Anime
Oceny
Ocena recenzenta
7/10| postaci: 6/10 | grafika: 5/10 |
| fabuła: 6/10 | muzyka: 5/10 |
Ocena czytelników
Kadry
Top 10
Otomege Sekai wa Mob ni Kibishii Sekai Desu
- Trapped in a Dating Sim: The World of Otome Games is Tough for Mobs
- 乙女ゲー世界はモブに厳しい世界です
Starcie aspołecznego rodzeństwa w świecie gry otome początkiem nowej przygody. Miało być kino klasy B bez ładu i składu, a wyszła niegłupia satyra na gry randkowe i niezdrowe podejście do związków wśród otaku płci obojga. I kino klasy B.
Recenzja / Opis
W pierwszym odcinku obserwujemy młodego Japończyka, który na skutek szantażu nieobecnej siostry gra w symulator randek skierowany do pań. Choć pogodzony ze swym losem, marudzi, ile wlezie w trakcie całej rozgrywki. Trudno mu się dziwić, bowiem świat gry jest nie tylko czystym nonsensem, ale też został polukrowany w stylu shoujo fantasy: epoka przypomina krzyżówkę czasów wiktoriańskich i burbońskiej Francji, a dzielni rycerze mogą z imieniem ukochanej na ustach walczyć w mechach i ścigać się powietrznymi skuterami (ogólnie dużo tu nowoczesnej technologii w stylu japońskiego fantasy), zaś nade wszystko cała historia toczy się w środowisku matriarchalnej arystokracji, gdzie zapraszający na herbatkę arystokraci-bishouneni marzą jedynie o głównej bohaterce. Do tego łapanie graczy na mikropłatności trwa w najlepsze, bowiem ulubionego bisza można wyposażyć w lepszego robota, o ile oczywiście uiści się odpowiednią kwotę.
Zażenowany i zmęczony, wreszcie kończy grę na 100% i wychodzi na zakupy. Wtedy spotyka go to, co niejednego japońskiego bohatera isekai, czyli nagły zgon i przeniesienie do alternatywnego świata. Co gorsza, nasz anonimowy obywatel kraju Kwitnącej Wiśni przeobraża się w bohatera świeżo ukończonej gry. Tylko że nie staje się przystojnym arystokratą, a ośmioletnim bękartem w niezbyt wpływowej szlacheckiej rodzinie, ewidentnie nielubianym przez twardo trzymającą władzę macochę. Przez pierwsze lata w nowym świecie bohater, którego od tej pory zwiemy Leon Fou Bartfort, stara się robić swoje i uniknąć potencjalnego cierpienia. Gorzej, gdy zbliża się do wieku stosownego do żeniaczki i macocha obwieszcza mu, że ożeni się z seryjną wdową, której dalece do kobiety jego marzeń. Ponieważ plany matrymonialne mogą zostać ponownie rozpatrzone, gdy panicz zdobędzie nieco grosza, wyrusza on na epicką wyprawę. Darując sobie szczegóły, Bartfort wykorzystuje znajomość gry i zdobywa najlepszego mecha, jak również zaufanego mechanicznego asystenta, Luxiona. A skoro dobre wyposażenie otwiera możliwości, chłopak przedłuża ekspedycję, wracając z łupami, które zamykają usta nestorce rodu i pozwalają mu wstąpić do akademii królewskiej. Właśnie tam chce znaleźć przyszłą małżonkę: dobrą, pogodną i co najważniejsze – unikającą rozgłosu. Problem polega na tym, że pozostaje szlachcicem niskiego rodu i to w świecie, w którym kobieta raczy zainteresować się mężczyzną dopiero, gdy ten posiada pieniądze, władzę i niebywałą urodę. Krótko mówiąc – gdy stanie się bishounenem z gry otome.
Jeżeli uważacie, że ten wstęp jest trochę przydługi, to muszę was poinformować, że zrelacjonowałem wydarzenia tylko z jednego odcinka. To pierwsza wielka zaleta tego tytułu – w Otomege Sekai wa Mob ni Kibishii Sekai Desu dzieje się tyle, że pośledniejsza ekipa rozłożyłaby ten scenariusz na dwa sezony. Na szczęście jesteśmy w zadziwiająco dobrych rękach i tytuł mknie, przycinając dłużyzny i oferując nam niejako dwie odsłony w jednym (mógłbym wręcz wskazać palcem, w którym miejscu skończyła się pierwsza część). Z tego powodu uprzedzam, że w tej recenzji będą spojlery, aczkolwiek postaram się ograniczyć do omówienia raczej motywów i dobrze znanych klisz niż do wydarzeń per se. Jeżeli komuś takie elementy przeszkadzają, to zapraszam po seansie, zaś sam serial zdecydowanie polecam, choć nie uniknął on kilku wad.
Cóż, szczęście nie sprzyja paniczowi Bartfortowi – trafia do szkoły dokładnie w tym czasie, gdy uczy się w niej książę Julius i jego czterech superprzystojnych przyjaciół. Podobnie jak w grze, do księcia zaleca się córka dyrektora, diuszesa Angelica Rapha Redgrave, lecz ten odrzuca jej względy. Zarówno on, jak i jego świta młodzieńców „10/10” są bardziej zainteresowani Marie, młodą, ubogą szlachcianką o szlachetnym sercu. Choć Bartfort stara się trzymać od wątku głównego najdalej jak się da, wraz ze stypendystką Olivią kończy w samym centrum intrygi. Japończyk odkrywa, że Marie jest tak naprawdę jego rodaczką wcielającą się w nową główną bohaterkę i „małe, skromne dziewczę” to zepsuta do szpiku kości rozwydrzona panienka, która po prostu potrafi wskazać najlepsze opcje dialogowe. Co gorsza, wcale nie ma zamiaru ograniczyć się do jednego z pięciu amantów, a wziąć ich wszystkich, komplikując egzystencję pozostałych uczniów. O ile główny bohater ma przewagę informacyjną nad złą protagonistką, o tyle oboje nie wiedzą, że „w naszym świecie” są tak naprawdę rodzeństwem.
Reasumując, w pierwszej połowie serii jesteśmy świadkami scen, gdzie Leon Fou Bartfort musi wywalczyć swoją pozycję, stawiając się dawnej siostrze i jej pięciu amantom. Jednocześnie broni honoru diuszesy (według założeń gry będącej czarnym charakterem), mając za wsparcie jedynie dwóch nieliczących się w akademii kolegów, Olivię i Luxiona.
Zasiadając do seansu, miałem za sobą bardzo trudny tydzień w pracy, gdzie moją najbliższą towarzyszką było solidne przeziębienie. Nie ukrywam, że w tych okolicznościach oczekiwałem tylko kina klasy B, które będzie zabawne w swojej nieudolności. Ostatecznie skończyło się seansem dwunastu odcinków w dzień i niemałym osłupieniem, jak bardzo ten isekai się broni. Owszem, są tu elementy dziwne, słabe i zwyczajnie głupie, ale większość z nich albo dostaje sensowne uzasadnienie, albo zostaje ograna tak, by nie brać ich do końca na serio.
Aby lepiej to wyjaśnić, muszę opowiedzieć więcej o dwójce japońskich bohaterów. Wśród krytycznych głosów wobec tego anime dość często pojawia się zarzut, że główny bohater to nieprzyjemny typ, którego niby chcemy wspierać, lecz którego niezwykle trudno polubić. Z mojej strony – pełna zgoda. Pomimo że scenariusz wysyła go na bolesną ścieżkę zdrowia, niełatwo w pełni sympatyzować z takim gburem. Co więcej, każdą próbę pojednania (czy to szczerą, czy fałszywą) traktuje z budzącą zażenowanie bezczelnością. Mało tego, wielu konfliktów mógłby uniknąć, gdyby wykazał choć odrobinę koncyliacyjności i taktu. Tylko, czyż nie na tym opiera się główny motyw serii? Pierwsza połowa anime to tak naprawdę starcie dwójki antypatycznych otaku, gdzie ostatecznie jedno wyszarpuje kawałek tortu dla siebie. Ba, gdyby którekolwiek z nich posiadało to minimum zdolności społecznych, to przecież mogliby się po prostu podzielić na męską i żeńską strefę wpływów i fajrant. Jednak to ludzie, którzy w naszej rzeczywistości są zwykle na własne życzenie skazani na samotność. Korzystając ze stereotypów, ona pewnie skończyłaby swoją przygodę matrymonialną otoczona kotami i butelkami wina, płacząc i krzycząc „gdzie ci prawdziwi mężczyźni?”. On – spędzając całe dnie w swojej piwnicy, hodując kolejne podbródki i wypisując jadowite komentarze na temat toksyczności kobiet (choć na co dzień nie ma odwagi odpowiedzieć na „dzień dobry” sąsiadki). Konfrontacja takich charakterów nie mogła się skończyć ugodowo.
Z tego powodu druga połowa serii, choć słabsza od pierwszej (o tym później), wprowadza bardzo pouczający element, będący niejako ciosem z liścia wymierzonym miłośnikom animowanych haremów dla płci obojga. Od zakończenia pierwszego wątku oboje Japończyków ma w rękach silne karty, jednak by zdobyć wymarzoną drugą połówkę i wysoki status społeczny, muszą korzystać z czegoś więcej niż ze znanych im opcji dialogowych. Zdecydowanie więcej czasu spędzamy z młodym paniczem i w tym tekście skupię się wyłącznie na nim. Na szczęście bohater powoli, acz konsekwentnie zaczyna wyciągać wnioski. Co więcej, serial bardzo mądrze wspomina o czymś, co od samego początku było moją największą obawą dotyczącą scenariusza – jeżeli Leon Fou Bartfort stanie się gwiazdą i odsunie Marie od biszonenowego żłobu, to czy zwyczajnie nie dojdzie do zmiany władcy, a system pozostanie taki sam? Choć na etapie jednego sezonu trudno wyciągnąć jednoznaczne wnioski (na szczęście drugi został już ogłoszony), to w serii pojawiają się aż dwie sceny wyraźnie przestrzegające głównego bohatera by nie wchodził w buty Marie. Zabawa w haremówkę i przedmiotowe traktowanie partnerów może brzmi zabawnie w grze lub w serialu, ale to już nie jest gra, a prawdziwe życie. Przynajmniej z perspektywy japońskiego rodzeństwa.
Ten element sprawia, że zadziwiająco polubiłem obsadę z gry. Oczywiście, jest banalna i schematyczna, ale to przecież nie mają być prawdziwi ludzie, a określona liczba zakodowanych jedynek i zer. Faktycznie, ich pierwsze sceny to pokaz stereotypów, lecz wywrócenie scenariusza otwiera przed nimi nowe możliwości. Angelica miała być wzorowym czarnym charakterem z gier otome, jednak kiedy nieznany nikomu bohater staje w jej obronie, zmiana frontu i przypisanej jej roli zdaje się nieunikniona. Podobnie Olivia – w normalnych okolicznościach byłaby pewnie wiecznie umęczoną szlachetną damą w opałach (jest też bohaterką „właściwej” gry z pierwszego odcinka), lecz zaczyna przeczuwać, że coś się zmieniło w jej przeznaczeniu. Ba, nawet te pocieszne bisze zaczynają zdradzać odrobinę świadomości. Zaś sceny, gdy próbują wrócić do ustawień fabrycznych, bywają rozbrajające (moja ulubiona humoreska z serialu dotyczy starań Leona, by wyperswadować jednemu z arystokratów wyidealizowany wizerunek Marie). Jasne, wciąż opowiadam o niezobowiązującej rozrywce, więc nie oczekujcie tu debat rodem z Łowcy Androidów lub Ex Machiny. Nie liczcie też na to, że dowiecie się o nich czegoś istotnego poza marzeniami o wielkiej miłości (wszak do tego zostali powołani). Nie zmienia to faktu, że ktoś pomyślał, jak zareagowałyby postacie przy swojego rodzaju światopoglądowej rewolcie.
Choć całość aż skrzy się od ciekawych konkluzji, muszę przyznać, że nie brakuje wad. Po pierwsze, seria nieraz skupia się na elementach parodystycznych, jednocześnie nie dbając o odpowiednią ekspozycję. Na przykład nie wyjaśniono nam, co tu robi siostra protagonisty. Zakładam, że nasz Japończyk dostał się do konkretnego zapisu gry, ale pewności nie mam. Poza tym, nie do końca wiem, w jaki sposób Bartfort wiedział, gdzie szukać specjalnego uzbrojenia – w końcu w grze musiał za nie zapłacić. Pojawia się też trochę głupot wynikających ze świata przedstawionego, na przykład dość niespójny system matriarchalny, ale tu na szczęście seria dysponuje wygodną wymówką w postaci miażdżącej niespójności recenzji gry na samym początku fabuły.
Po drugie, nie podoba mi się schematyczność wydarzeń z dalszej części sezonu. W pierwszych epizodach mnóstwo elementów ogarnięto błyskawicznie, dopowiadając wątki w tle (np. cała heca zdobycia sprzętu i pieniędzy zajęła raptem dziesięć minut). Od mniej więcej siódmego odcinka protagonista dostaje wiele (jak na jego poziom) banalnych zadań, jednak poświęcamy im dużo więcej czasu. Szczerze mówiąc, może jako recenzent nie powinienem nikomu tego radzić, ale jeśli te bardziej oczywiste przygody będziecie sobie przewijać, to raczej nie będziecie stratni. Tym bardziej że pojawiające się czarne charaktery średnio angażują.
Kolejna rzecz – skłamałbym, i to mocno, gdybym stwierdził, iż mamy serię wybitną pod kątem technicznym. Co prawda serial po raz kolejny mistrzowsko odbija piłeczkę z zarzutem, że postacie są niczym z taniej gry komputerowej, bo… cóż, akcja rozgrywa się wewnątrz gry komputerowej. Co nie zmienia tego, że bohaterowie nie są zbyt pięknie nakreśleni. Tła są nudne i puste, lokacje banalne, zaś ekspresja i mimika co najwyżej akceptowalne. Jedyny atut to fakt, że jakoś ta grafika nie przeszkadza w seansie i znam gorsze rzeczy. Do rutyniarskiej strony graficznej dorzucam jeszcze równie średnią warstwę muzyczną. Seiyuu prezentują się dobrze, choć nie nadzwyczajnie, co zważywszy na ich renomę, zdecydowanie rozczarowuje. Co prawda w roli głównej całkiem nieźle sprawdza się Takeo Ootsuka (Aquamarine w Oshi no Ko, Jinshi z Kusuriya no Hitorigoto, Teruyaki w Okitsura), ale zaskakująco przeciętnie prezentuje się Marie. A gra ją Ayane Sakura, wówczas jedna z najpopularniejszych artystek w branży (Ochaco Uraraka w Boku no Hero Academia, Yotsuba Nakano w Go Toubun no Hanayome, Aira Shiratori w Dan Da Dan). Również „tylko przyzwoita” jest kolejna gwiazda, Kana Ichinose (Fern we Sousou no Frieren, Purin w Do it Yourself!, Maki Shijou w Kaguya‑sama wa Kokurasetai). Szkoda, bo w Olivii był potencjał, tak dramatyczny (jest to jedyna bohaterka, która od początku nie jest zakochana w kimś konkretnym), jak i komediowy (można ją było przerobić na parodię szlachetnej męczybuły). Na szczęście Angelica to chyba pierwsza duża rola Ai Fairouz (niedługo później zagrała takie role jak Power w Chainsaw Man, Kikoru Shinomiya w Kaijuu no. 8, Kana Higa w Okitsura) i aktorka może mówić o sporym sukcesie. Równie dobry jest Akira Ishida (Kaworu Nagisa w Neon Genesis Evangelion, Mikage w Kami‑sama Hajimemashita) jako Luxion. Mimo to, reżyser mógłby zdecydowanie lepiej współpracować z aktorami.
Otomege Sekai wa Mob ni Kibishii Sekai Desu jest dla mnie tym anime, gdzie efekt synergii działa bez zarzutu i niższe punkty cząstkowe dają wyższą ostateczną notę. To specyficzny tytuł, który zawiera kilka naprawdę sprytnych elementów, a to, co jest w nim głupie i z drugiej ligi, traktuje ironicznie lub wręcz czyni z tego atut. Inaczej mówiąc – moim zdaniem to seria, która ma świadomość swoich licznych grzechów pierworodnych, ale fantastycznie je ogrywa. Oczywiście, może tak być, że w kolejnym sezonie studio nie utrzyma poziomu i nie będzie już tak dobrze balansować pomiędzy zabawną rozrywką, pożyteczną lekcją i samoświadomą parodią, lecz wtedy obniży to ocenę kontynuacji.
Twórcy
| Rodzaj | Nazwiska |
|---|---|
| Studio: | Engi |
| Autor: | Yomu Mishima |
| Projekt: | Masahiko Suzuki, Monda |
| Reżyser: | Kazuya Miura, Shin'ichi Fukumoto |
| Scenariusz: | Kenta Ihara |
Odnośniki
| Tytuł strony | Rodzaj | Języki |
|---|---|---|
| Otomege Sekai wa Mob ni Kibishii Sekai Desu - wrażenia z pierwszych odcinków | Nieoficjalny | pl |

