Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Studio JG

Komentarze

Sora wa Akai Kawa no Hotori

  • Dodaj komentarz
  • Recenzja anime
  • Avatar
    A
    xx 13.08.2026 22:11
    Miałam się już nad tym nie znęcać, a tu odcinek 6 uraczył nas Zannanzą ze świecącymi na czerwono oczami robota. Wcześniej zaliczyliśmy jeszcze bardzo złą bitwę z CGI żołnierzami, Yuri w całkiem współczesnych kieckach (których w mandze nie było), koszmarną melodramatyczną scenę na koniec odcinka piątego (niby w mandze też była trochę znikąd, ale na papierze nie wypadało to aż tak źle), i zapewne jeszcze inne cuda, których teraz nie pamiętam. No i więcej cenzury, ale nie mam tego twórcom aż tak za złe, tyle golizny co w mandze na ekranie by nie przeszło (choć można to było lepiej rozegrać).
    Niby nie jest aż tak źle. Nie jest to 7SEEDS ani Requiem Króla Róż. Mimo szybkiego tempa fabuła nie skacze za bardzo i trzyma się w miarę mangi. Ale słaba animacja, koślawe rysunki, reżyseria ubijająca każdy emocjonalny moment, niedopasowana muzyka, nieprzemyślane zmiany, wszystko to składa się na mocno nieciekawy obraz. Powtarzam – jeśli kogoś ciekawi opis, manga lepsza.
    Odpowiedz
  • Avatar
    A
    xx 16.07.2026 21:14
    Odcinek drugi raczy nas przeuroczą sceną, kiedy to Yuri – w pełni ubrana – budzi się obok Kaila, patrzy w dół, piszczy, zrywa się z łóżka i próbuje zakryć biust ramionami. Z jakiej racji? Nie wiadomo. W mandze scena miała sens, jako że tam Yuri była naga, tutaj ma chyba jakieś zwidy.

    A tak poza tym przez większość odcinka jest lepiej. Nie jest dobrze, ale jest lepiej. Twórcy odpuszczają sobie chwyty ze starych anime, muzyka nie odstaje od sceny, a fabuła dochodzi do tego momentu, kiedy Yuri robi coś poza krzykami i uciekaniem. Szkoda ze pod koniec wszystko bierze w łeb, wracają stopklatki, wraca odklejony od akcji soundtrack, Yuri znowu piszczy, a emocjonalne momenty wypadają słabo.
    Odpowiedz
  • Avatar
    A
    xx 10.07.2026 13:38
    Zgodnie z oczekiwaniami, jest źle.
    Słaba, oszczędna animacja. Momentami twórcy próbują naśladować Dezakiego, zwłaszcza jego charakterystyczne stopklatki z bardziej szczegółowym rysunkiem („postcard memories”) – problem w tym, że nawet Dezaki miał problem, żeby uzyskać tą techniką dobry efekt w anime robionych cyfrowo. No i mnie osobiście Dezaki kojarzy się raczej z melodramatami z lat 70., niż z przygodówkami z lat 90., ale niech tam, w Fushigi Yuugi też tego używali. Do tego czasem dostajemy ujęcie na czarno­‑białe oczy bohaterki – niektórzy w tym widzą nawiązanie do mangi, dla mnie to nieudolna próba cięcia kosztów, zwłaszcza że jedno z tych ujęć jest wykorzystane dwa razy. A jeszcze inne tanie efekty (kto wymyślił świecące na czerwono oczy Nakii?). A jeszcze źle dobrane kolory. A jeszcze koślawe rysunki.
    Muzyka sama w sobie jest w porządku. Niestety, często niezbyt pasuje do tego, co dzieje się na ekranie. Seiyuu w miarę, poza tym, że ta od Yuri ma dosyć piskliwy głos, a że Yuri w pierwszym odcinku sporo wrzeszczy, to efekt działał mi na nerwy. Piosenka z openingu fajna, animacja tak słaba jak w samym anime. Do tego każe się obawiać o tempo fabuły, bo widać sporo postaci z późniejszych rozdziałów.
    Trudno mi uczciwie komentować fabułę, bo już ją znam na wylot. Raczej trochę zaszkodziło wywalenie fragmentów ze współczesności, kiedy Yuri usiłuje wyrwać się próbom porwania – i budowały klimat, i pokazywały, że Yuri umie łączyć fakty i przynajmniej próbuje o siebie zadbać. Paradoksalnie, możliwe, że efekt byłby lepszy, gdyby twórcy wycięli jeszcze więcej i ograniczyli się do jednej próby zakończonej sukcesem. Obecna wersja – udaremnione porwanie w wannie płynnie przechodzące do udanego na randce – wypada po prostu dziwnie i czuć, że coś nas omija. Później, cóż, Yuri w przeciwieństwie do wielu dzisiejszych postaci z isekaja nie wie co się dzieje, drze się i ucieka, potem jest ratowana, i tak nam mija odcinek. Widziałam komentarze że wypada przez to na zwykłą damę w opałach, z drugiej strony jej reakcja jest póki co całkiem ludzka i normalna.
    Z tego co widziałam, większość fanów albo jest rozczarowana jak ja, albo cieszy się samym oglądaniem ulubieńców w kolorze i w ruchu (mocno ograniczonym ruchu, ale nadal). I chyba tylko ludziom dostatecznie zakochanym w tej historii, żeby ekscytować się samym istnieniem anime, można ten pierwszy odcinek z czystym sercem polecić. Kogo ciekawi opis, niech lepiej weźmie mangę.
    Odpowiedz
  • Dodaj komentarz
  • Recenzja anime