Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Kyuu.pl

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

7/10
postaci: 8/10 grafika: 8/10
fabuła: 6/10 muzyka: 8/10

Ocena redakcji

7/10
Głosów: 7 Zobacz jak ocenili
Średnia: 7,00

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 33
Średnia: 6,79
σ=1,53

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (wa-totem)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Ayakashi Ayashi: Dziwna opowieść ery Tenpo

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2006
Czas trwania: 25×24 min
Tytuły alternatywne:
  • Ghost Slayers Ayashi
  • Tenpou Ibun Ayakashi Ayashi
  • 天保異聞 妖奇士
Tytuły powiązane:
Gatunki: Przygodowe
zrzutka

Łowcy duchów w dziewiętnastowiecznej Japonii? Udana i barwna seria przygodowa z demonami w tle.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl

Recenzja / Opis

Dziewiętnastowieczna Japonia miłośnikom anime kojarzy się przede wszystkim z erą Meiji. Ta seria jednak, jak sam jej tytuł wskazuje, osadzona jest we wcześniejszym okresie – u schyłku ery Tenpou (Tempo), kilkanaście lat przed wojną domową, której kres położyła restauracja Meiji. Reformy ekonomiczne i militarne, przeprowadzane przez Mizuno Tadakuniego, doradcę Ieyoshiego Tokugawy, 12. szoguna rodu Tokugawa, są rozpaczliwą (i jak czas pokazał, nieskuteczną) próbą ratowania gospodarki i powstrzymania pogłębiającego się ubóstwa kraju. Są też oczywiście okazją do przepchnięcia interesów politycznych, takich jak pozbycie się niewygodnych przeciwników. Fala aresztowań dotyka przede wszystkich tych, którzy studiowali obecnie zakazane „europejskie nauki”. Tylko nielicznym udaje się uniknąć prześladowań. Jednym z nich jest Houzaburo Ogasawara, który zostaje mianowany szefem jednostki o enigmatycznej nazwie Bansha Aratamesho. Do wszystkich plag trapiących Japonię należy bowiem doliczyć youi – nadprzyrodzone byty, zwykle neutralne, czasem jednak atakujące ludzi. To właśnie ich eksterminacją zajmują się członkowie Bansha Aratamesho, zwani ayashi.

My śledzimy losy niejakiego Ryuudou Yukiatsu. Jest to bohater jak na anime bardzo nietypowy – dobiega bowiem czterdziestki. Pochodzący ze szlachetnej samurajskiej rodziny, jako dziecko przeżył niezwykłe „porwanie” – trafił do innego świata, z którego, wedle wierzeń, przychodzą youi. Jedna chwila tam okazała się rokiem w naszym świecie – i na zawsze zmieniła jego życie. Yukiatsu, pragnący powrotu do tamtego cudownego miejsca, a jednocześnie przekonany, że nie powinien tam wracać, w zasadzie zmarnował swoje życie – uciekł z domu i przez dwadzieścia pięć lat pędził żywot włóczęgi, przebywając na marginesie społeczeństwa. Z innego świata wyniósł jednak coś jeszcze oprócz dręczących go wspomnień – ayagami, umiejętność odczytywania prawdziwych imion przedmiotów i ludzi oraz odkrywania znaczeń ukrytych w tworzących je symbolach. Ta właśnie zdolność sprawia, że zostaje zaangażowany jako piąty członek Bansha Aratamesho i szybko okaże się naprawdę niezastąpiony…

Od początku widz zostaje przysypany lawiną faktów historycznych, dat, nazwisk i skomplikowanych powiązań politycznych, decydujących o aktualnym układzie sił. Osoby interesujące się historią Japonii znajdą tu dodatkowe smaczki – pozostałych widzów chciałam zapewnić, że mogą bez większej szkody puścić to wszystko mimo uszu i skoncentrować się na fabule. Jej właściwą treścią bowiem są starcia z kolejnymi youi – oczywiście poprzedzone zwykle dłuższym dochodzeniem, pozwalającym na zrozumienie natury danego monstrum. Nie są to jednak monotonne przypadki typu „potwór tygodnia” – każda sprawa jest inna, a większość z nich trwa dłużej niż jeden odcinek. Nigdy też samo śledztwo nie jest jedynym wątkiem – wątki poboczne istnieją przez cały czas, czasem kontynuując zdarzenia z wcześniejszych odcinków, czasem kładąc podstawy pod późniejsze – a czasem wreszcie po prostu stanowiąc barwne epizody. Tempo przez cały czas jest bardzo dobre – nie nudzi, ale przy tym nie grozi pogubieniem w natłoku chaotycznych wydarzeń. Ogromnym plusem jest także humor. Nie ma tu trapiących anime „elementów komediowych” – zamiast tego dostajemy rzecz niezwykle rzadką: sprawnie napisane dialogi, których zgrabne puenty potrafią dodawać bardzo naturalnego komizmu niektórym sytuacjom.

Seria – jak wiele nowych produkcji – bawi się świadomymi nawiązaniami i pastiszem. Nie sposób nie zauważyć wykorzystanego tu schematu znanego z wielu produkcji amerykańskich, „dobrych glin w złym mieście”. Zespół ayashi oprócz potworów musi także radzić sobie z intrygami tych, którzy w ich kompromitacji szukają okazji do skompromitowania ich mocodawców… Bywają także chwile, w których trzeba wybierać pomiędzy ratowaniem prostych ludzi przed youi a rozkazami wspomnianych wyżej mocodawców, którym zamęt jest akurat na rękę. Znajdziemy też niecodzienne chwyty narracyjne – szczególnie w początkowych odcinkach postaci opowiadają o różnych wydarzeniach bezpośrednio „do kamery”, jak prezenterzy w programie historycznym, nierzadko wybiegając przy tym w przyszłość. Dla mnie zaletą było także bardzo umiarkowane pokazywanie scen brutalnych. Owszem, padają tu trupy nie tylko youi, jednak twórcy nie delektują się w żadnym momencie sikającą krwią ani malowniczo rozwłóczonymi wnętrznościami.

Dużo dobrego można także napisać o bohaterach. W skład Bansha Aratamesho (z wyjątkiem młodziutkiej Saizou) wchodzą osoby już dorosłe – które jednak przez to nie przestają być barwne i interesujące. Każde z nich – pochodzący z koczowniczego górskiego plemienia Abi, kapłan zapomnianej świątyni Edo Genbatsu, ubierająca się na co dzień po męsku tancerka Saizou, czy wreszcie nasz Ryuudou Yukiatsu – ma własne talenty pozwalające na skuteczną walkę z youi, a przy tym jakoś uzupełniające zdolności innych. Nie oglądamy ich zresztą tylko na polu walki – twórcy zadbali o „obrazki rodzajowe z życia codziennego”, które (jeśli nienadużywane) znakomicie i tanim kosztem uprawdopodabniają postaci i jednają im sympatię widzów. Miło też zauważyć, że całą drużynę łączą naturalnie przyjacielskie stosunki – tyczy się to także Ogasawary, który – choć formalnie jest ich zwierzchnikiem – musi niestety poważnie liczyć się z ich zdaniem.

Pod względem oprawy technicznej jest to seria stojąca na wysokim poziomie, nawet jak na współczesne produkcje. Muzyka dla mnie raczej nie nadawałaby się do słuchania oddzielnie – to za „mocne” brzmienia, ale jako podkład scen akcji sprawdzała się znakomicie. Bardzo udane i nieprzesłodzone są też projekty postaci, wyraźnie zróżnicowanych i o ładnie dopracowanej mimice. Na uwagę zasługuje świetnie dobrana kolorystyka – wyszarzałe i zgaszone barwy w zakurzonych dzielnicach biedoty, pełne światła krajobrazy prowincji, pstrokate kolory dzielnicy czerwonych latarni, czy wreszcie przepych „innego świata”. Wygląd youi obficie czerpie z japońskiej demonologii, trudno więc mówić o oryginalności – jednak tu akurat trudno też z jej braku czynić zarzut. Sceny akcji są dynamiczne, a same walki – przeważnie pomysłowo rozgrywane, z ciekawą choreografią. Krytyków komputera w każdej postaci muszę uprzedzić, że – jak łatwo zgadnąć – renderowania znajdziemy tu bardzo dużo. Wszystkie jednak obiekty są ładnie wpasowane w tradycyjną animację i naprawdę nie rażą. Żeby jednak nie było za pięknie, muszę wspomnieć, że – szczególnie w środkowych odcinkach – widać trochę przykładów roboty na „odwal się”, a w niektórych ujęciach twarze postaci deformują się w sposób niezamierzony, a paskudny.

Jeśli jednak wszystko jest takie dobre, to dlaczego jest tak źle i ocena całości wynosi tylko 7? Po pierwsze dlatego, że fabuła daleka jest od doskonałości, co odbiło się na jej ocenie. Proszę nie zrozumieć mnie źle: podtrzymuję to, co napisałam o niej wcześniej. Ogląda się bardzo dobrze… Pod warunkiem, że nie próbujemy analizować poszczególnych wydarzeń. To nie są ewidentne dziury, łatwo jednak można wytropić nielogiczności, tak w przedstawieniu świata, charakterystyce youi, jak wreszcie w skomplikowanych intrygach politycznych. Mnie najbardziej drażniło to, że wszyscy bohaterowie dysponowali chyba dobrze ukrytymi telefonami komórkowymi i kieszonkowymi teleportami: niezależnie od odległości i obszaru odszukiwali na czas potrzebne miejsce i odnajdowali się w dowolnych okolicznościach. Poza tym rozmaite skomplikowane plany (szczególnie w finale) działają po prostu za dobrze – bohaterowie nie mają szans przewidzieć, że właśnie tak się potoczą wydarzenia (chyba, że czytali wcześniej scenariusz). Jest jeszcze jedna sprawa. Z przyczyn w zasadzie trudnych do sprecyzowania seria po prostu mnie nie wciągnęła. Owszem, oglądałam ją z przyjemnością, ale oderwanie się i odłożenie następnego odcinka na następny dzień nie stanowiło żadnego problemu. Złożyłabym to na karb subiektywnych odczuć, ale ponieważ dwie znajome osoby zeznały to samo, uznałam, że warto o tym napomknąć.

Tenpou Ibun Ayakashi Ayashi to bardzo dobra propozycja rozrywkowa: nie powinna nadmiernie przygnębić, zapewnić głębokiej traumy ani przerazić. Powinna za to dostarczyć chwili potrzebnego relaksu i odprężenia. Co więcej, jest to pozycja, którą można spokojnie polecić widzom początkującym, a także jedna z tych, którymi można spróbować przekonać do anime osoby, które do tej pory nie miały z nim styczności. Ma większość zalet gatunku, a pozbawiona jest jego poważniejszych wad, a także elementów, które nieprzygotowanego widza mogą dziwić albo zniesmaczyć.

Avellana, 29 kwietnia 2007

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: BONES
Autor: Shou Aikawa
Projekt: Atsushi Yamagata, Takuhito Kusanagi, Toshihiro Kawamoto
Reżyser: Hiroshi Nishikiori
Scenariusz: Shou Aikawa
Muzyka: Kou Ootani