Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Yatta.pl

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

8/10
postaci: 8/10 grafika: 5/10
fabuła: 7/10 muzyka: 8/10

Ocena redakcji

8/10
Głosów: 11 Zobacz jak ocenili
Średnia: 7,73

Ocena czytelników

8/10
Głosów: 46
Średnia: 7,57
σ=1,53

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (IKa, Avellana)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Marmalade Boy

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 1994
Czas trwania: 76×24 min
Tytuły alternatywne:
  • ママレード ボーイ
Tytuły powiązane:
Gatunki: Komedia, Romans
Widownia: Shoujo; Postaci: Uczniowie/studenci; Pierwowzór: Manga; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność; Inne: Realizm
zrzutka

Sympatyczna i ciepła opowieść o miłości – klasyka shoujo, która może się nie bać upływu czasu.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl

Recenzja / Opis

Wiadomość o rozwodzie rodziców rzadko kiedy bywa miła. Tym bardziej, jeśli spadnie jak grom z jasnego nieba – w tym przypadku na nastoletnią Miki Koishikawę. Rodzice owszem, zawsze byli nieco ekscentryczni i może trochę za mało poważni jak na dorosłych… Ale żeby tak po prostu oznajmić, że spotkali inną parę, zakochali się śmiertelnie i teraz cała czwórka zamierza wziąć rozwód i pobrać się ponownie, niejako na krzyż?! To już – łagodnie mówiąc – przesada, normalni ludzie tak się nie zachowują. A już na pewno normalni ludzie nie dochodzą do wniosku, że można zaoszczędzić dzieciom rozstania z bliskimi, kupując po prostu jeden duży dom. Wtedy wszyscy będą mogli żyć szczęśliwie i zgodnie… Prawda? Nieprawda, ale Miki nie jest tak samolubna, by odmawiać prawa do własnych decyzji rodzicom, nawet jeśli ona sama nie jest tymi decyzjami zachwycona. W jej życiu zaczyna się nowy rozdział…

Rozdział, który okazuje się znacznie bardziej skomplikowany niż podwójna dawka mam i ojców. Chiyako i Youji Matsuura mają bowiem syna w wieku Miki. Yuu bywa uroczy, ale częściej lekko złośliwy, a droczenie się z naiwną Miki staje się jego ulubioną rozrywką. Fakt, że dość niewinne droczenie, które nawet sama zainteresowana szybko przestaje traktować poważnie. Jednak nie da się ukryć, że od tej pory przez większość czasu towarzyszy jej bardzo przystojny chłopak (trzymajmy się oficjalnie wersji, że to syn mieszkających po sąsiedzku przyjaciół rodziców, dobrze?), a to jednak zmienia parę rzeczy. No dobrze, przyjaciel Miki z klasy i klubu tenisowego, Ginta Suou, jest tylko przyjacielem, już jakiś czas temu wyjaśnili sobie przecież, że nic ich nie łączy. Trudno więc, żeby obecność Yuu miała dla niego znaczenie… Czy może jednak ma? I dlaczego była dziewczyna Yuu, Arimi Suzuki, nadal sprawia wrażenie bardzo nim zainteresowanej? Tyle dobrego, że Miki zawsze może liczyć na pomoc i duchowe wsparcie swojej najlepszej przyjaciółki, Meiko Akizuki. Ale Meiko też ma swoje własne problemy…

Patrząc w kategoriach realizmu psychologicznego widziałam zapewne kilka lepszych romansów, także animowanych. Jednak w chwili, w której piszę te słowa, jestem skłonna uznać Marmalade Boy za najlepszy romans shoujo, jaki zdarzyło mi się oglądać. Oczywiście, mamy tu trochę odrealniony i pogodny świat, w którym właściwie nie ma ludzi złych, a już ważniejsi bohaterowie obowiązkowo muszą w gruncie rzeczy mieć dobre serca. Oczywiście, naiwne „żyli długo i szczęśliwie” pachnie bajką, a „dramatyczne perypetie” u bardziej wyrobionych widzów mogą spowodować zmarszczenie noska na przewidywalny melodramatyzm. Jeśli jednak ktoś lubi ten gatunek, znajdzie tu serię idealnie wpisującą się w jego kanony, a przy tym zachowującą własny charakter i w żadnym razie nie sprawiającą wrażenia wyciągniętej z masowego powielacza. Do zalet należy dodać także i to, że historia jest zamknięta – to miła wiadomość dla wszystkich widzów, których denerwują fragmentaryczne i rozgrzebane adaptacje popularnych mang.

Fabuła przez znakomitą większość serii utrzymuje zdrowe proporcje romansu, komedii i dramatu. Jest to o tyle ważne, że w przypadku historii obracającej się niemal wyłącznie wokół uczuć bohaterów, nadmierna intensywność emocjonalna szybko zmęczyłaby (o ile nie zirytowała) widzów. Warto zwrócić uwagę na rzecz ciekawą, choć dość częstą w japońskiej animacji: bardzo wyraźnie celem twórców nie jest zaskakiwanie widzów. Jeśli nawet ktoś przesiedziałby czołówkę z zamkniętymi oczami, obrazki na oddzielających pasmo reklam planszach w trakcie odcinków dostarczają jasnych wskazówek w kwestii układu par. Tytuły odcinków często zdradzają ich konkluzję, a w zapowiedziach następnego odcinka można znaleźć migawki z kulminacyjnych scen. Trudno mi jednak powiedzieć, czy jest to wada: trzy znajome osoby, sięgając po ten tytuł (po moich namowach), chciały wiedzieć jedno: „czy to się dobrze skończy”. Owa przewidywalność happy endu nie jest więc wadą; to coś, czego widzowie oczekują. Przyjemność sprawia nie tyle obstawianie wyników końcowych romantycznej układanki, ile obserwowanie procesów, które do nich doprowadzają. Fabuła rozwija się zresztą bardzo ładnie, w odpowiednich momentach przerzucając się chwilowo na śledzenie wątków dotyczących innych par, nie „gubiąc” żadnej istotnej postaci i jej historii, a przy tym każdą z tych historii opowiadając w odpowiednim dla niej rytmie. Problemy oczywiście pojawiają się głęboko w drugiej połowie, kiedy początkowe wątki zaczynają się już domykać, a seria nadal trwa. Wtedy to ulegają zaburzeniu proporcje „smaków”: w tego rodzaju lekkiej produkcji kluczowe jest bowiem zostawienie odpowiedniego „marginesu bezpieczeństwa” pomiędzy poważniejszymi problemami, pozwalającego zarówno widzom, jak i bohaterom na zaczerpnięcie oddechu. Ten margines gwałtownie kurczy się w pobliżu odcinka 60, prowadząc do długiego epizodu męczącego o tyle, że właściwie wiadomo, jak musi się on skończyć. Co więcej, osłabia to bardzo dramatyczny finał (trwający na szczęście tylko cztery odcinki i rozgrywający się w przyzwoitym tempie), kiedy to nagły cios spada na bohaterów w momencie, w którym udało im się odzyskać względną równowagę. Na szczęście rozwiązanie wydarzeń owego finału jest – nie zdradzajmy za dużo – utrzymane w duchu najlepszych odcinków serii (za to, na szczęście, sprzeczne ponoć z początkowymi zamiarami autorki mangi).

Ciekawe, ilu czytelników skrzywi się, słysząc o kolejnym związku naiwnego dziewczęcia i sympatycznego chłopaka, który sprawia wrażenie wyluzowanego, ale oczywiście kilka rzeczy trzyma tylko dla siebie? Warto jednak zobaczyć, jak mogły wyglądać takie typy, zanim zamieniły się we własne karykatury, kopiowane bezmyślnie w setkach mang i garści anime. Miki rzeczywiście jest szczera, otwarta i trochę dziecinna – jednak nie zapomniano o obdarzeniu jej taką dawką uroku osobistego, że trudno się dziwić ciepłym uczuciom, które wzbudza. Przy tym wszystkim nie jest idiotką, a tym bardziej słodką idiotką. Jest – uwaga – normalna. Uczy się nieźle, choć bez rewelacji, jest dobra w tenisie, choć nie ma ambicji zostania mistrzynią Japonii, daje się łatwo podpuszczać, ale umie odróżnić żarty od faktycznych docinków… Jeśli chce komuś pomóc, jej pomoc nie ogranicza się do łzawych deklaracji wiecznej przyjaźni. Jeśli gubi się w swoich uczuciach, to w sytuacji, w której osobie zaangażowanej emocjonalnie trudno jest o racjonalny osąd. Tylko tyle i aż tyle. Stosunkowo mniej wiemy początkowo o Yuu, który znacznie lepiej kontroluje swoje uczucia – ale i on nie jest pod tym względem absolutnym monolitem, dość szybko więc można zbudować sobie obraz chłopaka pod kilkoma względami w miarę dojrzałego (w każdym razie dojrzalszego od Miki), ale pod innymi nadal młodziutkiego. Podobnie jest z innymi bohaterami: nie przypominam sobie postaci, którą dałoby się streścić w dwóch słowach. Co więcej, każda osoba ma tu jakiś charakter, składający się z pasujących do siebie elementów, a także odpowiednie do tego charakteru fazy i wahania nastrojów. Jeśli komuś wydaje się to oczywiste, powiem tylko, że mnie aż za często zdarza się napotykać postacie obdarzone czymś, co sprawia wrażenie zestawu wylosowanego z jakiegoś generatora bez cienia zastanowienia, co z czym powinno być łączone. Podobnie naturalne (i to należałoby wytłuścić i podkreślić) są relacje między bohaterami, pełne pozbawionego cienia kiczu ciepła. W dodatku, co także nie jest oczywiste, nikt tutaj nie żyje w próżni: wydarzeniami dotyczącymi kogoś interesują się bliskie osoby, a coś, co powinno być obiektem plotek całej szkoły, staje się obiektem plotek całej szkoły. Po pewnym czasie można ułożyć całą sieć relacji już niekoniecznie romantycznych między poszczególnymi postaciami.

Jedyną rzeczą, której z całą pewnością nie zamierzam bronić (bo sprawa jest przegrana z góry) jest grafika. No dobrze, seria pochodzi z 1994 roku, a mangi shoujo dość często miewają charakterystyczną kreskę. Tu jednak problemem nie jest przesłodzenie wielkookich twarzy (nieodłączne w tym gatunku), ani – o dziwo – przesadne wydłużenie proporcji ze szczególnym uwzględnieniem kończyn. Szczególnie na początku w oczy rzucają się wyjątkowo wręcz rażące błędy w anatomii, nie mające nic wspólnego z „ogólnym projektem” – mam tu na myśli takie rzeczy jak osadzenie głowy, kąt wygięcia ręki czy nogi i innego tego rodzaju elementy. Pod tym względem niektóre kadry sprawiają wrażenie rysunków początkujących amatorów. Szczególnie źle wypadają sylwetki osób w mundurkach szkolnych, z nieznanych przyczyn zamieniających nosiciela w prostokątną szafę. Naprawdę nie można tego tłumaczyć wiekiem – znam starsze tytuły (niedaleko szukając, Kimagure Orange Road albo późne odcinki Maison Ikkoku), które przy całym „oldschoolowym” wyglądzie ustrzegły się takich usterek. Nie znaczy to jednak, że sprawa jest beznadziejna: mimika pozostaje przez cały czas ładna, bardzo udane są też nieprzesadzone komediowe deformacje. Tła pozostają zwykle nieruchome, ale zadbano przynajmniej o to, by pokazywane w nich osoby były uchwycone w jakimś dynamicznym ujęciu, a nie po prostu stały jak słupki. Poza tym bohaterowie mają szafy… Przebierają się (a „w cywilu” od razu wyglądają lepiej), co więcej – przebierają się stosownie do pory roku i okoliczności, a stroje noszone przez dziewczęta pod koniec serii są wyraźnie dojrzalsze od tych prezentowanych na początku. Nie eksperymentowano także z muzyką, trzymając się bezpiecznego, ale melodyjnego i łatwo wpadającego w ucho j­‑popu. Czołówka i wszystkie trzy piosenki kończące odcinki są udane, ja jednak szczególnie polubiłam jedną z tych, które rozbrzmiewały w trakcie odcinka, zwykle pod jego koniec – wykonywana przez Ali Project Moment (to ta, którą słyszymy jako melodię pozytywki), choć dużo uroku miała też nastrojowa Saigou no Yakusoku, którą śpiewa Yuka Kouyama. Pozostałe melodie w tle to w sporej części przeróbki którejś z piosenek – przypuszczam, że sama ścieżka dźwiękowa może być trochę nieciekawa, ale właśnie piosenki z niej mogą wielu osobom przypaść do gustu.

Napiszę przekornie, że podobnie jak bohaterka nie przepadam za pomarańczową marmoladą. I że Marmalade Boy to nie jest jedna z tych serii, które pokochałam od pierwszego odcinka. To seria, z którą od pierwszego odcinka się zaprzyjaźniłam, która zapewniała mi porcję ciepłego optymizmu, śmieszyła, ale wywoływała także ten rozczulony uśmiech, którego zwykle bardzo się wstydzimy. Seria, w której natychmiast zapamiętywałam imiona postaci i z której ulubione sceny zdążyłam już obejrzeć po kilka razy. Tylko tyle i aż tyle, idealna propozycja dla każdego miłośnika animowanych romansów. Owszem, długość może trochę zniechęcać, ale proszę popatrzeć na to z drugiej strony: nigdy nie było wam szkoda, że za szybko musicie się rozstawać z ulubionymi bohaterami?

Avellana, 1 czerwca 2008

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Toei Animation
Autor: Wataru Yoshizumi
Projekt: Yoshihiko Umakoshi
Reżyser: Akinori Yabe
Scenariusz: Aya Matsui
Muzyka: Keiichi Oku

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
Marmalade Boy - artykuł na Wikipedii Nieoficjalny pl