Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Dango

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

7/10
postaci: 6/10 grafika: 7/10
fabuła: 7/10 muzyka: 7/10

Ocena redakcji

brak

Ocena czytelników

8/10
Głosów: 4
Średnia: 8
σ=0,71

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Melmothia
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Kimi no Koto ga Dai Dai Dai Dai Daisuki na 100 Nin no Kanojo [2026]

Rodzaj produkcji: seria TV (Japonia)
Rok wydania: 2026
Czas trwania: 12×24 min
Tytuły alternatywne:
  • 100 Girlfriends Who Really, Really, Really, Really, Really Love You [2026]
  • 君のことが大大大大大好きな100人の彼女[2026]
Gatunki: Komedia, Romans
Widownia: Seinen; Postaci: Uczniowie/studenci; Pierwowzór: Manga/komiks; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność; Inne: Harem
zrzutka

Ciąg dalszy absurdalnej komedii o chłopaku, któremu bogowie wyznaczyli udział w stujednokącie romantycznym. Ku mojemu miłemu zaskoczeniu, bardzo udana kontynuacja.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Ponieważ omawiamy już trzeci sezon tej pokręconej historii, w kwestii streszczenia ograniczę się do absolutnego minimum. Na skutek pomyłki boga miłości licealiście Rentarou przypisano aż sto zakochanych w nim do szaleństwa niewiast. Ponieważ zerwanie zagraża życiu każdej z tych dam, chłopak podejmuje śmiałą decyzję, by założyć ogromniasty harem. Szczęśliwie jesteśmy w uniwersum komedii suto doprawionej absurdem, zatem wszyscy się na wszystko zgadzają i tak oto zakończyliśmy drugi sezon z jedenastoma oblubienicami. Relacje w grupie powoli zamieniają się w dobrze zorganizowaną sektę wypełnioną stereotypami z rozmaitych light novel. Znajdziemy tu między innymi wiecznie rozochoconą pannę (Hakari Hanazono), typową tsundere (Karane Inda), wycofaną miłośniczkę książek (Shizuka Yoshimoto), najlepszą uczennicę w szkole (Nano Eiai), doskonałą pokojówkę (Mei Meido), a nawet ponętną mamuśkę (seksowna wdowa i matka pierwszej dziewczyny Rentarou, Hahari Hanazono). Ta ostatnia pomaga fabule dogodnie ominąć rozmaite przyziemne przeszkody – jako powszechnie szanowana miliarderka kupuje szkołę, do której uczęszcza Rentarou i gros jego dziewczyn. W końcu nie wypada, by jakieś tam zajęcia odrywały ją i jej koleżanki z haremu od kontaktu z ukochanym, prawda?

Kimi no Koto ga Dai Dai Dai Dai Daisuki na 100 Nin no Kanojo (zwane w internecie Hyakkano i tego skrótu będę używać) to jedna z moich ulubionych niespodzianek ostatnich lat. To nadzwyczaj udana, rubaszna komedia, w której fanserwis i haremówkowy charakter wyjątkowo nie wadzi mi z powodu ogromnych dawek absurdalnego humoru. Jak wspomniałem w pierwszej recenzji, reżyser Hikaru Satou bawi się niczym chłopiec w sklepie z zabawkami, radośnie wywalając wszelkie schematy i nawet nie tyle burząc czwartą ścianę, co wesoło pląsając na zgliszczach fabularnego domu.

Ponieważ istnieją w portalu już dwie moje recenzje poprzednich sezonów, tym razem chciałbym skupić się tylko na tym, jakie zmiany wprowadzono pomiędzy trzecią odsłoną a poprzedniczkami.

Nie ukrywam, nie miałem wielkich oczekiwań wobec kontynuacji, bowiem druga połowa poprzedniego sezonu prezentowała zdecydowanie gorszą formę. Projekt stracił nieco pazur, pojawiło się coraz więcej komercyjnych akcentów, zaś Rentarou z doskonałego amanta stał się nieco pasywnym i tendencyjnym „panem haremu”. W dodatku wokół serii rozgorzała dyskusja na temat przemęczonych rysowników, którzy ostatecznie nie sprostali brutalnym terminom, dostarczając znacząco gorszy produkt doprawiony nieprzyjemnym posmakiem świadomości o nieetycznych warunkach pracy.

Mimo wszystko, miałem nadzieję, że zostanę miło zaskoczony i tak też się stało. Bibury Animation Studios wzięło sobie do serca rozmaite głosy krytyczne, poprawiając liczne błędy i wprowadzając nowe, ciekawe rozwiązania. Oczywiście duża w tym zasługa mangowego pierwowzoru, jednak serial nie boi się także zmian w stosunku do oryginału, ścinając i zmieniając kolejność niektórych wątków.

Już pierwszy odcinek demonstruje, jak dobry będzie to sezon. W ramach przypomnienia wprowadzono skecz, gdzie dziennikarka w centrum handlowym pyta oblubienice Rentarou o ich miłosne doświadczenia. Każda z pań opowiada, jakiego cudownego posiada chłopaka i wspomina o swoich ostatnich miłosnych przygodach. Te na pozór romantyczne historyjki służą za przypomnienie danego stereotypu dziewczęcia połączone z prezentacją bezbrzeżnego oddania protagonisty. Rzecz jasna, żadna z pań nie wymienia imienia ukochanego, więc ankieterka z coraz większym niepokojem rejestruje, jakich to dziwnych chłopaków wybierają sobie dzisiejsze kobiety (o fetyszach współczesnej płci pięknej nie wspominając). Skecz kończy się przybyciem Rentarou, który zadaje dziennikarce ostateczny cios. I wtedy bóstwo miłości przerywa odcinek, dumając, dlaczego w tej humoresce wzięły udział dziewczyny, których protagonista nie poderwał we wcześniejszych epizodach.

Takie wywrócenie fabularnego stolika przyniosło kilka korzyści. Po pierwsze, uważam, że seria zdecydowanie zyskuje, kiedy do skąpanego w upojnej atmosferze gniazdka Rentarou zaglądają osoby, które niekoniecznie są zakochane w bohaterze. Po drugie, jest to złożona (i ostatecznie spełniona) obietnica powrotu do korzeni, czyli porzucenia jakichkolwiek komercyjnych ram i znaków ostrzegawczych, by w całości oddać się absurdalnej zabawie.

I po trzecie – przyzwyczajenie nas do absurdu sprawiło, że nie oburzyłem się na wydarzenia z drugiej połowy odcinka. Poznajemy wtedy dwunastą oblubienicę Rentarou i jest to… jego młodsza kuzynka. Krótko mówiąc – „telefon do prokuratora” i „sweet home Alabama” w jednym. W dodatku to związek, który ochoczo aprobuje wujek protagonisty, czyli ojciec nowej dziewczyny. W normalnych okolicznościach wyłączyłbym serial i usunął z playlisty, ale w tym wypadku po prostu chichrałem się przez cały seans. Kiedy już przyjąłem na klatę ten nonsens, snułem podejrzenia, że może następna dziewczyna Rentarou będzie bardziej poprawna politycznie. W końcu nierzadko seriale po fazie szoku podejmują bardziej zachowawcze kroki. Nic z tych rzeczy! Anime śmiało przedstawia nową ukochaną Rentarou i „dla równowagi” jest nią starsza od niego o dekadę niewiasta, a przy okazji jego nauczycielka angielskiego. Lecz znów – zamiast odruchowo zadzwonić na policję, by przyjechali do serialu, tarzałem się ze śmiechu, będąc świadkiem romansu młodego Japończyka z mówiącą Japanese­‑English Naddy-sensei.

Jak szokująca fabuła by nie była, naiwnością byłoby traktować ją poważnie, z czego reżyser i scenarzysta są ewidentnie dumni. Co więcej, całkowitą umowność opowieści podbija gęstniejąca z sezonu na sezon zabawa rozmaitymi nawiązaniami. Pod tym kątem Hyakkano jest prawdziwą kopalnią cytatów. Znajdziemy aluzje do studia Ghibli, One Piece, Neon Genesis Evangelion, ale też do Wallace’a i Gromita, filmów Marvela, a nawet japońskich podań i legend. Moim absolutnym ulubieńcem jest wielowarstwowy hołd dla Dragon Balla zaprezentowany w odcinku wprowadzającym piętnastą dziewczynę, masażystkę Momiji Momi. Natomiast to rzecz tak dobra i dopracowana, że nie mam serca wam tego zdradzać. Co więcej, w tej postmodernistycznej zabawie znajduje się również dużo żartów prostych, nieco wtórnych i zdecydowanie rubasznych. Jednak nawet skecze „niższej jakości” mi nie przeszkadzają, bowiem nagromadzenie zróżnicowanych dowcipów sprzyja nieprzewidywalności każdego odcinka.

Z elementów, które zdecydowanie wróciły na swoje miejsce, Rentarou znów błyszczy. Młodzieniec nie tylko z wprawą i determinacją podbija serca kolejnych panien, ale dowodzi też wielkiej dbałości o już wcześniej „zdobyte” członkinie haremu. Cieszę się, że choć chłopak opiekuje się niemalże małą klasą (kończymy sezon z siedemnastoma oblubienicami), to scenariusz zadbał o to, by stworzyć chociaż kilka półodcinkowych epizodów, gdzie protagonista spędza czas z konkretną panią, rozwiązuje jej problem lub udziela emocjonalnego wsparcia.

To powiedziawszy, trzeba wspomnieć o jednym elemencie, który działa przez całą serię i bez niego według mnie ta seria rozsypałaby się jak domek z kart. Mianowicie w całej tej błazenadzie znajduje się jeden bardzo poważnie traktowany element – uczucia bohaterów. Pod kątem wydarzeń ta opowieść jest oczywiście zbiorem nonsensów, jednak w każdej postaci kryją się określone potrzeby i stany emocjonalne, których scenariusz absolutnie nie lekceważy. Wracają problemy dawnych bohaterek, ale też i te nowe mają swoje traumy i kompleksy. Z nieraz przejaskrawionych cech scenariusz czasem się śmieje, lecz nie nabija się przy tym z postaci. Pamiętam, jak w trakcie emisji pojawiały się newsy ze świata anime, że wspomniana Naddy-sensei to jedna z bardziej prawdziwych, a jednocześnie gorzkich figur, jakie w ostatnim czasie wymyśliła japońska popkultura. Przyznaję, że tego typu tekstów nie spodziewałbym się w stosunku do serii wypełnionej po brzegi fanserwisowymi żarciochami. Oczywiście, to też nie jest tak, że serial stał się nagle skandynawskim dramatem obyczajowym – po prostu ktoś mądry wiedział, że w dobrej komedii nie powinno zabraknąć bardziej poważnych chwil. Nawet jeśli czasem sprawiają wrażenie pozornie oderwanych od reszty.

Swoją drogą, od samego początku serii nie opowiadałem za dużo o fanserwisie, który jest specyficzny, jak całe anime. To znaczy jako osoba unikająca tego elementu, sam się sobie dziwię, jak bardzo rozpasanie w tym serialu mi nie przeszkadza. A mówimy o serii, gdzie wspomniana Momiji Momi (w ramach wprowadzenia do grupy) przez pół odcinka masuje koleżanki po konkretnych częściach ciała. Mało tego, pojawiają się rozmaite przygody i epizody ewidentnie wymyślone po to, by bawić się rozmaitymi wariacjami na temat atrybutów poszczególnych panien lub ich fetyszy (pod tym względem ostatnia dziewczyna z sezonu dostaje jedną z bardziej zadziwiających scen, jakie znam z anime, ale o tym trzeba się samemu przekonać). Zastanawiałem się długo, dlaczego mnie to przekonuje i znalazłem dwie potencjalne przyczyny. Po pierwsze, reżyser mimo wszystko zachowuje pewną przyzwoitość, która bardzo pasuje do głównego bohatera, szczerze wierzącego w wielkie uczucia romantyczne, niekoniecznie wymagające skonsumowania związku (związków?). Po drugie i chyba ważniejsze, ekipa stara się, by fanserwisowe etiudy służyły komedii, a nie odwrotnie. Sceny najeżone podtekstami nie przeszkadzają mi na tej samej zasadzie, jak nie lamentuję nad przemocą serwowaną w Zwariowanych melodiach lub w Asteriksie. Z tych względów Hyakkano mogę nazwać komedią erotyczną, ale na pewno nie serialem pornograficznym.

Ostatnim elementem ewidentnie poprawionym w stosunku do drugiego sezonu jest oprawa. To znaczy, muzycznie ten serial prezentuje bardzo podobny poziom od samego początku – czyli piosenki to celowy kicz nabijający się z wszelkiego rodzaju przesłodzonych do granic możliwości serii, zaś ścieżka w tle brzmi bardzo przyzwoicie. Co więcej, na szczęście tym razem obyło się bez skarg i skandali związanych z terminami, którymi musiało sprostać studio i lepsza atmosfera znacznie zwiększyła jakość projektu. Bardzo szanuję jak Bibury Animation dba o operowanie tłumem, co w serii, gdzie finalnie mamy osiemnaścioro bohaterów, których trzeba ukazywać z pewną starannością, wcale nie jest takie oczywiste. Jasne, to nie jest żaden animacyjny szczyt i łatwo wymienić sceny, gdzie ekipa pozwala sobie na uproszczenia lub pewne oszczędności (zwłaszcza czasu). Niemniej, efekt jest więcej niż przyzwoity.

Czy to oznacza, że serial był w pełni udany? No, nie do końca.

Mam kilka problemów związanych z obsadą. W przypadku nowych dziewczyn ich poziom bywa różny. Bardzo podoba mi się pomysł na postać Nadeshiko, czyli Naddy-sensei, która w dodatku jest brawurowo grana przez Ayanę Taketatsu (Nino w Gotoubun no Hanayome, Azusa w K­‑ON). Równie ciekawie prezentuje się Kishika Torotoro, siedemnasta dziewczyna Rentarou (świetnie zagrana przez stosunkowo mało doświadczoną Yumikę Yano). Co do Chiyo Iin (kuzynki Rentarou), masażystki Momiji Momi i miłośniczki natury Yamame Yasashiki, to mają one ciekawe wprowadzenie i pojedyncze wątki, aczkolwiek dość szybko stały się dla mnie „tłumem”. To zresztą problem dotyczący w tym sezonie także dziewcząt z drugiej części, które w moim odczuciu ustępują pola oblubienicom Rentarou z pierwszej odsłony. Wiem, że operowanie tak dużą ekipą jest trudne, jednak wydaje mi się, że bohaterki pierwszego sezonu są zdecydowanymi faworytkami. Na plus policzę nawiązywanie przez panie ciekawych, pozornie skrajnie niedopasowanych przyjaźni (np. Mimimi z Meme). Doceniam też półodcinkową przygodę w barze ze specjalnym ramenowym menu, gdzie każda z dziewcząt mogła się zaprezentować i wejść w interakcję z chociaż jedną partnerką jej chłopaka (jak dziwnie to nie zabrzmi).

Natomiast muszę wspomnieć o dziewczęciu numer 16, które wyjątkowo zostało owiane nimbem tajemnicy. Z tego powodu nie będę opisywać tej postaci, ale uważam, że po Kurumi Haradze z drugiego sezonu to najmniej interesująca bohaterka. Doceniam kolejny bardzo kontrowersyjny pomysł (odwagi scenariuszowi odmówić nie mogę), natomiast wykonanie tej koncepcji mnie nie przekonało. Być może kluczowa w tej kwestii jest decyzja obsadowa. Rie Kugimiya ma na swoim koncie wiele ról w głośnych projektach (Kagura w Gintamie, Taiga w Toradorze) i gigantyczny dorobek sięgający trzech dekad. Bardzo szanuję jej tytaniczny wysiłek i absolutnie nie neguję jej talentu, ale w tej roli zdecydowanie mnie nie przekonuje. Seiyuu ma sporo scen z Ayaką Asai i kontrast aktorski jest wręcz bolesny. Kugimiya cały czas gra na jedną nutę, brakuje jej większej dynamiki i różnicowania akcentów. Tymczasem Asai odgrywa podobny typ bohaterki, ale stosuje znaki przestankowe, dodaje emocji i kolorów swojej oblubienicy. Bardzo zły casting (lub może – bardzo zły pomysł reżysera), według mnie to jak na razie najgorszy występ osoby z ekipy seiyuu w tym serialu.

Pomimo pewnych problemów związanych z kreacją postaci i niemożnością pogodzenia nieustannie powiększającej się obsady, uważam trzeci sezon Hyakkano za bardzo udany. Trochę mi głupio, że wystawiam temu tytułowi ocenę wyższą niż niejednej serii „ambitnej”, ale cóż – chcę być uczciwy wobec siebie i wobec was. Oczywiście, absurdalne założenia nie każdego przekonają i jeśli po pierwszym sezonie ten tytuł nie wzbudził waszego entuzjazmu, to te odcinki niczego nie zmienią. Natomiast jeżeli nie byliście pewni po drugiej odsłonie, czy seria ma szansę odzyskać animusz, to zdecydowanie udało się przywrócić poziom z pierwszego sezonu.

Sulpice9, 2 listopada 2026

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Bibury Animation Studios
Autor: Rikito Nakamura, Yukiko Nozawa
Projekt: Akane Yano, Mika Nishiyama, Riko Iwata
Reżyser: Hikaru Satou
Scenariusz: Takashi Aoshima
Muzyka: eba, Shunsuke Takizawa, Shuuhei Mutsuki