Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Otaku.pl

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

3/10
postaci: 4/10 grafika: 4/10
fabuła: 4/10 muzyka: 4/10

Ocena redakcji

2/10
Głosów: 2 Zobacz jak ocenili
Średnia: 2,00

Ocena czytelników

6/10
Głosów: 165
Średnia: 5,67
σ=2,08

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Piotrek)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Mahou Sensou

Rodzaj produkcji: seria TV (Japonia)
Rok wydania: 2014
Czas trwania: 12×24 min
Tytuły alternatywne:
  • Magical Warfare
  • 魔法戦争
Gatunki: Przygodowe
zrzutka

Jak z wielkiej wojny zrobić wielkie popłuczyny, czyli film z cyklu „chcieliśmy dobrze, a wyszło jak zawsze”.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Na początku tej recenzji chciałbym zaznaczyć, że sięgnąłem po opisany poniżej tytuł wyłącznie z jednego powodu. A imię jego Fate/Zero. Zauroczony fabularną tudzież graficzną maestrią historii wojny o Świętego Graala, rzuciłem się na kolejnego „bitewniaka” niejako z miejsca. No i na co mi to było? Wszak jak wiadomo, pośpiech nie zawsze bywa dobry, a zwykle okazuje się niewskazany.

Ale po kolei. Jak więc wygląda fabuła Mahou Sensou? Początkowo wydać się może nawet atrakcyjną, choć cokolwiek sztampową historią. Mamy więc dwa światy: „nasz”, zwany Światem Żywych, oraz Świat Ruin. Ten drugi jest w zasadzie lustrzanym odbiciem naszego świata, tyle tylko, że zniszczonym w wyniku trwającej już od kilkunastu lat wojny pomiędzy magami. Jakiej znowu wojny, zapytacie? Strony konfliktu możemy podzielić z grubsza na dwie grupy. A więc mamy Tropicieli, którzy opowiadają się za unicestwieniem „zwykłej”, niemagicznej ludzkości, po to, by stworzyć nowy, idylliczny świat tylko dla magów, oraz Bractwo Czarodziejów, którzy z kolei wierzą w możliwość pokojowej współegzystencji zarówno osób magicznych, jak i niemagicznych. I to mimo tego, że ludzie zwykle odnoszą się do magów nieufnie i radośnie posyłają ich na stos. Skąd w takim razie biorą się sami magowie? Cóż, z darem można się urodzić albo też go „zyskać”, jeśli przypadkiem ktoś w naszej obecności zacznie czarować. Taki właśnie los spotkał głównego bohatera, Takeshiego Nanase, który wpada przypadkiem na główną bohaterkę, niejaką Mui Aibę. Ta z kolei jest ścigana (czy może raczej sama ściga?) przez swojego brata, Tsuganashiego, któremu Tropiciele zrobili pranie mózgu, a którego usilnie chce uratować. W to wszystko wplątani zostają jeszcze przyjaciele Takeshiego, Kurumi Isoshima, która mieni się jego dziewczyną, i Kazumi Ida, który jest takim poczciwym „misiem” z wybuchowym charakterkiem i małym rozumkiem. W efekcie szeregu nieporozumień, zbiegów okoliczności i konsekwencji wychowawczo­‑dydaktycznych wszyscy bohaterowie pozytywni (brata Mui nie liczę) trafiają do najgorszej klasy pewnej magicznej akademii, gdzie mają się przygotowywać do bycia żołnierzami we wspomnianej nieco wyżej wojnie. To tak pokrótce i bez zbytniego wgłębiania się w szczegóły, w które zresztą nieszczególnie wgłębiają się też sami twórcy… Oprócz tego, jakże epickiego wątku, mamy tu jeszcze wpleciony kiepskawy romans, konflikt między rodzeństwem, konflikty ideologiczne, kompleks na punkcie siostry, ecchi i wiele innych… A w zasadzie żadna z tych części składowych nie jest zrobiona dobrze.

W związku z powyższym pozwolę sobie przejść do wad. Przede wszystkim porażają kiepskie projekty psychologiczne postaci. Taki Takeshi chociażby jest jak na mój gust bardzo bezwolny i zdaje się wcale nie dziwić toczącymi się wokół niego niezwykłymi wydarzeniami (no ja bym, do pioruna, spytał, czemu dziewczyna, którą przed chwilą uratowałem, celuje we mnie z wziętego niewiadomo skąd wielkiego gnata, czy też czemu ten gnat tak śmiesznie strzela). Mui, kreowana na silnego i doświadczonego maga, zachowuje się w sposób co najmniej irracjonalny, deklasując pod tym względem chociażby niejaką Arię z Hidan no Aria, a jej częste nawoływania braciszka po pewnym czasie potrafią doprowadzić do szału. Isoshima z kolei jest zupełnie schematyczną tsundere, której rola sprowadza się do robienia Takeshiemu scen zazdrości tudzież rozpamiętywania swojej nieco traumatycznej przeszłości. Wspomniany wyżej Ida to czysty idiota, któremu jeszcze głupszy dorosły wsadził w łapy kanister benzyny oraz zapałki. A teraz już tylko czekać, aż Ida coś rozwali z głupawym uśmiechem i burackim tekstem na ustach. W zasadzie jedyną jako tako udaną postacią „dobrą” jest pani dyrektor wspomnianej wyżej magicznej akademii, czyli niejaka Momoka Shijou. Co prawda wygląda jak jedna z uczennic swojej placówki edukacyjnej, ale przynajmniej zdaje się mieć jakąś głębię, którą jednak psuje często jej towarzysząca cokolwiek zboczona pani pielęgniarka. Po drugiej stronie barykady jest niby lepiej, bo tam są już zwykle tylko „idealiści”, ale co z tego, skoro w czasie wspomnianych dwunastu odcinków wszelka ewolucja czy inny rozwój postaci stoją w miejscu? I tak oto mamy obrażonego na cały świat brata Takeshiego o imieniu Gekkou, mamy lidera tych złych, Kazumę Ryuusenjiego, i jego prawą rękę o imieniu Kippei Washizu. No ale potencjał tychże postaci grzebie fakt, że ich postawy są nakreślone cokolwiek zdawkowo i po łebkach. Nieco więcej dowiadujemy się tylko o Gekko, ale on sam w sobie jest płytką niczym kałuża miernotą i najwyżej może widza wkurzyć.

W ogóle całe to anime można by określić frazą „płytkie i ze zmarnowanym potencjałem”. Świat przedstawiony został ledwie zarysowany, w czasie seansu pojawia się całe mnóstwo otwartych acz już niedomkniętych wątków związanych tak z poszczególnymi postaciami, jak i występującymi w anime organizacjami oraz wydarzeniami z przeszłości. Brak tu nawet porządnie przedstawionej bitwy pomiędzy magami. Jest co prawda kilka dość udanych pojedynków, ale nawet one ostatecznie rozpływają się, moim zdaniem, w nijakiej grafice i animacjach. Tła są dość statyczne, bitwy, szczególnie te większe, w zasadzie są bardziej zasugerowane niż porządnie przedstawione, postaci potrafią tracić na szczegółowości, a Gekkou w postaci „bojowej” wywoływał u mnie w ostatnich odcinkach napady histerycznego śmiechu.

Zdaję sobie sprawę, że opisałem Mahou Sensou stosunkowo pobieżnie, ale tytuł ten zawiódł mnie po prostu na całej linii i wdawanie się w szczegóły którejkolwiek tworzącej go części składowej byłoby jak kopanie leżącego. Gdyby nie fakt, że zobowiązałem się zrecenzować „Wojnę magów”, rzuciłbym ją bez żalu już po raptem trzecim odcinku… Co prawda gdzieś tak w okolicach ósmego odcinka pojawiła się dla mnie iskierka nadziei na lepsze jutro, gdyż fabuła i wydarzenia wreszcie nabrały tempa i pewnej wagi znaczeniowej, ale co z tego, skoro twórcy bezlitośnie te kiełkujące nieśmiało zalety urywają, z całą historią zresztą, w dwunastym odcinku? Ten ostatni „numer” był dla mnie gwoździem do trumny tego tytułu. Nie wiecie, o czym mówię? A pamiętacie może drodzy czytelnicy, te niedawne reklamy powszechnej naziemnej telewizji cyfrowej z wątkiem „kim jest ojciec Pablito”? No to właśnie dokładnie taki sam fabularny numer wycięli nam twórcy tego potworka, znanego jako Mahou Sensou. Mamy punkt kulminacyjny, zdaje się, że koniec świata tuż tuż, zaraz zadmą Trąby Apokalipsy a tu… Nic. Dwunasty odcinek się kończy, wraz z nim kończy się fabuła, a ty, widzu, dopowiedz sobie resztę historii sam. A może po prostu twórcy chcieli w ten sposób pobudzić do działania kreatywność i wyobraźnię oglądających, a ja się głupio czepiam? Hm…

Odradzam ten tytuł zdecydowanie wszystkim nim zainteresowanym, bo w obecnej formie jest on bardziej „wersją demo” większej całości, czyli stanowiącej jego pierwowzór light novel, niż pełnoprawną i wartościową opowieścią. W dodatku wersją demo nie za piękną, zawierającą płaskich i irytujących bohaterów oraz całe tony większych bądź mniejszych głupotek i absurdów, takich jak miecze na naboje, magię przenoszącą się niczym uporczywy katar czy bambusowe miecze, które swobodnie mogą stawać w konkury z ogromniastymi stalowymi mieczyskami. Nie brać tego, nawet jeśli by chcieli wam jeszcze za niego dopłacać.

Diablo, 18 maja 2014

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Madhouse Studios
Autor: Hisashi Suzuki
Projekt: Lunalia, Ryouma Ebata
Reżyser: Yuuzou Satou
Scenariusz: Kazuyuki Fudeyasu
Muzyka: Masato Kouda