Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Studio JG

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

8/10
postaci: 8/10
fabuła: 8/10 muzyka: 10/10

Ocena redakcji

brak

Ocena czytelników

6/10
Głosów: 11
Średnia: 5,64
σ=2,57

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Filmowit R)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Cowboy Bebop [2021]

Rodzaj produkcji: seria ONA (USA)
Rok wydania: 2021
Czas trwania: 10×51 min
zrzutka

Zbliża się rok 2022, lecz (jak na razie) zamiast kosmicznej katastrofy otrzymaliśmy aktorską wersję Cowboya Bebopa od Netflixa.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Donia

Recenzja / Opis

Na wstępie zaznaczę, iż Cowboya Bebopa uważam za najlepsze anime w historii, serial doskonały. Anime, które w ogóle przekonało mnie do zainteresowania się animacją z Kraju Kwitnącej Wiśni. Tym bardziej podejrzliwie podchodziłem więc do wszelkich doniesień i materiałów promocyjnych dotyczących aktorskiej wersji tego arcydzieła. Zwłaszcza jeżeli weźmiemy pod uwagę to, jak marnej jakości adaptacje anime powstawały do tej pory. Od samego początku kręciłem nosem na obsadę, na wytwórnię, na fotosy i na zwiastuny. Do dnia premiery wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że będziemy mieli do czynienia z paskudną i nieudolną imitacją. Aż nastał pamiętny piątek 19 listopada i wszystko się zmieniło! Przywiedziony znajomymi dźwiękami odleciałem wraz z załogą „Bebopa” w niezapomnianą i niepowtarzalną, blisko dziesięciogodzinną jazzową podróż po układzie słonecznym roku pańskiego 2071!

Tak w największym skrócie mógłbym opisać moje wrażenia po seansie tego serialu. Wreszcie, po blisko trzech latach oczekiwania i niepewności, stało się – otrzymaliśmy adaptację jednego z najważniejszych anime w historii, która, pomimo wszelkich przeciwności losu oraz drobnych problemów, potrafi uchwycić istotę oryginału i jest w stanie zauroczyć odbiorcę w równym stopniu co animowany pierwowzór. Szczerze powiedziawszy, nie spodziewałem się tego. Wydawało mi się, że Cowboy Bebop bez Keanu Reevesa występującego jako Spike Spiegel i Bruce'a Willisa jako Jeta Blacka nie może się udać. A jednak! John Cho, Mustafa Shakir i Daniella Pineda dokonali niemożliwego – zdołali perfekcyjnie oddać ducha postaci z anime oraz stworzyć żywą, dynamiczną załogę „Bebopa”, w której wszystkie relacje są w miarę autentyczne i dość naturalnie wynikają z rozwoju wydarzeń. Jest to o tyle istotne, że od umiejętności pokazania zgranej paczki dobrych znajomych zależało być albo nie być tego serialu, który przy błędnej obsadzie głównych ról po prostu by nie wyszedł. Dobór aktorów pierwszoplanowych jest tu zatem niemal idealny. Niemal, albowiem Radykalny Edward (w tę rolę wciela się Eden Perkins) pojawia się dopiero na sam koniec, tylko na jedną scenę i trudno określić, jak będzie współgrać z resztą załogi w potencjalnym drugim sezonie. Nieco inaczej sprawy się mają natomiast w przypadku postaci drugoplanowych. Bo o ile Julia (dawna miłość Spike'a) oraz Anna (stara znajoma głównego protagonisty) zostały oddane w wersji aktorskiej całkiem poprawnie, to już postać‎ Viciousa wyraźnie odbiega od animowanego oryginału – zamiast wyrachowanego, pozbawionego emocji gangstera, otrzymaliśmy tutaj niezrównoważonego i rozchwianego emocjonalnie psychopatę, który na domiar złego wygląda na 20 kg więcej względem swojego pierwowzoru. Bardzo różnie prezentują się bohaterowie trzecioplanowi i epizodyczni – zwłaszcza spora część członków Syndykatu wypada blado i bardziej przypomina piosenkarzy z koreańskich boysbandów niż międzyplanetarnych bandytów przyszłości. Przyznać jednak trzeba zarazem, że bardziej niezależni przestępcy są sportretowani całkiem wiarygodnie i naturalnie, dzięki czemu przez większość czasu ekranowego (bo to właśnie na nich zwykle się skupiamy) aktorstwo nie męczy i nie irytuje, a cieszy. Gorzej zagrane postacie nadrabiają braki nieco zmienionymi i rozbudowanymi względem anime motywacjami. Ogólnie rzecz ujmując, można powiedzieć, iż zdecydowana większość protagonistów oraz antagonistów została oddana tutaj co najmniej znośnie i postępuje w miarę racjonalnie, ma dobre uzasadnienie swoich działań, oraz dość autentycznie wchodzi między sobą we wzajemne relacje. Choć trzeba zauważyć, że postacie, tak jak ich stroje i scenerie, na tle których występują, są lekko przerysowane i sprawiają wrażenie odrobinę sztucznych albo wręcz plastikowych. Niektórzy z pewnością uznają to za wadę, wskazując zarazem na wątpliwej jakości efekty specjalne, lekko teatralne scenografie, specyficzne oświetlenie, jaskrawą i agresywną paletę kolorystyczną oraz zdecydowanie nienaturalne sceny walki. Owszem, wszystko to sprawia, że serial nie pozwala traktować kreowanej wizji świata jako czegoś realnego i istniejącego w rzeczywistości. Jednocześnie dzięki świetnemu połączeniu tych wszystkich dziwnych elementów jest w stanie wytworzyć swoją własną, niepowtarzalną, komiksową stylistykę, dobrze wpasowującą się w zawarty w anime motyw zwątpienia w realność naszej rzeczywistości. A choć trzeba się do takiego podejścia troszeczkę przyzwyczaić, to kiedy to uczynimy, dostrzeżemy niezwykły kunszt tego dzieła, ożywionego oraz przesyconego bluesową duszą doskonałej i genialnej ścieżki dźwiękowej stworzonej przez Youko Kanno, wykorzystującej nie tylko znane już melodie z poprzedniego serialu, ale także dodającej wiele nowych, a także nowatorskich kompozycji, świetnie dopełniających wszystkie ukazywane na ekranie wydarzenia jak również sprawiających, że tworzą one przemyślny koncert, w którym nie ma miejsca na fałszywe nuty.

Warto bowiem zaznaczyć, że efekty specjalne, efektowne scenerie oraz świetna muzyka są ze sobą połączone z iście wirtuozerskim geniuszem. Montaż oraz reżyseria w tym przypadku są bezbłędne. Sprawiają, że poprzez kolejne wątki przechodzi się sprawnie i płynnie, nie pozostawiają najmniejszego nawet miejsca na zbędne dłużyzny czy niepotrzebne sceny. Wszystko jest tu na swoim miejscu, składając się na mechanizm działający równie precyzyjnie co szwajcarski zegarek i umożliwiający nam odbycie jednej długiej sesji, podczas której z zapartym tchem jesteśmy w stanie prześledzić wszystkie wydarzenia.

A jest ich co niemiara, choć samo ich rozplanowanie może budzić niejakie kontrowersje. Omawiana adaptacja nie jest aktorskim odtworzeniem anime scena po scenie, tylko kreatywnym przetworzeniem wcześniejszej historii w coś nowego poprzez ukazanie kluczowych wydarzeń z trochę innej perspektywy i w trochę innej kolejności. Taki zabieg z jednej strony pozwala choć częściowo zaskoczyć i zachęcić do oglądania fanów oryginału, którzy dzięki temu dostają to samo, ale nie tak samo, a z drugiej nie musi oznaczać dla nieznających pierwowzoru poważnego spadku jakości. Zdaję sobie sprawę, że tego, co doskonałe, nie da się w żaden sposób poprawić ani zrobić lepiej, bo wtedy nie byłoby już doskonałe. Dlatego podczas oglądania tego serialu trzeba pamiętać, że twórcy, wprowadzając zmiany do oryginalnej historii, w zamian za odrobinę zaskoczenia uzyskali historię gorszą od oryginalnej. Jest to jednak coś, na co ja przez większość czasu jestem w stanie się zgodzić, albowiem poszanowane zostały wszelkie zasady uniwersum oraz nadal są w nim obecne wszystkie elementy znane z pierwowzoru – tylko ułożone w inny sposób. Ten sposób bardziej uwydatnia rozrywkowy charakter serii i pozwala położyć większy nacisk na dynamiczną akcję, a trochę mniejszy na psychologiczne problemy bohaterów, ich trudną przeszłość i melancholijny nastrój zmagania się z rzeczywistością. Nie oznacza to jednak, że cała fabuła została spłycona do hollywoodzkiej sieczki. Nie! Nadal jest tutaj miejsce na retrospekcje poszczególnych postaci oraz bardziej refleksyjne momenty, dające czas na zadumę nad ich (i własnym) losem. Aczkolwiek uczciwie muszę przyznać, iż są one ciut mniej wyeksponowane niż w pierwowzorze. Niektórzy fani na pewno będą z tego powodu rozczarowani, ale nie powinni być w żaden sposób takim podejściem zdegustowani. Twórcy na każdym kroku starają się zrobić wszystko, co w ich mocy (i w granicach ich możliwości), aby ten serial z szacunkiem odnosił się do anime i aby jak najlepiej oddawał obecne w nim wątki.

Na poważne problemy tak naprawdę natrafiamy dopiero w ostatnim odcinku, w którym poważnie zmieniono pierwotną fabułę – przede wszystkim wprowadzone rozwiązania znacząco wpływają na charakter Julii, odbierając jej w dużej mierze aurę tajemniczości i sympatii, przez co, choć są one ciekawe i uzasadnione, niekoniecznie muszą zostać zaakceptowane przez fanów serii. Zwłaszcza że większość tych zmian służy tylko temu, by stworzyć furtkę dla drugiego sezonu. Tak zatem z jednej strony zmieszczono cały 26­‑odcinkowy oryginał w 10 odcinkach, a z drugiej zmieniono parę kluczowych scen, aby nakręcić kolejne 10 odcinków. Wydaje mi się, że znacznie prościej i lepiej byłoby zachować strukturę oryginału i nakręcić dwa sezony po 13 odcinków, a dwa razy dłuższy czas trwania odcinka wykorzystać po prostu na rozbudowę wątków i świata przedstawionego (bo zaproponowane tu pogłębianie portretów głównych bohaterów jest dość powierzchowne i zredukowane ze względu na skondensowanie całej opowieści). Niestety nie zdecydowano się na taki zabieg, przez co dostajemy dość mało satysfakcjonujące zakończenie pierwszego sezonu, które nie pozwala w odpowiedni sposób wybrzmieć wszystkim poruszonym wątkom i które tak naprawdę niczego nie kończy. Jednakże ze względu na duże prawdopodobieństwo powstania drugiego sezonu oraz genialną realizację wszystkich poprzednich elementów jestem w stanie przymknąć oko na te niedociągnięcia i uwierzyć reżyserom, że mają oni jeszcze coś ciekawego do powiedzenia. Coś, co być może w nowy i odkrywczy sposób zmieni nasze postrzeganie dobrze już znanej historii Spike'a, jego drużyny i jego prób rozliczenia się z własną przeszłością.

Tak oto prezentuje się nowy Cowboy Bebop. Nie jest być może idealny, a fani pierwowzoru z pewnością mogą narzekać na parę rozwiązań fabularnych. A już z całą pewnością zarzucą tej adaptacji nadmierne spłycanie poważnych wątków oryginału oraz brak charakterystycznego dramatyzmu i powagi, poświęconych na rzecz humoru i szalonej akcji. Ja jednak mogę stwierdzić, że w tym szaleństwie jest metoda i warto się tą adaptacją zainteresować. Szczególnie że twórcy od samego początku chcieli zrobić coś nowego i jedynie inspirowanego serialem anime, a nie dokładną kopię z żywymi aktorami. Jeśli ktoś jest w stanie się z tym pogodzić i przy okazji lubi klimaty Piątego elementu (przerysowane postacie, cięte dialogi, wartką akcję i historie o wielkiej miłości), to powinien być zadowolony. Zawiedzeni natomiast z całą pewnością okażą się ci, którzy oczekiwali niemożliwej, wybitnej i artystycznej adaptacji, mogącej równać się z Pulp Fiction, Chłopcami z ferajny czy Ojcem chrzestnym. Nie ukrywam, że nie jest to pełnokrwiste kino gangsterskie osadzone w realiach science­‑fiction, którego zapewne wielu się spodziewało po tym serialu. Najważniejsze jest jednak to, że główni aktorzy stanęli na wysokości zadania i stworzyli niezapomniane kreacje, pozwalające, jeśli serial odniesie sukces, na nakręcenie kiedyś takiego prawdziwego, filmowego arcydzieła – na przykład w reżyserii Quentina Tarantino. Być może kiedyś je zobaczymy. A na razie, no cóż… Nie pozostaje mi nic innego jak po raz kolejny obejrzeć obecne dzieło od początku do końca, albowiem, pomimo wszystkich swoich niedoróbek i wad, jest świetne i ogląda się je wyśmienicie. SEE YOU SPACE COWBOY…

Filmowit R, 1 grudnia 2021

Twórcy

RodzajNazwiska
Autor: Hajime Yatate
Scenariusz: Chistopher Yost
Muzyka: Youko Kanno