Anime
Oceny
Ocena recenzenta
6/10| postaci: 5/10 | grafika: 5/10 |
| fabuła: 7/10 | muzyka: 7/10 |
Ocena redakcji
brakOcena czytelników
Kadry
Top 10
Hidarikiki no Eren
- Eren the Southpaw
- 左ききのエレン
Jak sięgnąć gwiazd, gdy utknęliśmy w przyziemnej matni? Bardzo ambitny i oryginalny projekt, który jednak trudno mi nazwać „pominiętym arcydziełem”.
Recenzja / Opis
Chociaż pierwszy odcinek serialu bawi się licznymi retrospekcjami, wolę streścić główne wątki w miarę chronologicznie. W pewnym japońskim liceum poznajemy dwie osoby mocno zaangażowane w świat sztuki. Kouichi Asakura to dobrze wychowany młodzieniec, który marzy o dostaniu się do Akademii Sztuk Pięknych, by później realizować się jako powszechnie szanowany artysta. Jego wewnętrzny spokój burzy Eren Yamagishi, zwana „leworęczną” (tytuł anime należałoby przetłumaczyć jako „Leworęczna Eren”). Ona z kolei lekceważy przyjęte normy i szuka artystycznych rozwiązań nie tyle w mieszczańskim etosie z Kraju Kwitnącej Wiśni, ile w odważnych próbach wyrażenia siebie poprzez sztukę. Każde z nich postrzega drugą stronę z mieszanymi uczuciami – Kouichi podziwia talent i bezkompromisowość dziewczyny, lecz nie rozumie jej próby wyłamania się z przyjętych powszechnie reguł. Eren nie szczędzi chłopakowi przytyków na temat jego zachowawczości, jednak z perspektywy widza traktuje go na swój sposób z szacunkiem.
Jeżeli ktoś po tym opisie spodziewa się szkolnego romansu, to zapewniam, że tym razem bawimy się w zdecydowanie inną grę. Drogi Eren i Kouichiego dość szybko się rozchodzą, lecz koleżanka ze szkoły wywiera pewien wpływ na młodego Japończyka. Co więcej, wieści o jej dalszej karierze będą dla niego inspiracją, gdy po studiach rozpocznie pracę w agencji reklamowej.
Hidarikiki no Eren to projekt o dość długiej historii. W 2016 roku zadebiutował jako komiks internetowy i zrobił na tyle dobre wrażenie, że już rok później stworzono remake publikowany w „Shounen Jumpie” (co, zważywszy na tematykę, mocno mnie dziwi). W 2019 roku powstał serial fabularny, a trzy lata później ogłoszono rozpoczęcie prac nad serialem animowanym, który doczekał się premiery dopiero w roku 2026. Nie znalazłem informacji na temat przyczyn tak dużego opóźnienia, być może przyczyniła się do tego pandemia. Jednak z perspektywy producentów długi czas oczekiwania chyba nie przyniósł oczekiwanych rezultatów. Nie przypominam sobie, by w sezonie swojej premiery to anime zrobiło wrażenie na internetowej społeczności, zaś na MAL‑u zajęło dopiero 55 miejsce wśród serii z wiosny 2026 (stan na sierpień 2026 r.). Mimo wszystko nie uważam, by była to seria aż tak zła i chciałbym jej oddać sprawiedliwość. Z tym że skoro przyjąłem niejako rolę „adwokata diabła”, to cały tekst bardziej przypomina esej niż typową recenzję i lojalnie uprzedzam, że pojawią się drobne spojlery.
Tym, co sprawia, że ostatecznie wystawiłem temu anime pozytywną ocenę, jest sposób ukazania japońskiej rzeczywistości i typowej dla tego społeczeństwa pułapki zawodowej. Kiedy Kouichi zostaje przyjęty do renomowanej korporacji, jego wielkie marzenie, by stać się artystą w prestiżowej firmie teoretycznie się spełniło. Teoretycznie. Niestety, wbrew powszechnie propagowanej w japońskiej animacji i innych nośnikach kultury opinii, „ukończenie dobrych studiów i znalezienie porządnej pracy” wcale nie jest baśniowym zakończeniem. Przeciwnie – bohater coraz mocniej i mocniej doświadcza typowej korporacyjnej codzienności i to w kraju, w którym prawa pracownicze to bardziej sugestia niż istotna reguła. Początkowo zaskoczony Kouichi powoli dostosowuje się do swoich kolegów i koleżanek, zaś artystyczne ideały muszą ustąpić miejsca terminom i kolejnym nadgodzinom. W zamian za oddanie wszystkiego pracy otrzymuje jedynie status członka „korporacyjnej rodziny”, bowiem w domu nie czeka na niego małżonka z dziećmi, znajomych ma tylko w biurze, a o hobby i wakacje nawet nie pytajcie. Pod pewnymi względami serial kojarzy mi się z Oshi no Ko, gdzie barwną i kolorową branżę rozrywkową sprowadzono do tabelek w Excelu i zaprojektowanych z lodowatą precyzją kampanii marketingowych. Jednak Hidarikiki no Eren wydaje się jeszcze bardziej przygnębiające. Nawet jeśli opowieść o idolkach wodzi tę pozornie radosną grupę piosenkarek w bardziej przyziemne rejony, to wciąż pozostaje serialem w klimatach thrillera. Zatem może nie jest tak wesoło, ale przynajmniej pozostajemy w uniwersum pełnym zdarzeń. Historia Kouichiego nie zawiera nawet tego pierwiastka – pracownika korpo prześladuje nie tylko małostkowy szef, praca do upadłego i wyniszczające poczucie pustki. On nawet nie ma perspektyw i nadziei, że cokolwiek się zmieni. Na mieszkanie nie odłoży, rodziny nie jest w stanie założyć (no bo kiedy?), zaś poszukiwanie nowego zatrudnienia to trudne zadanie w Japonii. Zresztą, kto powiedział, że w innym miejscu nie będzie gorzej? Przyznam, że jest to pierwsze anime od wielu lat, po którym miałem koszmary.
To prowadzi nas do kolejnego podpunktu, który stanowi w moim odczuciu ogromną zaletę serii, ale dla wielu może być dyskwalifikującą wadą. Mianowicie – Hidarikiki no Eren jest nudne. Nie ukrywam, że tak jak seans był dla mnie szokujący i niekomfortowy, tak jednocześnie z ulgą witałem napisy końcowe. Nie tylko z powodu realistycznej grozy japońskiej obyczajowości, ale też monotematycznej fabuły i nieciekawych bohaterów. Chyba nie muszę tłumaczyć, dlaczego uważam to za istotne niedociągnięcie z punktu widzenia wielu odbiorców. Natomiast dlaczego moim zdaniem dobrze to świadczy o tym serialu? Cóż, w historii kinematografii istnieją dzieła, gdzie nuda to niekoniecznie efekt nieudolności ekipy. Są takie, które celowo kreują szaroburą, mdłą rzeczywistość. Wyśmienicie to rozumiał Michelangelo Antonioni, tworząc film o jakże ironicznym tytule Przygoda. Z tym że Hidarikiki no Eren to nie pejzaż zblazowanej elity (jak we wspomnianym filmie), ale świat wszechobecnej machiny korporacyjnej, która powoli i konsekwentnie odbiera swoim pracownikom wszystko, co wystaje poza przyjęte reguły. Rozmowy są trywialne, bohaterowie są banalni, problemy są równie nieciekawe… Z drugiej strony, gdzie ci ludzie mieliby czas na zrobienie czegokolwiek odkrywczego lub wzbogacającego ich wnętrze?
Ktoś może podsunąć całkiem sensowny komentarz, że ukazywanie codzienności jako bezsensownego wysiłku to przecież żadna nowość w świecie sztuki. To prawda, jednak uważam, że w anime tego typu narracja zdarza się zdecydowanie rzadziej. Wśród japońskich animacji ostatnio częściej dostajemy serie pokazujące wielkie przedsiębiorstwo jako wspaniałe miejsce, w którym można znaleźć przyjaciół, realizację pasji, a nawet drugą połówkę. Jeżeli już jest źle, to w seriach bardziej sensacyjnych, niczym w kinie amerykańskim lat dziewięćdziesiątych. Tymczasem korporacja w Hidarikiki no Eren wyciska i przemienia bohaterów po cichu, krok po kroku, rok za rokiem. Konsekwentnie i nudno. Świetnie to zademonstrowano na przykładzie kolegów z działu, którzy już swoje mają za sobą i nawet nie wyobrażają sobie innej rzeczywistości. Zaś najbliżej szczęścia są ci, którym już niewiele zostało do emerytury.
Sytuacji nie poprawia środowisko Kouichiego. Poznajemy przede wszystkim kolejne trybiki korporacyjnej socjety, ale też kilkoro artystów powiązanych ze światem reklamy, choćby fotografów i modelki. À propos tych ostatnich, bardzo ciekawą dynamikę wprowadza Akari Kishi, gwiazda branży modowej, która zostaje kochanką Kouichiego. Jednak trudno mi nazwać tę serię romansem, choćby dlatego, że nawet sprawy miłosne są według mnie bardziej desperacką próbą zbudowania czegokolwiek (także własnego ego) niż kwestią, w której uczucia romantyczne mają większe znaczenie. Co więcej, muszę pochwalić serial za jeszcze jeden drobiazg – anime wprowadza dużo retrospekcji, ukazujących nieraz trudną przeszłość postaci. Jednak, ku mojej niekłamanej uldze, nie odnoszę wrażenia, by był to tani zabieg mający wywołać w nas współczucie i usprawiedliwić rozmaite zachowania. Przeciwnie, bardziej pokazuje, kiedy bohaterowie ulegli pokusom świata, które doprowadziły ich do tego nieznośnego poczucia marazmu.
Żeby być skrupulatnym, zaznaczę, że w trakcie emisji Hidarikiki no Eren zamieszczono w internecie dwa dzieła, które niepokojąco dobrze rezonują z omawianym dziś anime. Pierwszym jest film Yorgosa Lantimosa Bugonia, drugim zaś odcinek Świata według Kiepskich, Balcyrewicz musi odejść. Co łączy przedstawicieli tzw. amerykańskiej białej biedoty, mieszkańców kamienicy we Wrocławiu i japońskiego pracownika korporacji? Ogromne poczucie bezsilności wobec zastanego porządku. Choć Kouichi nie podejmuje tak radykalnych kroków jak jego „towarzysze niedoli” z wyżej wymienionych tytułów, to ich desperacja, by wyrwać się z tej matni, zaskakująco pasuje do wydarzeń z Hidarikiki no Eren. Zatem istnieje prawdopodobieństwo, że moja opinia o tej serii jest dość specyficzna ze względu na emitowane w tym czasie media powiązanie tematycznie.
Jeżeli zastanawiacie się, dlaczego praktycznie w ogóle nie wspominam o Eren, to jest po temu bardzo konkretny powód. Choć dostaje ona kilka wątków, trudno mi ją nazwać główną postacią. Zdecydowanie więcej czasu spędzamy z Kouichim, dla którego o wiele zdolniejsza koleżanka z liceum jawi się jako dalekie echo dawnych marzeń oraz wzór do naśladowania. Jednak jest w tej fascynacji pewien smutny akcent, bowiem japoński salaryman doskonale wie, że brakuje mu jej odwagi i przede wszystkim – talentu. Skoro opowiadam o zdolnym rzemieślniku podziwiającym wielką artystkę, to muszę nadmienić o pewnym artystycznym nawiązaniu. Autor Hidarikiki no Eren otwarcie składa tu hołd Amadeuszowi. I to nie tylko dlatego, że w obu przypadkach to ten mniej ważny, ale zdolniejszy bohater pojawia się w tytule. Zarówno w anime, jak i w sztuce jesteśmy świadkami konfrontacji dobrego artysty z fenomenem swoich czasów. I ów fenomen musi pozostać przynajmniej częściowo zagadką, zaś my mamy przyjąć perspektywę tego nienadzwyczajnego kolegi po fachu. Zresztą serial dosłownie parafrazuje w finale Salieriego (i czyni to niezbyt subtelnie), na szczęście pozostawiając nam odrobinę nadziei.
Dość o przesłaniu – nie należy zapomnieć o kwestiach technicznych. Graficznie serial prezentuje się znośnie, choć nawet jak na obyczajówkę można byłoby to rozegrać lepiej. Nie oczekiwałem cudów, jednak odnoszę wrażenie, że nikomu wręcz się nie chciało nadać całości nieco oryginalniejszego kształtu. Paradoksalnie, na plus policzę coś, co zwykle mi przeszkadza – czyli nierealistyczną aparycję Eren. W twardo stąpającej po ziemi obyczajówce wprowadzenie białoniebieskowłosej, niebieskookiej Japonki o bladej cerze brzmi jak arcynonsens, ale jej nietypowy wygląd dobrze kontrastuje z resztą uniwersum. Wszakże to ona jest tym dziwnym stworzeniem, które nie pasuje do społeczeństwa. Również muzyka prezentuje się nieźle, a piosenki są wręcz bardzo dobre.
Wszystko to składa się na serię w moim odczuciu ambitną, pełną solidnych i rzadkich dla anime zalet. Jednak musimy też omówić niedociągnięcia, a tych jest sporo. Po pierwsze, o ile serial dość chętnie korzysta z taryfy ulgowej „to ma być nudne, bo taki jest świat”, o tyle mogę sobie tylko wyobrazić, jak wyśmienita byłaby to seria, gdyby dostała zdolniejszego reżysera. Takiego, który umiałby skontrastować przygnębiającą szarość z omawianym artyzmem, który dałby radę budować nawet ze zwykłych scen coś angażującego i potrafiłby rozróżnić rozmaite odcienie fabularnej szarości. Brakuje mi podobnych zabiegów przy niektórych postaciach drugoplanowych, np. niegodziwy przełożony Kouichiego to nie tyle udręczony efekt działań systemu, ile jednowymiarowy czarny charakter rodem z kiepskiego shounena. Zresztą postacie główne też nie za bardzo się udały. Szanuję ich wieloznaczność i umiejscowienie w tej szaroburej układance, jednakże jeśli odbierzemy im ideologiczne akcenty, to w zasadzie niewiele zostaje. Zastanawiam się też, czy ostatecznie nie skończyliśmy z odrobinę zbyt radosnym (naiwnym) finałem. Choć muszę podkreślić, że całość można było spuentować o wiele bardziej cukierkowo, więc nie będę aż tak narzekać.
Jest jeszcze jeden problem, który ostatecznie bardzo mocno obniżył moją finałową notę. Nie bardzo wiem, komu mógłbym to anime polecić. Miłośnicy animacji, dla których jest ona ucieczką od rzeczywistości, nie mają tu czego szukać. Osoby, które znają tego typu środowisko, nie będą „dobrze się bawić”. Przeciwnie, seans może być dla nich niczym sypanie soli na otwarte rany. Poza tym, w tej tematyce istnieją dzieła o krótszym formacie i co najmniej równie imponującej treści. Fani obyczajówek, którzy nie bardzo wiedzą, co to znaczy praca w upiornym korpo, mogą zostać pokonani przez skumulowaną nudę i niezbyt sympatycznych bohaterów. Zatem może właśnie dlatego Hidarikiki no Eren ma tak skromne notowania? Nie dlatego, że jest to seria „zła”, tylko „dla nikogo”? Niemniej, wciąż uważam, że to anime ma kilka ciekawych rzeczy do zaproponowania i według mnie niska nota jest nieco krzywdząca.
Twórcy
| Rodzaj | Nazwiska |
|---|---|
| Studio: | Production I.G., Signal MD |
| Autor: | Kappy, Nifuni |
| Projekt: | Akane Tamai, Takayuki Gotou, Yuka Fukuchi |
| Reżyser: | Toshimasa Suzuki |
| Scenariusz: | Taku Kishimoto |
| Muzyka: | Pasocon Ongaku Club |

