x
Tanuki.pl korzysta z plików cookie w celach prowadzenia
reklamy, statystyk i dla dostosowania wortalu do
indywidualnych potrzeb użytkowników, mogą też z nich korzystać współpracujący z nami reklamodawcy.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
Szczegóły dotyczące stosowania przez wortal Tanuki.pl
plików cookie znajdziesz w polityce prywatności.
Zgodnie z oczekiwaniami, jest źle.
Słaba, oszczędna animacja. Momentami twórcy próbują naśladować Dezakiego, zwłaszcza jego charakterystyczne stopklatki z bardziej szczegółowym rysunkiem („postcard memories”) – problem w tym, że nawet Dezaki miał problem, żeby uzyskać tą techniką dobry efekt w anime robionych cyfrowo. No i mnie osobiście Dezaki kojarzy się raczej z melodramatami z lat 70., niż z przygodówkami z lat 90., ale niech tam, w Fushigi Yuugi też tego używali. Do tego czasem dostajemy ujęcie na czarno‑białe oczy bohaterki – niektórzy w tym widzą nawiązanie do mangi, dla mnie to nieudolna próba cięcia kosztów, zwłaszcza że jedno z tych ujęć jest wykorzystane dwa razy. A jeszcze inne tanie efekty (kto wymyślił świecące na czerwono oczy Nakii?). A jeszcze źle dobrane kolory. A jeszcze koślawe rysunki.
Muzyka sama w sobie jest w porządku. Niestety, często niezbyt pasuje do tego, co dzieje się na ekranie. Seiyuu w miarę, poza tym, że ta od Yuri ma dosyć piskliwy głos, a że Yuri w pierwszym odcinku sporo wrzeszczy, to efekt działał mi na nerwy. Piosenka z openingu fajna, animacja tak słaba jak w samym anime. Do tego każe się obawiać o tempo fabuły, bo widać sporo postaci z późniejszych rozdziałów.
Trudno mi uczciwie komentować fabułę, bo już ją znam na wylot. Raczej trochę zaszkodziło wywalenie fragmentów ze współczesności, kiedy Yuri usiłuje wyrwać się próbom porwania – i budowały klimat, i pokazywały, że Yuri umie łączyć fakty i przynajmniej próbuje o siebie zadbać. Paradoksalnie, możliwe, że efekt byłby lepszy, gdyby twórcy wycięli jeszcze więcej i ograniczyli się do jednej próby zakończonej sukcesem. Obecna wersja – udaremnione porwanie w wannie płynnie przechodzące do udanego na randce – wypada po prostu dziwnie i czuć, że coś nas omija. Później, cóż, Yuri w przeciwieństwie do wielu dzisiejszych postaci z isekaja nie wie co się dzieje, drze się i ucieka, potem jest ratowana, i tak nam mija odcinek. Widziałam komentarze że wypada przez to na zwykłą damę w opałach, z drugiej strony jej reakcja jest póki co całkiem ludzka i normalna.
Z tego co widziałam, większość fanów albo jest rozczarowana jak ja, albo cieszy się samym oglądaniem ulubieńców w kolorze i w ruchu (mocno ograniczonym ruchu, ale nadal). I chyba tylko ludziom dostatecznie zakochanym w tej historii, żeby ekscytować się samym istnieniem anime, można ten pierwszy odcinek z czystym sercem polecić. Kogo ciekawi opis, niech lepiej weźmie mangę.
Słaba, oszczędna animacja. Momentami twórcy próbują naśladować Dezakiego, zwłaszcza jego charakterystyczne stopklatki z bardziej szczegółowym rysunkiem („postcard memories”) – problem w tym, że nawet Dezaki miał problem, żeby uzyskać tą techniką dobry efekt w anime robionych cyfrowo. No i mnie osobiście Dezaki kojarzy się raczej z melodramatami z lat 70., niż z przygodówkami z lat 90., ale niech tam, w Fushigi Yuugi też tego używali. Do tego czasem dostajemy ujęcie na czarno‑białe oczy bohaterki – niektórzy w tym widzą nawiązanie do mangi, dla mnie to nieudolna próba cięcia kosztów, zwłaszcza że jedno z tych ujęć jest wykorzystane dwa razy. A jeszcze inne tanie efekty (kto wymyślił świecące na czerwono oczy Nakii?). A jeszcze źle dobrane kolory. A jeszcze koślawe rysunki.
Muzyka sama w sobie jest w porządku. Niestety, często niezbyt pasuje do tego, co dzieje się na ekranie. Seiyuu w miarę, poza tym, że ta od Yuri ma dosyć piskliwy głos, a że Yuri w pierwszym odcinku sporo wrzeszczy, to efekt działał mi na nerwy. Piosenka z openingu fajna, animacja tak słaba jak w samym anime. Do tego każe się obawiać o tempo fabuły, bo widać sporo postaci z późniejszych rozdziałów.
Trudno mi uczciwie komentować fabułę, bo już ją znam na wylot. Raczej trochę zaszkodziło wywalenie fragmentów ze współczesności, kiedy Yuri usiłuje wyrwać się próbom porwania – i budowały klimat, i pokazywały, że Yuri umie łączyć fakty i przynajmniej próbuje o siebie zadbać. Paradoksalnie, możliwe, że efekt byłby lepszy, gdyby twórcy wycięli jeszcze więcej i ograniczyli się do jednej próby zakończonej sukcesem. Obecna wersja – udaremnione porwanie w wannie płynnie przechodzące do udanego na randce – wypada po prostu dziwnie i czuć, że coś nas omija. Później, cóż, Yuri w przeciwieństwie do wielu dzisiejszych postaci z isekaja nie wie co się dzieje, drze się i ucieka, potem jest ratowana, i tak nam mija odcinek. Widziałam komentarze że wypada przez to na zwykłą damę w opałach, z drugiej strony jej reakcja jest póki co całkiem ludzka i normalna.
Z tego co widziałam, większość fanów albo jest rozczarowana jak ja, albo cieszy się samym oglądaniem ulubieńców w kolorze i w ruchu (mocno ograniczonym ruchu, ale nadal). I chyba tylko ludziom dostatecznie zakochanym w tej historii, żeby ekscytować się samym istnieniem anime, można ten pierwszy odcinek z czystym sercem polecić. Kogo ciekawi opis, niech lepiej weźmie mangę.