszy jakaś aktywność – bohaterki śpiewając, wymieniają ciosy, w rytm muzyki lawirują między elementami scenografii, a podczas instrumentalnych wstawek prowadzą zwykłe dialogi. Całość tworzy jedyne w swoim rodzaju widowisko, jakiego nie sposób byłoby uzyskać w żadnym innym medium.

Zdecydowanie najmilszym zaskoczeniem było dla mnie jednak to, że spokojniejsze fragmenty poprzedzające pojedynki okazały się nie być wyłącznie animacyjnie oszczędnym wstępem do głównej atrakcji i również zostały odpowiednio dopracowane. Cieszy więc nasycona kolorystyka, dialogi nieograniczające się do animacji ust, czy bohaterki zróżnicowane pod względem garderoby, mimiki i gestykulacji. Co więcej, nawet obyczajowe scenki służące głównie słownej ekspozycji, co rusz przemycają wizualne zabiegi wzbogacające opowieść. Gdzieś w połowie serii złapałem się na tym, że mniej efektowne i pozornie mniej istotne segmenty oglądam z większym zainteresowaniem. Artystycznie rozbuchane partie musicalowe na pewnym etapie nieco mi spowszedniały, ponieważ z grubsza wiedziałem już, czego mogę od nich oczekiwać. Spokojniejsze fragmenty natomiast do samego końca zaskakiwały nietypową grą światła, ciekawą kompozycją kadru czy jakimś pozornie nic nieznaczącym gestem danej bohaterki, który później okazywał się istotny dla jej wątku. Ogromnie podoba mi się też umiar twórców w stosowaniu wszystkich tych rewelacji. Wizualnych zabiegów jest tu na tyle dużo, żeby miłośnik animacji czy reżyserii mógł się nad nimi rozpływać, a jednocześnie dozowane są na tyle oszczędnie, aby osoba preferująca skupianie się na scenariuszu nie czuła się przytłoczona.

Tyle superlatyw, pora trochę ponarzekać. Przede wszystkim seria zupełnie nie radzi sobie z zachowaniem równowagi między „przedstawianiem” a „opowiadaniem”. Nagminnie występują sytuacje, kiedy dana wizualna metafora jest później łopatologicznie objaśniana w dialogach, tak jakby twórcy nie mieli wiary albo w wymowność reżyserii, albo w domyślność odbiorcy. Kiepsko wypada też operowanie suspensem i rozłożenie w czasie kulminacji poszczególnych wątków, przez co całość dzieli się na epizody wyraźnie lepsze i gorsze (a konkretnie odcinki 7­‑9 są tak fenomenalne, że cała reszta może się przy nich wydać rozczarowująca). Ponadto przystępna, niewykraczająca poza fabułę treść sprawia, że nie jest to dzieło wielokrotnego użytku. Drugi raz można podejść do serii celem wyłapania pojedynczych detali; za trzecim razem jest już zupełnie nieoglądalna. Obcinanie punktów z końcowej oceny za tak skrajnie subiektywną kwestię byłoby absurdem, zatem piszę to wyłącznie w celu informacyjnym – Shoujo Kageki Revue Starlight, mimo nietypowej formy, jest utworem bardziej do biernego oglądania, niż do aktywnego interpretowania.

Gdybym jednak miał się nie rozdrabniać i ująć powyższe kwestie w formie jednego zarzutu, to powiedziałbym, że scenariusz nie dorównuje narracji. Powiedzmy sobie szczerze – fabuł idealnych pod każdym względem nie ma i nawet w najbardziej dopracowanej przy odpowiedniej dozie czepliwości można doszukać się jakichś przeoczeń. Opowiedziana tu historia jest ekscytująca i ciekawa, ale zastosowana narracja – niejako wymuszająca ciągłe skupienie i wyostrzająca percepcję odbiorcy, sprawia, że drobne uchybienia, które w konwencjonalnej serii byłyby niewidoczne, stają się wielokrotnie ostrzejsze. Wszystkie ujęcia, dialogi i elementy scenerii wydają się istotne, zatem każda najmniejsza niespójność jawi się jako rażące niedopowiedzenie, a każda scena niewypełniona treścią – jako niekończąca się dłużyzna. Owszem, brzmi to jak doszukiwanie się wad na siłę, jednak z racji wysublimowanej formy takie czepialstwo wydaje się w pełni uzasadnione. Mimo najlepszych starań i ewidentnej świadomości warsztatu, ambicje twórców chyba odrobinę przerosły ich umiejętności.

Naturalnym następstwem problemów ze streszczeniem założeń fabularnych oraz klasyfikacją gatunkową była dla mnie trudność obrania kryteriów oceny. Początkowo planowałem trzymać się powyższych wywodów i potraktować tę produkcję jak anime rozrywkowe, ale później stwierdziłem, że w tej kategorii miałaby zbyt łatwo. Pod względem autorskiego zaangażowania Shoujo Kageki Revue Starlight wciąga nosem większość współczesnych „innych światów”, szkolnych komedii czy bezpłciowych adaptacji reklamowych, a nawet w porównaniu do tytułów, które uważam za wartościowe, takich jak Boku no Hero Academia czy Shingeki no Kyojin, seria dała mi tyle interpretacyjnej frajdy, że mimo scenariuszowych potknięć byłbym skłonny wystawić najwyższą notę. Ostatecznie postanowiłem więc podnieść jej poprzeczkę i choć wciąż uważam ją za bardzo przystępną, to jednak na tyle angażującą i odważną, że zasługującą na zestawienie z produkcjami ambitniejszymi, do jakich zaliczam np. Texhnolyze, Wolf's Rain czy parokrotnie wspomnianą Utenę. Oczywiście w takim towarzystwie ta kolorowa produkcja o idolkach wygląda wręcz komicznie, jednak niech fakt, że w moim odczuciu porównanie to wytrzymuje, najlepiej świadczy o mojej pozytywnej opinii na jej temat.

Komu polecam? Każdemu, kto lubi próbować nowych rzeczy, a przy tym ma wystarczająco dużo czasu i chęci, aby w seans odpowiednio się zaangażować. Mimo czytelnego przesłania i niewątpliwych walorów rozrywkowych, jest to anime wymagające odrobiny uwagi – średnio nadające się do oglądania w drodze do pracy czy szkoły, lub podczas posiadówki ze znajomymi. Wysiłek ten jest jednak niewspółmierny do uzyskanej satysfakcji. Za odrobinę cierpliwości i skupienia dostajemy zamkniętą, nietypowo opowiedzianą historię z zestawem uroczych bohaterek, zniewalającą oprawą audiowizualną i kto wie, może też jakimś głębszym przesłaniem, które ja przeoczyłem. Nawet jeśli komuś seria nie przypadnie do gustu, to i tak spędzony z nią czas trudno będzie uznać za zupełnie stracony. Wydaje mi się bowiem, że to jedna z tych produkcji, o których zwyczajnie warto wyrobić sobie własne zdanie.

Karo, 10 listopada 2018

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Kinema Citrus
Autor: Bushiroad
Projekt: Hiroyuki Saita, Shiori Tani, Takeshi Takakura
Reżyser: Tomohiro Furukawa
Scenariusz: Tatsuto Higuchi
Muzyka: Tatsuya Katou, Yoshiaki Fujisawa

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
Shoujo Kageki Revue Starlight - wrażenia z pierwszych odcinków Nieoficjalny pl