Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Otaku.pl

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

7/10
postaci: 6/10 grafika: 8/10
fabuła: 6/10 muzyka: 7/10

Ocena redakcji

7/10
Głosów: 2 Zobacz jak ocenili
Średnia: 6,50

Ocena czytelników

6/10
Głosów: 9
Średnia: 6
σ=1,05

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (moshi_moshi)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Kamiarizuki no Kodomo

Rodzaj produkcji: film (Japonia)
Rok wydania: 2021
Czas trwania: 99 min
Tytuły alternatywne:
  • Child of Kamiari Month
  • 神在月のこども
Postaci: Bóstwa, Uczniowie/studenci; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność; Inne: Magia
zrzutka

Podróż świeżo upieczonej wysłanniczki (służki) bogów do Izumo okazją do zmierzenia się z wewnętrznymi demonami. Efektowna wizualnie produkcja, która może nie do końca spełniać oczekiwania odbiorcy.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: moshi_moshi

Recenzja / Opis

Odkąd Kanna pamięta, jej ulubionym zajęciem było bieganie z mamą – zawsze trenowały razem i chociaż dziewczynka nigdy nie mogła pokonać mamy i często się przewracała, nie poddawała się. Jednak po jej śmierci Kanna zarzuciła treningi, bieganie przestało być przyjemnością, za to zaczęło sprawiać ból. Mimo to dziewczynka robi dobrą minę do złej gry i zamiast zwierzyć się komuś ze swoich problemów, udaje, że wszystko jest w porządku. Problem polega na tym, że zbliża się szkolny maraton, a Kanna panicznie się boi, że zawiedzie pokładane w niej nadzieje. Podczas zawodów Kanna załamuje się i zamiast ukończyć bieg, ucieka do pobliskiej świątyni. Gdy dziewczynka zakłada bransoletkę, która należała do jej mamy, czas się zatrzymuje, a przed Kanną pojawiają się dziwne istoty. Jedna z nich, demon imieniem Yasha, próbuje zabrać jej bransoletkę, ale na szczęście Kannę z opresji ratuje biały królik. Shiro, bo tak ma na imię, wyjaśnia bohaterce, że jej mama była idaten, potomkinią bóstw, służącą bogom. Po tym jak założyła bransoletkę, tytuł, a wraz z nim obowiązki, odziedziczyła Kanna. I tak się właśnie składa, że zbliża się coroczne spotkanie bogów w świątyni Taisha w Izumo, a obowiązkiem Kanny jest zebranie z różnych świątyń chiso, czyli charakterystycznych dla danego regionu produktów i dostarczenie ich na boską ucztę. Ponieważ dziewczynka się waha, Shiro mówi jej, że być może będzie miała okazję spotkać tam zmarłą mamę. Tyle wystarczy, by Kanna zdecydowała się wyruszyć w podróż przez Japonię…

Kamiarizuki no Kodomo to takie kino drogi dla każdego, ubrane w folklorystyczne szaty. W drodze do Izumo Kanna poznaje wiele znanych bóstw i tradycje własnego kraju, ale są to wątki zdecydowanie drugoplanowe. Motywem przewodnim filmu jest konieczność pogodzenia się ze stratą, rozliczenie z bolesnymi wspomnieniami i poznanie samej siebie. Bohaterka dorasta na oczach widza, przechodzi przemianę i stawia czoło demonom, tyle że wewnętrznym. Podróż staje się okazją do poukładania pewnych spraw i poznania zmarłej mamy od strony, od której Kanna nigdy nie miała możliwości jej poznać. Mimo obecności dużej liczby bóstw (i to często japońskiej niebiańskiej śmietanki), anime nie obfituje w widowiskowe pokazy mocy, może poza wizytą w świątyni Suwa­‑taisha, gdzie Kanna musi udowodnić, że naprawdę zależy jej na wykonaniu zadania. Dużą część filmu stanowią retrospekcje, ukazujące wczesne, szczęśliwe dzieciństwo bohaterki i kontrastujące z nimi fragmenty prezentujące schyłek życia mamy Kanny. Nie ukrywam, że mam z nimi problem o tyle, że w moim przekonaniu twórcy zanadto starali się uwypuklić, jak bardzo cierpi bohaterka. To, że Kanna ma poważny problem i zupełnie nie radzi sobie ze stratą bliskiej osoby, doskonale widać już w kilku pierwszych minutach filmu. Podkreślanie tego kolejnymi scenami, z których każda jest bardziej łzawa od poprzedniej, bardzo szybko zaczyna się robić męczące. Sprawia to również, że do pewnego momentu anime po prostu się dłuży. I proszę mnie źle nie zrozumieć, nie oczekiwałam od Kamiarizuki no Kodomo, że będzie pędzącą na złamanie karku przygodówką. Mam wrażenie, że twórcy próbowali stworzyć coś na kształt W krainie bogów. Problem polega na tym, że uznali widzów za pozbawione emocji kłody drewna, w których należy wzbudzać współczucie łopatą. Ucierpiał na tym ledwie zarysowany świat przedstawiony i cały zawarty w filmie japoński folklor.

Produkcja koncentruje się przede wszystkim na Kannie, podczas gdy towarzyszący jej Shiro i Yasha pełnią rolę przewodników w drodze do Izumo. Zadaniem Shiro jest ochrona idaten przed niebezpieczeństwami, ale nie zawsze udaje mu się zareagować na czas. Inna sprawa, że tak jak wspomniałam, najniebezpieczniejsze są wewnętrzne demony Kanny, a na te Shiro nie może poradzić nic. Zaskakująco istotną postacią okazuje się Yasha, który z rywala dziewczynki przeistacza się w jej największego przyjaciela. Demon, który dobrze znał mamę bohaterki, pomaga jej uporać się z problemami – w zależności od sytuacji potrafi on pocieszyć Kannę lub wstrząsnąć nią. Oprócz nich ważnymi osobami w życiu dziewczynki są jej tata i koleżanka z klasy, ale nie dostają oni zbyt dużo czasu ekranowego. Inna sprawa, że mimo starań nie mogą przebić się przez mur, jakim otoczyła się bohaterka po śmierci mamy.

Sama Kanna jest niezwykle wrażliwym dzieckiem, negatywne emocje tłumi w sobie i nie potrafi zdobyć się na szczerość nawet wobec bliskich. Trauma, jaką przeżyła, wywróciła jej życie do góry nogami, ale zamiast stawić czoło problemom, dziewczynka zamyka się w sobie, jednocześnie próbując wmówić całemu światu, że wszystko jest w porządku. To trudny przypadek, bardzo życiowy, ale jednocześnie wyeksploatowany przez twórców do granic możliwości, przez co reakcja widza waha się od współczucia do irytacji. No i jest jeszcze jeden poważny kłopot z Kanną – jej seiyuu. Grająca ją Aju Makita to debiutantka i niestety słychać to aż nazbyt wyraźnie. Wypowiadane przez Kannę przez pierwszą połowę filmu kwestie są drewniane, nie ma znaczenia czy dziewczynka jest zła, smutna, wystraszona czy załamana, każde zdanie brzmi tak samo – płasko, bez uczucia. Drażni to podwójnie, ponieważ pojawiająca się często w pierwszych minutach filmu przyjaciółka bohaterki, Miki, także mówi głosem debiutantki, Riko Nagase. Później sytuacja zaostrza się, gdyż na scenę wkraczają Yasha i Shiro, grani odpowiednio przez doświadczonych Miyu Irino i Maayę Sakamoto – różnica jest kolosalna. Aju Makita zaczyna nabierać wprawy dopiero w drugiej połowie anime, ale to nadal nie jest poziom, który chciałby słyszeć widz. Wielka szkoda, że w produkcji w takim stopniu stawiającej na intensywne emocje tak słabo słychać je w wypowiedzi najważniejszej postaci.

O wiele lepiej prezentuje się oprawa audiowizualna, bo chociaż projekty postaci nie zachwyciły mnie (nie przepadam za „żabimi ustami”), cała reszta była śliczna. Co prawda, mam pewne podejrzenia, że cały zabieg zatrzymania, a właściwie spowolnienia przez bohaterkę czasu, oszczędził studiu mnóstwa pracy, ponieważ dzięki niemu większość drugiego planu pozostaje nieruchoma, ale mimo to całość prezentuje się wyjątkowo ładnie. Malarskie, pełne detali tła, z pietyzmem odwzorowane świątynie i projekty bóstw robią wrażenie. Cieszy bogata, choć stonowana kolorystyka i ślicznie animowany deszcz. Naprawdę jest na czym zawiesić oko, a i posłuchać można. Pomijając nietrafiony wybór seiyuu, ścieżka dźwiękowa wypada przyjemnie. Utwory podkreślają nastrój danej sceny, czasem też budują napięcie. Obok klasycznych orkiestrowych brzmień, można też usłyszeć w Kamiarizuki no Kodomo bardziej kameralne kompozycje, w których fortepianowi towarzyszy tylko kilka instrumentów. Film może się również pochwalić udaną i wpadającą w ucho piosenką, towarzyszącą napisom końcowym, która nosi taki sam tytuł jak produkcja, a wykonuje ją artystka, ukrywająca się pod pseudonimem miwa.

Kamiarizuki no Kodomo to niezła propozycja na zimowy wieczór, którą można obejrzeć wspólnie z dzieckiem lub młodszym rodzeństwem. Anime mówi o rzeczach poważnych, które dzięki nadnaturalnej otoczce wydają się łatwiej przyswajalne. Inna sprawa to niebezpieczne balansowanie twórców na granicy okruchów życia i łzawego melodramatu. Moim zdaniem film byłby dużo lepszy, gdyby nie nachalne próby podkreślenia cierpienia głównej bohaterki i bardziej przemyślany dobór aktorów. Nie uważam czasu poświęconego na seans za stracony, ale też nie czuję się w pełni usatysfakcjonowana. Cóż, pomysł na historię godny pochwały, zawiodły proporcje między poszczególnymi elementami fabuły, a szkoda, bo potencjał był ogromny.

moshi_moshi, 13 lutego 2022

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Liden Films
Autor: Toshinari Shinoe
Projekt: Haruka Sagawa
Reżyser: Takana Shirai
Scenariusz: Toshinari Shinoe
Muzyka: Jun Ichikawa