Anime
Oceny
Ocena recenzenta
5/10| postaci: 5/10 | grafika: 5/10 |
| fabuła: 5/10 | muzyka: 6/10 |
Ocena czytelników
Kadry
Top 10
Sekai Saikou no Ansatsusha, Isekai Kizoku ni Tensei Suru
- World's Finest Assassin
- 世界最高の暗殺者, 異世界貴族に転生する
W niejednym isekaju protagonista staje się bohaterem, który ma ocalić świat. Tym razem protagonista isekaja musi zabić bohatera, żeby ocalić świat. Ciekawy pomysł, bardzo nierówne wykonanie.
Recenzja / Opis
Początek tej serii może być mylący – ot, jesteśmy świadkami kolejnego isekajowego światka, gdzie grupa ładnych panienek przeprowadza tajną misję, a gdzieś tam „władca haremu” koordynuje operację. Jednak sprawy się zmieniają, gdy pojawiają się wspomnienia owego pana z poprzedniego wcielenia – mianowicie był on wiekowym zabójcą na zlecenie, który po wykonaniu ostatniej misji planował rozpocząć spokojne życie jako mentor i instruktor. Niestety, z tej branży trudno się wycofać i anonimowy arcymistrz zostaje wkrótce zabity. Jednak nie wszystko stracone, bowiem mężczyzna budzi się w komnatach bogini z innego świata. Ta proponuje starszemu panu specyficzny układ – dzięki niej odrodzi się w rodzinie arystokratów od wieków wyspecjalizowanej w prowadzeniu zabójstw na zlecenie korony. W zamian za nowy start dawny skrytobójca będzie musiał w stosownym czasie pokonać bohatera, który zagraża stabilności jej świata. Na uprzejme pytanie protagonisty o szczegóły, bogini udziela częściowych wyjaśnień – za niecałe dwie dekady od jego potencjalnych ponownych narodzin pojawi się wielki heros, który pokona potężnego lorda demonów (a jakże!). Problem polega na tym, że upojony zwycięstwem wybawiciel stanie się nowym realnym zagrożeniem dla ocalałych.
Ponieważ stary zabójca nie ma zbyt wielu możliwości, decyduje się przystać na propozycję. Tym bardziej że jeżeli uda mu się wykonać to zlecenie, bogini nie ma już wobec niego żadnych zobowiązań. Co więcej, ponieważ eterycznej istocie zależy przede wszystkim na uratowaniu świata, misja zostanie zrealizowana, jeżeli uda się przekonać superbohatera, by ten darował sobie wszelkie szalone plany (a zatem istnieje nawet szansa na uniknięcie brutalnej konfrontacji).
Wszystko zostało ustalone, zatem starszy pan przyjmuje od tajemniczej istoty tyle wsparcia, ile się da przy „tworzeniu nowej postaci”. Tak oto odradza się jako Lugh Tuatha Dé, drugi (i jedyny żyjący) syn Esri i Ciana Tuatha Dé, rodu królewskich zabójców. Chłopak szybko staje się kochanym synusiem mamusi i nadzwyczaj pojętnym pupilem ojca, błyskawicznie przyswajając rodowy fach. Zatrzymam się na stwierdzeniu, że „fabuła właściwa” rozpoczyna się mniej więcej wtedy, gdy Lugh jest już nastolatkiem, a jego trening zaczyna wchodzić na wyższy poziom.
Omawiana dziś seria powstała w 2021 roku, kiedy isekai stał się już jednym z dominujących i nierzadko artystycznie wątpliwych przedstawicieli anime. Z komercyjnej strony popularność takich serii to żadne zaskoczenie; nie wymagają one przesadnej kreatywności ani dużych nakładów pracy, za to mieszczą liczne fantazje, które łatwo przyciągają publikę (bohater‑przeciętniak obdarzony wyjątkowymi mocami, baśniowy klimat, system zasad podobny do gier MMORPG, odpowiednia liczba zakochanych w protagoniście panienek…). Krótko mówiąc – to produkt prosty w realizacji, na który wciąż jest niemałe zapotrzebowanie.
Z tego powodu opowieść o najlepszym zabójcy, który dostaje bardzo nietypowe zlecenie w innym świecie, zdawała się obiecującym odwróceniem trendów. Tym razem mieliśmy dostać dorosłego, doświadczonego życiem bohatera, mającego niewiele sentymentów i jasno wyznaczony cel, nie mówiąc o równie konkretnej nagrodzie. Jednak od założeń do realizacji jeszcze daleka droga. Bardzo chciałbym powiedzieć, że tym razem udało się uciec od powiedzenia „dobry pomysł, ale wykonanie o wiele gorsze”, ale to nie jest ten przypadek. Co nie zmienia faktu, że kilka elementów uważam za naprawdę udane.
Przede wszystkim, to jedno z tych nielicznych isekajowych anime, gdzie udało się całkiem ciekawie wymyślić protagonistę. Lugh (będę korzystać z tego imienia dla obu „wersji” bohatera, bowiem ziemskiej tożsamości nie poznaliśmy) to doświadczony fachowiec w ciele młodego człowieka i serial o tym nie zapomina. Wiem, że niektórym przeszkadza jego skupienie niemal wyłącznie na celu, ale według mnie ma to sens – w końcu tak niewiele zabrakło, by zakończyć pracę w zawodzie, i nagle wszystko się zmienia. W dodatku jego przyszłość zależy od zlecenia, które będzie mógł zrealizować dopiero za dwadzieścia lat i to w innym, nieznanym mu uniwersum. Za to nagroda będzie o wiele lepsza, bo po wszystkim pozostanie młodym szlachcicem, który może odcinać kupony od swojego arystokratycznego pochodzenia.
Jeżeli mówimy o upływie czasu, podoba mi się, jak dobrze zbalansowano starczy umysł z młodym ciałem. Z oczywistych powodów Lugh nie popełnia błędów stosownych dla nowego wieku i panicz sprawia wrażenie chłodnego, odpowiednio wykształconego perfekcjonisty o nienagannych manierach. Cieszą się z tego rodzice, cieszy się i publiczność, bo unikamy głupich i męczących błędów typowych dla bohaterów „takich jak ty”, a przy tym jego niezawodność tak nie męczy. W końcu dostaliśmy dobre wytłumaczenie skąd te wszystkie talenty. Co więcej, Lugh wykazał się również sporym intelektem przy wyborze umiejętności specjalnych, znacząco wspierających jego doświadczenie i zdolności. Poza tym, podoba mi się, że „głupie ciało” czasem nie nadąża za swoim panem: raz lub dwa odezwą się wyrzuty sumienia, innym razem poczuje się głupio z powodu żenującego zachowania matki (przyznać trzeba, że Esri Tuatha Dé miewa niemądre sceny, ale o tym później), a nawet obudzi się zażenowany po pierwszej w tym ciele nocnej erekcji. Cóż, krew nie woda, nawet jeśli dotyczy człowieka z umysłem starego zabójcy.
Przechodząc płynnie do „wiekowego zabójcy” – równie mocno jestem usatysfakcjonowany relacją Lugh z ojcem. Cian Tuatha Dé to z jednej strony kochający rodzic, troszczący się o ostatniego potomka, z drugiej – nie da się ukryć, że to profesjonalista z krwi i kości, który doskonale wie, w jaki sposób jego rodzina osiągnęła wysoki status społeczny. Autor light novel wpadł na ciekawy pomysł, by ród posiadał odpowiednią „przykrywkę” i ojciec głównego bohatera to przede wszystkim sławny medyk korzystający w tym zawodzie z niekonwencjonalnych talentów magicznych. Muszę też pochwalić reżysera i scenarzystę, bo ku mojemu zdumieniu udało się zbudować nawet coś na kształt więzi rodzinnych. Nie będę wspominać o szczegółach (bo łatwo o spojlery), ale wprowadzono ciekawe dowody takiego zwyczajnego myślenia o potrzebach dziecka. Wspomnę jedynie, że choć Lugh robi za perfekcyjnego następcę w wiadomym fachu, to ojciec przygotował dla niego bardzo rozsądną alternatywę, gdyby jego potomek nie chciał wybierać rodowej ścieżki kariery.
Trzecią rzeczą, którą chciałbym pochwalić, jest seria drobnych scen związanych z boginią. Jeżeli ktoś zadał sobie „antyisekajowe” pytanie, dlaczego władczyni tego świata zawierza jego istnienie tylko jednemu człowiekowi, to śpieszę z informacją, że tym razem mamy do czynienia z ostrożniejszym bóstwem. Lugh nie był pierwszym, drugim ani nawet setnym kandydatem do tej roboty. Sęk w tym, że przywołani w ten lub inny sposób bohaterowie przynoszą rozczarowanie. Szanuję te segmenty, bo po pierwsze dowodzą, że nie tylko protagonista planuje bez większych sentymentów. Po drugie, zbija to przesadny patos typowy dla isekajów. Po trzecie – to zwyczajnie zabawny koncept.
Tyle z elementów, które oceniam w całości pozytywnie; teraz czas zająć się aspektami bardziej wątpliwymi lub zwyczajnie słabymi. Najpierw spróbujmy omówić dość trudny temat haremu i fanserwisu. Z częściową ulgą mogę stwierdzić, że „nie jest aż tak źle”, ale daleki jestem od entuzjazmu. Pierwszą kobiecą postacią, którą lepiej poznamy, jest matka protagonisty. Wywołuje ona we mnie mieszane uczucia – z jednej strony to fanserwisowy typ „gorącej mamuśki” o mentalności pani Alutki z Rodziny zastępczej (czyli ładnego mebla nieskalanego żadnymi życiowymi kłopotami, bo przecież mąż wszystko załatwi). Z drugiej zaś sprawia wrażenie kobiety, która wie, jakim sposobem ukochany zdobywa pieniądze i jest z tym w interesujący sposób pogodzona. Co więcej, w finale dostajemy jeszcze dwie ciekawe informacje na jej temat. No i mogę też przyznać, że nadopiekuńczość Esri ma częściowe uzasadnienie w tym, że straciła poprzednie dziecko.
Drugim źródłem fanserwisu i już pełnoprawną haremetką jest Tarte, służąca Lugha. Dziewczyna zesłana przez boginię (Lugh potrzebuje asystenta dysponującego odpowiednimi wrodzonymi umiejętnościami), którą młody panicz uratował w lesie, staje się jego najwierniejszą poddaną, największą fanką i pierwszą chętną, by robić za jego nałożnicę. Uważam, że cechuje ją zrównoważona ilość wad i zalet. Nie jestem zadowolony z tego, jak ostentacyjnie rysownicy epatują jej seksualnością i jak bardzo jednowymiarowa to postać. Natomiast interesująca jest jej więź z otoczeniem, szczególnie z Cianem, który podejrzliwie traktuje znalezionych przypadkiem w lesie niezwykle przydatnych „sparing partnerów”. Ta dziwna relacja w jakiś sposób wynagradza mi ekstremalnie nudny portret psychologiczny bohaterki.
Niestety, cała reszta panienek to według mnie smutek i rozczarowanie. Dia, młoda szlachcianka ucząca Lugha magii, to typowa haremetka z dobrego domu, równie szlachetna, co nudna. Na późniejszym etapie Lugh nawiązuje kontakty w dużym mieście, gdzie poznaje Mahę, która będzie odgrywać stereotyp dziewczyny‑kumpeli. Skoro już mówimy o wyprawie do miasta, to o ile sam pomysł na nietypowe zadanie dla głównego bohatera jest całkiem ciekawy, to zdecydowanie wolałbym ograniczyć go do kilku minut, a nie paru epizodów.
Również fabuła nie spełnia moich oczekiwań. Po pewnym czasie Lugh coraz częściej działa w terenie, by przysłużyć się swojemu rodowi i są to zlecenia, najdelikatniej mówiąc, średnio angażujące. Na plus policzę dobry, szybki montaż pozwalający uniknąć wtórności, oraz jedną z pierwszych misji, która jest całkiem ciekawa. Poza tym jednak robi się trochę nudnawo. Nie pomaga fakt, że w nielicznych walkach brakuje interesujących antagonistów. Bohaterowie często biją się z losowymi złolami, których jedynym celem jest zebrać łomot od głównych postaci. Ten zabieg boli mnie szczególnie mocno, bo przecież od momentu wyboru umiejętności wiemy, że Lugh to bardzo twardy zawodnik, ale nie jest jedyną osobą w tym świecie, która posiada tak mocne atuty. Skoro nie stworzono niezniszczalnego, wszechpotężnego bohatera, to może warto byłoby to wykorzystać, tworząc mu ciekawych przeciwników?
Od strony technicznej jest średnio – dodaję serii punkt za bardzo ładną czołówkę (tak pod kątem animacji, jak i muzyki) oraz mniej więcej równy poziom przez cały seans. Jednak choć nie cierpiałem w czasie seansu, trudno też wskazać pozytywy, może poza różnorodnością postaci. Cała reszta to dobrze nam znany katalog: tła, projekty miast, wnętrza rezydencji i uzbrojenie są jak z co drugiego isekaja. Na duży minus muszę policzyć efekty CGI powozów, naprawdę mizerne. Pod kątem aktorów mamy dość solidny zestaw – tytułowemu zabójcy użycza głosu aż trzech seiyuu. Starego zabójcę gra Junpei Morita, artysta znany bardziej z filmów, gier komputerowych i dubbingu do dzieł fabularnych (Lazard w Crisis Core: Final Fantasy VII Reunion, Shouzou Tanuma w Kaguya‑sama wa Kokurasetai). Młody panicz przed mutacją ma głos Makoto Koichi, chętnie użyczającej głosu dziecięcym postaciom (Jun z młodości w Tomo‑chan wa Onnanoko!, młody Jiji z Dan Da Dan). Z kolei starszemu Lughowi talentów użycza Kenji Akabane (Shinichi Sakurai w Uzaki‑chan wa Asobitai!, Lihaku w Kusuriya no Hitorigoto). Pomimo tak złożonej koncepcji, nie czułem niespójności wynikającej z bogatego castingu. W pozostałej obsadzie znajdziemy kilka znanych nazwisk, choćby Reina Ueda jako Dia (Reze w Gekijouban Chainsaw Man: Reze Hen, Hae‑in Cha w Solo Leveling) i Toshiyuki Morikawa (Justin w Belle, Captain Celebrity w Vigilante -Boku no Hero Academia Illegals-), ale też zadziwiająco dużo mniej sławnych artystów. Cała obsada sprawia dobre wrażenie, choć nie nazwałbym tego anime niesamowitym pod kątem aktorskim.
Przesadą byłoby stwierdzenie „z dużej chmury mały deszcz”, jednak Sekai Saikou Ansatsusha, Isekai Kizoku ni Tensei Suru nie spełniło wszystkich pokładanych w nim nadziei. Po świetnym początku pojawia się coraz więcej i więcej rutyny, bohaterowie drugiego planu w większości nudzą, zaś fanserwis budzi zażenowanie. Mimo wszystko, wystawiam serii nie najgorszą notę choćby ze względu na głównego bohatera. Co więcej, w końcu ogłoszono prace nad drugim sezonem, co oznacza, że część błędów być może uda się naprawić, a towarzyszącym protagoniście postaciom dodać kilka ciekawych detali.
Twórcy
| Rodzaj | Nazwiska |
|---|---|
| Studio: | Silver Link, Studio Palette |
| Autor: | Rui Tsukiyo |
| Projekt: | Eri Osada, Reia |
| Reżyser: | Masafumi Tamura |
| Scenariusz: | Katsuhiko Takayama |
Odnośniki
| Tytuł strony | Rodzaj | Języki |
|---|---|---|
| Sekai Saikou no Ansatsusha - wrażenia z pierwszych odcinków | Nieoficjalny | pl |

